71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Second one with my bestie. #concert #Echelon #MARSarmy #marsinpoland #Poland #Rybnik #polishgirls #friends

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Me & red devil from @creepsbycubbins gang in Kraków. #cracow #creeps #redhead #reddevil #polishgirl

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

70. Shall I tell you again about Einstein’s theory of spooky action at a distance?

Długo mnie tu nie było. Częściowo ze względu na brak czasu, a częściowo ze względu na to, że nie potrafiłam zebrać myśli na napisanie czegoś porządnego. W każdym jednak razie, wróciłam.

Parę tygodni temu wybrałam się do kina Pałacowego w CK Zamek w Poznaniu w ramach tanich wtorków. Ciężko było oprzeć się pokusie skorzystania z biletów na seanse za 11 zł, a poza tym repertuar też bardzo przypasował. Wieczór zakończony został kolejnym obejrzeniem Dallas Buyers Club po raz kolejny. Jednak nie o tym dzisiaj.

I do wish I’d met Adam before I wrote Hamlet…. He would have made a marvelous model.

Jako miłośniczka wampirzej tematyki nie potrafiłam oprzeć się pokusie obejrzenia Toma Hiddlestone’a w roli krwiopijcy. Only Lovers Left Alive kusiło mnie od samego początku, jak tylko usłyszałam, o tym filmie. Dodając do Toma jeszcze wspaniałą Tildę Swinton i reżysera w postaci Jima Jarmuscha, film stał się moim pewnym kandydatem na listę ulubionych. Nie pomyliłam się.

Adam jest, żyjącym w ukryciu swojego domu na przedmieściach Detroit, muzykiem. Tworzy w ukryciu przed innymi i dość niechętnie się tym dzieli. Żyjąc parę setek lat doznaje znudzenia życiem. Popada w swego rodzaju depresję, co w rozmowie z nim zauważa jego partnerka Eve i postanawia mu pomóc. Sprawy się nieco komplikują, kiedy spokój kochanków zakłóci przyjazd niechcianego gościa…

Po obejrzeniu filmu przekonałam się w pełni do Toma, na którego patrzyłam do tej pory dość sceptycznie, choć z sympatią. Tilda po raz kolejny pokazała aktorską klasę. Jim Jarmusch nadał temu filmowi niesamowity klimat łącząc istoty cienia ze świetnie dopasowaną muzyką. Sama z kina wychodziłam z miną i poczuciem, jakby ktoś przyłożył mi obuchem w głowę. Bardzo dawno nie widziałam tak dobrego filmu o wampirach. Jest dość specyficzny, przez co, nie każdemu przypadnie do gustu. Osobiście zaliczam film do ulubionych.

 

69. What’s with the fascination with the Echelon?

Moje życie kręci się dość mocno wokół Marsa, co większość znających mnie zdążyła zauważyć. Jednak zespół to nie tylko muzyka, Jared Leto, teledyski czy banda wrzeszczących dzieciaków. W dużej mierze to również ukryty przekaz zawarty w tekstach, gestach i symbolach. Uznałam, że warto by poświęcić jedną notkę, aby przybliżyć niektórym tą swego rodzaju filozofię, jaką częściowo się też sama kieruję w życiu.

The Echelon

echelon2

Grupa fanów, wspierająca zespół. To akurat jest jasne i wie o tym każdy, nawet niewtajemniczony. Jednak na MARSie wszystko ma drugie znaczenie, tak samo jest i w tym wypadku.

Według niektórych źródeł ECHELON w terminologii militarnej znaczy „atakować falami”. Samo słowo „echelon” oznacza fale. W tym momencie warto spojrzeć na tekst piosenki o tym samym tytule i podumać nad jej znaczeniem.

The Echelon Cross – Krzyż Echelonu

logo-echelon-30-seconds-to-mars

Widzimy tutaj X będące zarówno symbolem matematycznego mnożenia, jak i różnorodności, wszechstronności, zjednoczenia pod jednym sztandarem. X otoczony glifami stał się symbolem Echelonu i jest swego rodzaju oznaczeniem ukrytego serca (za serce zespołu mozna uznać fanów), albo celu, do którego człowiek dąży.

Krzyż Echelonu symbolizuje zjednoczenie wokół zespołu.

The Arrow

arrowArrow – strzała, wyglądem przypomina runę Tiwaz nazwaną od imienia nordyckiego boga Tyra. Tyr był bogiem wojny, walki i siły, a także honoru, co również może nie być bez znaczenia. Runa Tiwaz przypomina o konsekwencji w działaniu, a także ma obdarzać wiarą w siebie i swoje siły, jednocześnie ostrzegając aby nie starać się łapać kilku srok za ogon. Mamy trzymać się wyznaczonego celu i do niego dążyć.

Sam Arrow reprezentuje jednak głównie zdanie, które możemy odnaleźć między innymi na płytach zespołu. Provehito In Altum ciężko jednoznacznie przetłumaczyć z łaciny, bo może być to, mniej więcej, zarówno „dąż na szczyt”, jak i „zgłębiaj coś”. Sam zespół pytany o tłumaczenie tego zdanie odpowiada „launch forth into the deep”, innymi słowy chodzi właśnie o dążenie do głębi, oddawanie się czemuś w pełni.

The Glyphs – Glify

30STM_glyphicsZaraz po triadzie są chyba najbardziej rozpoznawalnym ‚znakiem’ zespołu. W totalnym uproszczeniu oznaczają nazwę zespołu zapisaną za pomocą glifów. Pierwszy jest połączeniem dwóch cyfr 3, a w jego środku możemy dojrzeć cyfrę 0, co innymi słowy daje nam pierwszą część nazwy ’30’. Drugi glif przypomina nieco zegar, o okrągłej tarczy z wystającymi poza niego wskazówkami, symbolizując sekundy. Trzeci symbol składa się z trzech linii, co można tłumaczyć na dwa sposoby. Jednym, moim zdaniem nieco bardziej jasnym, jest fakt, że może on przywodzić na myśl drogę prowadzącą do jakiegoś miejsca, jednak spotkałam się też z tłumaczeniem jakoby miał to być odwrócony symbol cyfry ‚2’. Jeśli spojrzymy na dwie białe linie pomiędzy czarnymi, to faktycznie, przypominają rzymski zapis tej cyfry ‚II’, a w języku angielskim czyta się ją tak samo, jak słowo ‚to’, czyli ‚do’. Ostatni glif jest najprostszy do zinterpretowania, przynajmniej dla tych uważających na fizyce, gdyż jest symbolem planety Mars, będącej jedyną planetą w naszym Układzie Słonecznym z dwoma księżycami.

Bardzo interesującym jest drugie ‚wytłumaczenie’ odnośnie pierwszego glifa, z którym się spotkałam. Według niektórych ma on symbolizować braci Leto, połączenie ich więzi. Może też to przywodzić na myśl ying-yang, połączenie przeciwieństw, jakimi są Shannon i Jared. Bo kreatywność potrzebuje równowagi przeciwieństw, a oni się wzajemnie równoważą.

Dodatkowo, każdy glif można też zinterpretować, jako jedną z pierwszych czterech planet od słońca. Merkurego, Wenus, Ziemię i Marsa. Być może przypadkiem jest fakt, że pierwszy glif – Merkury, czy też Hermes (posłąniec bogów), przypisany jest Jaredowi; drugi – Wenus, lub Afrodyta (bogini miłości), Shannonowi; a trzeci – Ziemia, odpowiada Tomo (moim zdaniem najbardziej stąpającemu po ziemi członkowi zespołu). Chociaż, w wypadku symboliki związanej z tym zespołem nigdy nic nie wiadomo.

Runy znajdujące się na okładce self-titled.

wOHB0Xcuv28

Runy są dość rzadko wspominane, czy używane, stąd też raczej niewiele osób wie chociażby o ich istnieniu, a tym bardziej o znaczeniu. Prawdopodobnie runy te mają związek z alfabetem iberyjskim. Pierwsza runa oznacza Jupiter, druga to zepsuta klepsydra, trzecią jest księżyc, a czwarta symbolizuje Neptuna.

Wyszukując informacji do tej notki, doszukałam się również twierdzenia, że set glifów i run może być skalą muzyczną. Pierwszy glif jest jakby połączeniem runy pierwszej, co niektórzy interpretują jako nutę, gdyż skala muzyczna składa się z 7 nut z czego jedna się powtarza.

Runy zostały umieszczone na końcu książeczki płyty self-titled (pierwszy album zespołu), a jeśli próbować je odczytać według naszego alfabetu, zobaczymy słowo ‚ende’ czyli ‚koniec’.

Mithra

phoenix

Mithra to feniks – mityczny ptak reprezentujący słońce. Umierać miał w nocy – w płomieniach, aby narodzić się z prochu podczas wschodu słońca. Jest symbolem zarówno życia, jak i śmierci, a także odrodzenia. Samo słowo ‚Mitra’ to imię indyjskiego boga utożsamianego z Heliosen (! Helios – moderator i admin oficjalnego aktualnie nie działającego forum zespołu, pracownik The Hive). Słowo to oznacza również przysięgę, ugodę, pakt oraz przyjaźń, a we współczesnych językach indoarysjkich – przyjaciela.

The Trinity – Trójca

30as0410

Trójca czaszek odnosi się do trójcy umysłu, duszy i ciała. Tak więc, dodając strzały (arrowy), trinity mówi o tym, aby robiąc coś poświęcać się temu, a nie działać jedynie pobieżnie. Chcąc osiągnąć sukces, być szczęśliwym, czy dokonać czegoś, w co wierzymy, musimy się temu oddać w pełni.

Orbis Epsilon

orbis_10

‚Orbis’ – kółko, Ziemia, świat. ‚Epsilon’ – piąta litera greckiego alfabetu, odpowiednik naszej litery ‚E’. Tak samo, jak Krzyż Echelonu jest symbolem Echelonu, tak samo Orbis Epsilon.  W dosłowniejszym tłumaczeniu, dla mnie oznacza ‚Świat Echelonu. ‚Świat’ od słowa ‚orbis’, a ‚echelon’ od ‚epsilonu’, czyli litery ‚E’.

Triad

triad[1]

Trójkąt to jedna z podstawowych figur geometrycznych, z której możemy chociażby skonstruować czworościan – najtrwalszą bryłę w matematyce oraz, według Platona, symbolem ognia, który z kolei wiąże się nierozerwalnie z planetą Mars.

Triada pojawia się dopiero na trzecim krążku zespołu, seems legit. Każdy z wierzchołków oznacza jednego członka zespoły, a poprzeczna belka – wzmocnienie trójkąta – to Echelon, wsparcie zespołu. Tak samo, jak trójkąt jest formą ciężką do zaburzenia, przerwania, zepsucia, bo doskonale opiera się każdej sile na niego oddziałującej, tak zespół oparł się wszystkim problemom, jakie piętrzyły się przy okazji nagrywania This Is War i stał się silniejszy.

Find the Argus Apocraphex

To hasło to temat rzeka. Ja przybliżę w skrócie jedynie to, co sama myślę na ten temat.

Argus Panoptes to mityczny stuoki potwór, świetny strażnik. Zawsze gdy zasypiał, jedno z jego oczu czuwało nadal nad ochranianą przez niego kochanką Zeusa – Io. Apocraphex, od łacińskiego apocriphus, oznacza natomiast coś niezawartego w normach, coś ukrytego.

Tak więc, dla mnie chodzi o szukanie czegoś, czego nie można zobaczyć na pierwszy rzut oka. Zawsze przecież jest drugie dno, drugie znaczenie, ukryte gdzieś przed naszymi oczami i chronione w jakiś sposób. Nie można się też poddawać w szukaniu prawdy, zawsze trzeba dopuszczać możliwość drugiej strony medalu.

„Argus Apocraphex means never give up never give in. Always keep searching.” – Jared Leto

Podsumowując, w tej notce zawarłam to, co znalazłam na temat symboliki w internecie, razem z moimi własnymi przemyśleniami. Bardzo pomogła mi prezentacja z Echelon Conference w Lizbonie w 2012 roku, którą znalazłam w sieci. Mam nadzieję, że choć trochę rozjaśniłam niektórym sprawę i dałam powód do przemyślenia tematu.

Za wszelkie błędy stylistyczne, interpunkcyjne czy merytoryczne mogące wkraść się tutaj przepraszam. Starałam się.

Provehito In Altum!

68. Talk to me baby.

Nieczęsto mogę pochwalić się znalezieniem muzycznej perełki, bo niezbyt często takowych szukam. Tym razem też nie szukałam. Trafiłam przypadkiem. Szukałam na jutjubie pewnego filmiku dotyczącego w U2, kiedy w propozycjach wyświetlił mi się kawałek, jaki Bono i The Edge nagrali z Reeve’m Carney’em przy okazji pracy nad broadway’owskim musicalem o człowieku pająku. Jak się okazało, Carney miał zespół, gdzie grał wraz ze swoim bratem – Zane’m.

Aktualnie Zane Carney towarzyszy muzykowi Johnowi Mayerowi w jego koncertach, jednak wcześniej, pomiędzy jednym spektaklem Spider-man: Turn Off The Dark, gdzie grał w orkiestrze, a drugim nagrał kilka piosenek wydając je na płytce o tytule Confluence. Pisząc tą notkę dowiedziałam się również, że 10 lutego wychodzi jego drugi album, ale wracając do tematu.

Confluence odnalazłam na spotify, dzięki niebiosom za ten wynalazek, i nie potrafię się od niej oderwać. Ma w sobie coś magnetycznego. Odpręża zarazem pobudzając. Uzależnia. Oczywiście są to moje odczucia, jednak myślę, że z twórczością tego przesympatycznego człowieka, widzącego co to Polska, warto się zapoznać.

Zakochałam się w tej muzyce i marzę o tym, żeby usłyszeć ją kiedyś na żywo. Najpierw jednak muszę znaleźć sposób na dorwanie fizycznej płytki, żeby mogła spocząć na mojej półce.

66. Dare to live.

Za nami gala rozdanie Złotych Globów. Zarwałam noc, oglądałam, ale było warto. Dopingowałam własnych faworytów i się nie zawiodłam, choć całość była dość przewidywalna. Serce miałam rozdarte przy nominacjach aktorów drugoplanowych, gdzie do moich faworytów zaliczałam zarówno Micheala Fassbendera, jak i Jareda Leto. Wygrał ten drugi, choć w przypadku pierwszego też byłabym zadowolona. Kilka dni później ogłoszone zostały nominacje do Oscarów. Również bez niespodzianek, choć tutaj ze zdobyciem nagrody dla Leto może być ciut gorzej. Nie jest tajemnicą, że Nagrody Akademii Filmowej zdobywają głównie osoby lubiane w Hollywood, te mające plecy. 2 marca przekonamy się czy występ w Dallas Buyers Club przyniesie mu statuetkę. jedno jest pewne, sama nominacja podniesie jego znaczenie jako aktora.

Pełna humoru, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia człowieka, który nie zamierza żegnać się z życiem. Ron żyje z dnia na dzień. Pali jak smok, lubi bourbon, kobiety i rodeo. Nic ponad szybkie i proste przyjemności. Wiadomość o tym, że jest nosicielem wirusa HIV to dla niego szokujący wyrok, z którym nie chce się pogodzić. Jedzie do Meksyku, z którego zamierza szmuglować zakazane w USA leki. Po powrocie niespodziewanie zdobywa sojusznika w osobie queerowego transseksualisty Rayona. Ten pozornie niedobrany duet wspólnie zaczyna prowadzić klub, w którym inni szukają ratunku. [opis dystrybutora]

Film obejrzałam po gali Złotych Globów. Do lekkich nie należy, dla mnie był raczej dość ciężki. Nie przepadam za filmami opowiadającymi o latach pomiędzy 1980 a 1990, tym bardziej jeśli wpleciono w nie tematykę rodeo. Film obejrzałam z ciekawości, czy faktycznie Leto wcielił się tak cudownie w swoją rolę, bo w samo poświęcenie dla roli nie wątpiłam, poza tym aktorem jest dobrym. Mimo wszystko musiałam przekonać się na własne oczy, czy opinie, jakie krążą są trafne.

Z nieskrywaną przyjemnością oglądałam Matthew McConaughey’a w roli innej niż rola beznadziejnie przesłodzonego księcia na białym koniu z jakiejś komedii romantycznej. Pokazał tu klasę aktora przed duże „A” i został doceniony kilkoma nagrodami krytyków filmowych. Poświęcił się dla roli, wcielił się w nią całym sobą. Pokazał, jak człowiek w obliczu śmierci potrafi zmienić siebie i swoje nastawienie do otaczającego go świata. Kiedy życie rzuca mu gruz pod nogi, on się nie poddaje, zdeterminowany prze do przodu.

Swój udział w tej zmianie, moim zdaniem, ma też postać Rayon grana przez Leto. Rayon to transseksualista, którego kocha się od pierwszych chwil pojawienia się na ekranie, gdy pojawia się i próbuje nawiązać znajomość z Ronem – zatwardziałym homofobem. Pomiędzy dwójką zawiązuje się przyjaźń pełna uszczypliwości, jednak przyjaźń. Tak samo jak McConaughey, Leto również poświęcił się dla roli drastycznie zrzucając wagę. Pierwotnie postać Rayon miała być transwestytą, jednak zamysł zmienił się, jak tylko zdjęcia miały się rozpocząć. Stereotyp można powiedzieć, transseksualny narkoman mający HIV, ale pełen uroku.

Masa nominacji i nagród, jakie się posypały dla obu aktorów, jest w pełni zasłużona. Z całego serca trzymam kciuki (mimo rozdartego serducha przy nominacjach) za Oscarową galę, która odbędzie się 2 marca. Obaj panowie zasłużyli, żeby ich wyróżnić.

Hell is the cry of a starving infant. Hell is the begging for mercy then denied. Hell is the betrayals between man and wife. The lies between father and child. Hell is where the heart is.

Nigdy nie myślałam, że wejście do pierwszej lepszej taniej księgarni przyniesie mi książki za bezcen, które będę czytać z wielką przyjemnością. Do takich z pewnością mogę zaliczać Devil’s Kiss („Pocałunek Anioła Ciemności”) autorstwa Sarwata Chadda oraz The Iron Hunt („Pocałunek łowcy”) autorstwa Marjorie M. Liu. Nie jest to literatura ani ambitna, ani napisana pięknym stylem, jednak mają w sobie coś, co sprawia, że chętnie przeczytam kolejną część każdej.

Devil’s Kiss zainteresowało mnie polskim tytułem oraz opisem. Pomijając moją słabość do słów „Anioł Ciemności”, awersję do dziwnego imienia bohaterki – Billi, opis mówiący o zakonie Templariuszy był tym czego szukałam. Dodatkowym plusem jest Londyn, gdzie dzieje się akcja książki. W środku znajdziemy typowy problem współczesnej nastolatki, czyli problem porozumienia się z rodzicami, lecz tutaj pomiędzy Billi a jej ojcem sprawa ta ma mniej błahy powód.

Expect the unexpected, my mother once said. Because the unexpected most certainly will be expecting you.

W przeciwieństwie do historii Billi, kupno The Iron Hunt nie należało do decyzji podjętych szybko. W którymś momencie pomiędzy „chyba biorę” a „nie, to chyba nie to”, do głosu doszło moje poczucie czasu przypominające mi o tym, jaki jest on cenny. Przestałam się zastanawiać i udałam się do kasy. Nie żałuję. Z początku czytania miałam problem z przyzwyczajeniem się do dość średniego stylu, jakim jest ona napisana, ale moje serce skradły te małe skrzaty ożywające po zmroku i pomagające Maxine walczyć z demonami. Dodatkowo sama postać łowczyni demonów bardzo mi przypadła do gustu, tak jak parę pozostałych osób pojawiających się w ważniejszych momentach. Spodobał mi się tez pomysł, bo oto mamy przedstawiony świat z pozoru taki jak nasz, pełen ludzi, zwierzątek i wielkich miast, ale jeśli tylko móc na niego spojrzeć oczami Maxine, można by zobaczyć ukrywające się w ludzkich ciałach demony, żywiące się bólem i agresją. Trochę to daje do myślenia, bo czy aby na pewno znamy nasz świat na wylot? Przecież nie mamy pojęcia, co kryje się za rogiem.

Don’t judge me. Po prostu ta piosenka, jest naprawdę cool. Brzmi całkiem przyjemnie i miło dla ucha. Nie wiem dlaczego, ale trochę podjeżdża mi klimatem świątecznym. W każdym razie, obiektywnie oceniając, podoba mi się i myślę, że warto się z nią zapoznać, jeśli ktoś tego jeszcze nie zrobił.

65. The Raven by Edgar Allan Poe

The Raven

Edgar Allan Poe

Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary,
Over many a quaint and curious volume of forgotten lore–
While I nodded, nearly napping, suddenly there came a tapping,
As of some one gently rapping, rapping at my chamber door.
„‚Tis some visiter,” I muttered, „tapping at my chamber door–
Only this and nothing more.”

Ah, distinctly I remember it was in the bleak December,
And each separate dying ember wrought its ghost upon the floor.
Eagerly I wished the morrow;–vainly I had sought to borrow
From my books surcease of sorrow–sorrow for the lost Lenore–
For the rare and radiant maiden whom the angels name Lenore–
Nameless here for evermore.

And the silken sad uncertain rustling of each purple curtain
Thrilled me–filled me with fantastic terrors never felt before;
So that now, to still the beating of my heart, I stood repeating
„‚Tis some visiter entreating entrance at my chamber door–
Some late visiter entreating entrance at my chamber door;
This it is and nothing more.”

Presently my soul grew stronger; hesitating then no longer,
„Sir,” said I, „or Madam, truly your forgiveness I implore;
But the fact is I was napping, and so gently you came rapping,
And so faintly you came tapping, tapping at my chamber door,
That I scarce was sure I heard you”–here I opened wide the door–
Darkness there and nothing more.

Deep into that darkness peering, long I stood there wondering, fearing,
Doubting, dreaming dreams no mortals ever dared to dream before;
But the silence was unbroken, and the stillness gave no token,
And the only word there spoken was the whispered word, „Lenore?”
This I whispered, and an echo murmured back the word, „Lenore!”–
Merely this and nothing more.

Back into the chamber turning, all my sour within me burning,
Soon again I heard a tapping something louder than before.
„Surely,” said I, „surely that is something at my window lattice;
Let me see, then, what thereat is and this mystery explore–
Let my heart be still a moment and this mystery explore;–
‚Tis the wind and nothing more.

Open here I flung the shutter, when, with many a flirt and flutter,
In there stepped a stately Raven of the saintly days of yore.
Not the least obeisance made he; not a minute stopped or stayed he,
But, with mien of lord or lady, perched above my chamber door–
Perched upon a bust of Pallas just above my chamber door–
Perched, and sat, and nothing more.

Then the ebony bird beguiling my sad fancy into smiling,
By the grave and stern decorum of the countenance it wore,
„Though thy crest be shorn and shaven, thou,” I said, „art sure no craven,
Ghastly grim and ancient Raven wandering from the Nightly shore–
Tell me what thy lordly name is on the Night’s Plutonian shore!”
Quoth the Raven, „Nevermore.”

Much I marvelled this ungainly fowl to hear discourse so plainly,
Though its answer little meaning–little relevancy bore;
For we cannot help agreeing that no living human being
Ever yet was blessed with seeing bird above his chamber door–
Bird or beast upon the sculptured bust above his chamber door,
With such name as „Nevermore.”

But the Raven, sitting lonely on that placid bust, spoke only
That one word, as if its soul in that one word he did outpour
Nothing farther then he uttered; not a feather then he fluttered–
Till I scarcely more than muttered: „Other friends have flown before–
On the morrow he will leave me, as my Hopes have flown before.”
Then the bird said „Nevermore.”

Startled at the stillness broken by reply so aptly spoken,
„Doubtless,” said I, „what it utters is its only stock and store,
Caught from some unhappy master whom unmerciful Disaster
Followed fast and followed faster till his songs one burden bore–
Till the dirges of his Hope that melancholy burden bore
Of ‚Never–nevermore.'”

But the Raven still beguiling all my sad soul into smiling,
Straight I wheeled a cushioned seat in front of bird and bust and door;
Then, upon the velvet sinking, I betook myself to linking
Fancy unto fancy, thinking what this ominous bird of yore–
What this grim, ungainly, ghastly, gaunt, and ominous bird of yore
Meant in croaking „Nevermore.”

This I sat engaged in guessing, but no syllable expressing
To the fowl whose fiery eyes now burned into my bosom’s core;
This and more I sat divining, with my head at ease reclining
On the cushion’s velvet lining that the lamp-light gloated o’er,
But whose velvet violet lining with the lamp-light gloating o’er
She shall press, ah, nevermore!

Then, methought, the air grew denser, perfumed from an unseen censer
Swung by Seraphim whose foot-falls tinkled on the tufted floor.
„Wretch,” I cried, „thy God hath lent thee–by these angels he hath sent thee
Respite–respite and nepenthe from thy memories of Lenore!
Quaff, oh quaff this kind nepenthe and forget this lost Lenore!”
Quoth the Raven, „Nevermore.”

„Prophet!” said I, „thing of evil!–prophet still, if bird or devil!–
Whether Tempter sent, or whether tempest tossed thee here ashore,
Desolate, yet all undaunted, on this desert land enchanted–
On this home by Horror haunted–tell me truly, I implore–
Is there–is there balm in Gilead?–tell me–tell me, I implore!”
Quoth the Raven, „Nevermore.”

„Prophet!” said I, „thing of evil!–prophet still, if bird or devil!
By that Heaven that bends above us–by that God we both adore–
Tell this soul with sorrow laden if, within the distant Aidenn,
It shall clasp a sainted maiden whom the angels name Lenore–
Clasp a rare and radiant maiden whom the angels name Lenore.”
Quoth the Raven, „Nevermore.”

„Be that our sign of parting, bird or fiend!” I shrieked, upstarting–
„Get thee back into the tempest and the Night’s Plutonian shore!
Leave no black plume as a token of that lie thy soul has spoken!
Leave my loneliness unbroken!–quit the bust above my door!
Take thy beak from out my heart, and take thy form from off my door!”
Quoth the Raven, „Nevermore.”

And the Raven, never flitting, still is sitting, still is sitting
On the pallid bust of Pallas just above my chamber door;
And his eyes have all the seeming of a demon’s that is dreaming
And the lamp-light o’er him streaming throws his shadows on the floor;
And my soul from out that shadow that lies floating on the floor
Shall be lifted–nevermore!