5. I believe in Poland. Do you believe in me?

Notka z dnia 11 listopada 2011:

We will return. – Jared (Warsaw 12/14/2010)

Jak obiecał tak zrobili. Wrócili do kraju nad Wisłą, do Łodzi, na dwa koncerty. Na jeden z nich miałam bilet i nie darowałabym sobie gdybym tam nie pojechała, tak więc, w niedzielny wieczór razem ze Smokiem byłyśmy gotowe do wyjazdu po północy.

Podróż pociągiem minęła nadzwyczaj szybko i wcale się nie ciągnęła jak ta do Krakowa. Łódź przywitała nas chłodem listopadowego poranka i dworcem w stanie dość nieciekawym. Przy okazji pozdrawiam grupkę panienek w wieku poniżej 17 lat schodzącą przed nami ze schodów, która zaczęła się wydzierać jak zażynane świenie na widok plakatu Batonowego koncertu. Nawet ja i Smok się tak nie wydarłyśmy witając się z Julkiem, a przecież nie widziałyśmy się trochę czasu. W każdym razie, Juliana spotkałyśmy po małym nieporozumieniu. My poszłyśmy po nią pod Atlas Arene a ona po nas na dworzec. Dotarcie do naszego Hoteliku Relax zajęło nam trochę czasu, ale dałyśmy radę. Tam ugościła nas Jedi, gdzie razem ze Smokiem przekimałyśmy dobre dwie godziny odsypiając podróż.

Około godziny 15 może 16 we czwórkę pojechałyśmy znów pod Atlas Arenę, gdzie spotkałyśmy się z resztą wspaniałych znajomych. Tego wieczoru zadaniem naszej trójki (moim, Smoka i Jul) było pilnowanie kurtek tym udającym się pod barierki, gdyż same nie miałyśmy biletu. Jeszcze przed otwarciem wejść postanowiłyśmy wrócić do hoteliku, do naszego chłodnego pokoiku, żeby przesiedzieć tam trochę, bo niezbyt nam się uśmiechało przesiedzieć dwa supporty pod halą. Sprytnie pomyślanym było, żeby schować kurtki do Smoczej walizki i z nią udać się pod Atlas Arenę.

Nie wiem jakim cudem, ale zdążyłyśmy dosłownie dojść do wejścia numer 1, kiedy ze środka dobiegły nas pierwsze dźwięki Escape. Przysięgam, że nie wiem jakim cudem się tak stało, bo show zaczął się punktualnie co do minuty. Znalazłszy dogodne miejsce postanowiłyśmy przysłuchać się dźwiękom dochodzącym z zewnątrz. Julian miała szklanki w oczach słuchając bębnienia Shanna, a my ze Smokiem nie mogłyśmy wyjść z szoku w jakiej świetnej formie jest głos Jareda. Jeszcze większym zdziwieniem przypłaciłyśmy solówki Tomo, na które przecież nigdy sobie nie pozwalał. Swoją drogą, ja mogłam robić to o czym po cichu marzyłam, update’owałam na twitterze całą setlistę (wierzcie mi, mega uczucie móc to robić na bierząco).

I believe in Poland. Do you believe in me? – Jared (Łódź 11/07/2011)

Ten koncert pod względem muzycznym przebił nawet Coke, które było niesamowite. Zespół każdą piosenke wykonywał jakoś inaczej, z większą pasją niż zwykle, jakoś tak lepiej. Całego powera tego koncertu czuło się nawet na zewnątrz. Jared popisywał się wymową nazwy miasta, chwalił polską publikę i pierogi.

PIERRRRRRRDOL SIE – Jared (Łódź 11/07/2011)

Taaak, to słowo już nigdy nie będzie brzmiało tak samo.

Polish Echelon po ciężkich staraniach doprosił się wreszcie upragnionej Buddhy. Osobiście zbrzydła mi już ta piosenka, przez to ciągłe marudzenie o niej. Nie uważam jej za jakąś genialną, bo w repertuarze Marsów są lepsze utwory, ale fakt, że została jednak zagrana w Polsce bardzo mnie ucieszył.

Wszystko wokół przestało dla mnie istnieć w momencie, kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki The Story. Zagrali mi moją ukochaną piosenkę FULL BANDEM! Częściej przecież grają akustycznie. Możecie sobie wyobrazić mój wrzask z radości i te szklanki w oczach, wiedząc jak ważna dla mnie jest ta piosenka. Przeryczałam całą nie mogąc nawet posłać porządnego tweeta, tylko wsłuchiwałam się w utwór. Po raz kolejny poryczałam się po koncercie, kiedy Kabelek oznajmiła mi, że Jared grał na Artemisie (jeśli można byc fangirlem gitary to ja jestem fangirlem Artemisa). Muzycznie niebo, inaczej tego określić nie można.

Nigdy tego nie zapomnę, bo choć nie byłam wewnątrz Atlas Areny ten koncert jest najlepszym na jakim mogłam być (bo jakby nie patrzeć to byłam i to za darmo!).

It sounds like „Dzięki Jared” – Jared (Łódź 11/07/2011)

Łódź nocą jest przerażająco opustoszała. Przekonałam się o tym spacerując z pierodżisami przez Piotrkowską do Manufaktury o 3 w nocy. Ciarki po plecach przechodziły mi przy każdej ciemnej bramie, przy każdym nieoświetlonym zaułku.

Drugi dzień w Łodzi rozpoczęłyśmy od spaceru po Piotrkowskiej do Cofee Heaven i poszukiwań pasmanterii, by po powrocie do hotelu przygotować się na Neon Night. Jak tylko moje spragnione barierek pierodżisy pojechały zająć miejsca w kolejce do wejścia, ja postanowiłam poprawić pewien błąd na mojej koszulce. Sama pod Atlas Arenę wybrałam się po 17 z Agatką, gdyż nie spieszyło nam się w tłum.

Pominę opis mojego wnerwa, kiedy przed wejściem na halę okazało się, że za moimi plecami stoi rozpieszczony bachor, na którego jestem uczulona.

Wnętrze Atlas Areny okazało się być całkiem przyjazne, głównej hali nie oddzielono od korytarzy tak jak na Torwarze, przez co nie było problemu w wyjściem po coś do picia podczas koncertu, gdyż wszystko było idealnie słychać.

Support – Our Mountain, nie urywało dupy, było dość przeciętne jak na mój gust. Zagrali podobno identycznie jak poprzedniego dnia z jedną różnicą, wokalista się przebrał. No cóż, nie dla nich ludzie przyszli.

Pierwsze dźwięki Escape usłyszeliśmy nieco po czasie, na szczęście opóźnienie to nie było jakieś duże, może około 15 minut. Zajmując sobie miejsce u szczytu schodów prowadzących na sektory miałam widok na wszystko, od sceny, przez płytę, po sektory. Lepszego miejsca chyba nie mogłam sobie znaleźć, wcale nie żałowałam zrezygnowania z płyty, bo widziałam wszystko co się działo.

Oczywiście, pojawiły się gumowe dmuchane zwierzaki (całe szczęście, że nie gumowe lale z sexshopu), piłki i triada na scenie. Chwilami miałam wrażenie, że ten koncert odbywa się według jakiegoś utartego schematu, lekko drętwo, gdyż Jared powtarzał niektóre swoje teksty z minionego dnia, a solówki Tomo zniknęły, jakby szlag jasny je trafił po poprzednim wieczorze. Z muzycznej strony coś się zepsuło, i choć do setlisty dodano A Beautiful Lie, a The Kill wykonano nie tylko akustycznie ale i full bandem, to czegoś brakowało, nie tylko Buddhy i The Story. Brakowało tego powera z minionego wieczoru, tej rodzinnej atmosfery, którą czułam stojąc na zewnątrz. Wyprzedany wieczór był zagrany pod publikę, być może miało to głębszy sens, bo zauważyłam gdzie niegdzie wokół sceny osoby z kamerami, ale nie zmienia to faktu, że koncert mogę zaliczyć jako gorszy od Coke.

Rozłożyło mnie na łopatki, kiedy wciągnięty na scenę został chłopak cały ubrany na oczowalący pomrańcz i przedstawił się jako Konrad. (coconut. lol.)

Jared Leto: What’s your name?
Boy: Conrad
Jared Leto: Coconut?
Boy: Conrad!
Jared Leto: I thought your name was coconut.

Wielki plus dla akcji z glowstickami podczas wykonywania L490 przez Shannona. Latające patyczki wyglądały cudownie

Kop w zad należy się na ten rzut gitarą podczas The Kill, ten bied przez płytę też do najmądrzejszych nie należał. Szanowny pan wielki wokalista jakimś cudem podczas L490 przeniósł się niezauważony na soundboard, gdzie wykonał set akustyczny, jednak w pewnym momencie wskoczył tłum znikając mi tym samym z oczu. Mogłam się jedynie domyślać, gdzie znajduje się Leto, po tym gdzie zmierza cały rój mrówek biegnących za nim. Ponownie ujrzałam go dopiero w momencie wyskoczenia z tłumu na barierki przy sektorach, z rozbawieniem zauważyłam, że podczas swojego biegu przez płytę stracił koszulkę.

Chyba nigdy nie zrozumiem, po co oni robią Hurricane screening na koncercie i to tuż przed ostatnią piosenką. Piski publiczności na widok gołek klaty J’a leżącego w łózku też nie należą do najbardziej na miejscu.

Kings & Queens zapadło mi w pamięć głównie przez to klękanie. Nie wiem, co odbiło Jaredowi do tego jego świeżo ostrzyżonego łba, ale rzędy z przodu na płycie z pewnością nie były zadowolone, chociaż trzeba przyznać, że wyglądało to z góry zajebiście, jak wszyscy jak okiem sięgnąć klękali. To tak jakbyśmy dziękowali za te dwa koncerty, całkiem ciekawe zwieńczenie dwóch dni. Jakby tego było mało, na K&Q też grał na Artemisie!

Łódź, jako miasto przemysłowe ma swój urok, choć dla mnie jest brzydkie i nieprzyjazne, to gdzieś tam czuje się taką swoistą magię płynącą z tego mrocznego klimatu. Właściwie jedynym ładnym miejscem jest Manufaktura, no i odcinek Piotrkowskiej. Jak to Jared w jednym z wywiadów stwierdził: „To wygląda jakby nic się tu nie zmieniło od 50 lat„.

Te trzy dni jakie spędziłam tam mogę zaliczyć do bardzo intensywnych. Przed wyjazdem, w środę, zaczęłam czuć taką ogarniającą mnie pustkę, jakbym rozstawała się z kimś bardzo i bliskim, z najbliższą rodziną, na czas nieokreślony mając nadzieję, że ten czas minie szybko. Tęsknię, tak bardzo jak nawet nie tęskniłam po Krakowie. Wtedy spełniłam swoje marzenia, to na co czekałam dobiegło końca, a teraz czuję wewnętrzną tęsknotę do czegoś co ma nastąpić, choć nie wiem co to jest. Kraków był wspaniałą przygodą i spełnieniem marzenia o ich koncercie, końcem mojej wewnętrznej przemiany. Łódź jest nowym początkiem, początkiem kolejnej przygody, która trwa i będzie trwać sama nie wiem jak długo, ale wiem, że w czasie tej przygody przeżyję coś niesamowitego i to już very very soon.

xoxo

Reklamy

One thought on “5. I believe in Poland. Do you believe in me?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s