7. Until we meet again.

Notka z dnia 12 grudnia 2011:

Jeśli Jared Leto mówi, że ma niespodziankę, to wiedz jedno: na 99% chodzi o kolejny show. Tym razem jednak było nieco inaczej. Jednym z dwóch sekretów, owszem była data, ale drugi miał wkrótce wywołać u mnie nieopisane emocje.

The secret is out.

300 show zbliżał się wielkimi krokami, a ludzie wciąż prosili o live stream z koncertu. Darmowy oczywiście, bo nikt nie miał zamiaru płacić, jednak zespół z szanownym panem Leto na czele ogłosił inaczej. 15$, tyle właśnie kosztowała ludzi przyjemność oglądania tego wyjątkowego gigu na żywo z Nowego Jorku (miasta moich marzeń). W pierwszej chwili uznałam to za chory pomysł. Płacić ok. 50zł za zwyczajny stream? O nie, nic z tego! Co jak się zatnie? Co jeśli łącze/modem/internet zastrajkuje? Po dłuższym zastanowieniu i rozważeniu całej sprawy uznałam, że jeśliby oglądać nawet w jakieś 5 osób to te 10zł to nie jest majątek, więc dlaczego nie? W grupie raźniej, a złożyć się to przecież nie problem. Cały stream nosił tajemniczą i z niczym nie kojarzącą się wtedy jeszcze nazwę – VyRT.

Siedząc u cioteczki i pilnując babci dowiedziałam się, że Sophie (30STMVOTE) ma do rozdania bilet na VyRT. Zgłosiłam się stwierdzając, co mi szkodzi, nie mam nic do stracenia. Na pytanie w formularzu dlaczego bilet miały trafić do mnie odpowiedziałam szczerze, że to dla  NYC to miasto moich marzeń i chciałabym kiedyś być tam na ich koncercie, a poza tym wspaniale byłoby obejrzeć Mars300 wraz z przyjaciółmi (planowałam wtedy pokombinować z Karoliną żeby obejrzeć wspólnie).

Po części nawet zapomniałam o moim zgłoszeniu, jednak kiedy Sophie rozpoczęła wybór wygranych i wysyłanie DMów, ja nie liczyłam na takowego, jednak skrzynkę sprawdzałam dla własnego spokoju. Już miałam iść spać, kiedy po raz ostatni sprawdziłam i o mało się nie wydarłam. Ucieszyłam się z wygranej tak jak wtedy kiedy wygrałam płytę AFI. Problem biletu był załatwiony…

Koniec końców umówiłyśmy się z Demonem, że to u niego obejrzymy. We trójkę powinno nam być wprost idealnie, ale wtedy postanowiła się do nas dołączyć Auga. Umówieni, mogliśmy już tylko odliczać do godziny 0:00 w nocy z 7 na 8 grudnia.

Wreszcie nadszedł 7 grudnia. Od rana spędziłam dzień poza domem, planując, że popołudniu się prześpię, gdyż z Karoliną umówiona byłam na 21. Dzień ciągnął się niemiłosiernie, a ja czułam się jak przed prawdziwym koncertem. Podekscytowanie mieszało się z uczuciem szczęścia i słodkiego oczekiwania. Oczywiście nie było szans, żeby się wyspać. Przeleżałam może z pół godziny w łbem w poduszce i to musiało mi wystarczyć na całą noc.

Po 21 razem z Karoliną wyszłyśmy z domu, zaopatrzone w prowiant na nasz nocny koncert i wsiadłyśmy w autobus linii 82. Na przystanku, gdzie wysiadłyśmy spotkałyśmy się z Augą i ruszyłyśmy dalej. W deszczu po lekkich trudach dotarłyśmy na TĄ ulicę. Stojąc i czekając aż Demon odbierze telefon rozglądałyśmy się po okolicy. Pominę może fakt, że musiałyśmy po ulicy gonić uciekające mandarynki, a na jednym z balkonów czyhał morderca z czymś w ręku. Koniec końców trafiłyśmy do mieszkania naszego kolegi.

Gospodarz zaoferował nam herbatkę oraz wspólne oglądanie finału Tap Szpadl z jego współlokatorami. Anyway, po 23 zaczęło się oczekiwanie na koncert. Rozwaleni na kanapie, z masą żarcia przed sobą i zalogowani na ustream mogliśmy rozkoszować się tym co miało nastąpić. Nie obyło się bez spekulacji na temat setlisty.

Can I macu macu your Artemis?

Spodziewaliśmy się czegoś starszego, z uwagi, że to swojego rodzaju pożegnanie przed przerwą. Karolina uparcie przekonywała jakoby miało się pojawić The Story, a ja pragnęłam znów zobaczyć Artemisa. Noc zapowiadała się cudownie, a to przecież był dopiero początek. W międzyczasie dowiedzieliśmy się o problemach ekipy krakowskiej, która uzyskała błędny kod i nie mogła się do końca zalogować, jednak koniec końców udało im się to i mogli obejrzeć show.

Dokładnie o północy na ekranie monitora pojawiły się dwie pocieszne mordki – młodszego Leto i Tomo. Potem Shannon na wyrku do masażu, wyglądający jakby się nieźle najarał… Stream się zacinał chwilami, ale po jakimś czasie zmniejszyliśmy jakość z high na low i nie widząc praktycznie różnicy mogliśmy oglądać dalszą część streamu bez niepotrzebnych przerw.

Zdaje mi się, że było coś koło 2:30, kiedy rozpoczął się pamiętny 300show.

1. Escape

Widziec „od kuchni” jak się zaczyna koncert to coś wspaniałego. Sam utwór jest moim zdaniem idealny na otwarcie koncertu, a widząc jak Jared zaczyna śpiewać, jeszcze nie pojawiwszy się na scenie, racząc przy tym widzów jednym ze swoich firmowych eyefucków.

2. A Beautiful Lie

Moje pytanie brzmi: Gdzie NOTH?! Nie pasuje mi takie otwarcie koncertu… Może to z przyzwyczajenia, bo na każdym show w Polsce grali NOTH jako drugie? Anyway, cudownie było usłyszeć ją znowu, w pewnym sensie, na żywo.

3. This is War

Czyli piosenka, której niecierpię na koncercie. Nie brzmi mi ona zbyt dobrze, muzyka jest jakaś taka nijaka, a wokal ledwo słychać. Fakt faktem, że tekst ma świetny do wydzierania się, jednak i tak nie jestem do niej do końca przekonana.

4. 100 suns

Piękne uzupełnienie poprzedniej. Coś wspaniałego.

5. Search and Destroy

Piosenka jak piosenka. Dla mnie nie jest jakoś wybitna, wiąże się jednak ze wspaniałymi wspomnieniami. Biorąc jednak pod uwagę ten konkretny show, brzmiała świetnie. Co by to było, gdyby muzyka nie została wstrzymana, a Jared nie zmuszałby publiki do większej zabawy? Musiał to zrobić, trzeba też przyznać, że podziałało. Z początku drętwa publika rozkręcała się od tego momentu.

6. Vox Populi

Piosenka marzeń, jak to sobie o niej mówię. Wytupywanie jej łącznie z klaskaniem powodowało uczucie współczucia dla sąsiadów mieszkających piętro niżej.

7. Night of the Hunter

To co powinno zostać zagrane raczej jako drugi utwór było siódme. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Mimo wszystko w tym momencie przypomniały mi się polskie koncerty, od Krakowa począwszy, na Łodzi skończywszy. Cała piosenka była przez nas zaśpiewana bardzo donośnie, aż uśmiech cisnął mi się na twarz.

8. L490

Miska na scenie i Shanimal gotujący zupkę. Utwór ma coś w sobie i to nie tylko w wersji jaką słyszałam do tej pory na żywo, ale też w tej. Muzyka sprawia, że ciężko skupić się na czymś innym, porywa duszę w głębię odczuć. Niesamowite.

9. Kings and Queens

Mały fragmencik, jednak wystarczał aby przypomnieć jak cudownie ta piosenka brzmi w wersji akustycznej.

10. Alibi

 Jeśli piosenkę można nazwać wyciskaczem łez, to jest nim zdecydowanie Alibi. Osobiście uważam wykonanie akustyczne za nie wyciągające z niej pełni mocy.

11. Was it a dream?

Cudna, szkoda, że grana dość rzadko.

12. Hurricane

Sama nie wiem, czy wolę akustycznie czy full bandem, jednak mimo wszystko ten utwór jest  hipnotyzujący w jakiś sposób.

13. The Kill

Czysta perfekcja. Utwór grany w połowie akustycznie, w połowie full bandem. Nic dodać, nic ująć. Leto rozstępujący tłum, niczym Mojżesz Może Czerwone, przeciskający się przez tłum i wyciągany przez ochronę z niego… Koszulka praktycznie zerwana… Szaleństwo.

14. Closer to the edge

To już nie piosenka, to modlitwa. Ojj tak. To dzięki tej piosence tak bardzo nakręciłam się na koncert w Krakowie. Coś niesamowitego.

15. The Story

Przeryczana od początku do końca. Mało tego, że zagrali to full bandem, to jeszcze na Artemisie. Ci co mnie znają wiedzą jakie ja żywię uczucia do tego gitarowego cudu. Jeszcze słowa Jareda przed piosenką, a potem cytująca go znajoma tweetująca „Artemis is a very loving guitar, he likes you too plus The Story (just like for @Alex_Joker_H)„. Mój ryk się pogłębił. Martyna na początku piosenki pisząca mi smsa „THE STORY!„, a ja jej na to jakże ambitnym „KU*WA WIEM!„.

16. Buddha For Mary

FULL BANDEM! Mój mózg ledwo zdołał się zacząć zbierać po poprzednim utworze, a już został zbombardowany czymś tak wspaniałym! Szczęka na podłodze ledwo się od niej odkleiła.

17. Capricorn

Mother of God. Oni chyba chcieli wyprawić mnie na tamten świat. Choć przy tym utworze już nie miałam takich „lotów” jak przy dwóch poprzednich.

18. Oblivion

Fragment, fragment, który zabił do reszty. Czy tak trudno grać to na innych koncertach?

19. Kings and Queens

Piosenka zakończenie, podsumowanie wieczoru. Tym razem niemile urozmaicona chwilami grozy. Całe szczęście, wszystko okazało się skończyć dobrze.

I want everybody right now for this next song to promise themselves and me, that you’re gonna let go of everything. Let go of yesterday, let go of your job, let go of your boyfriend, of your girlfriend, your boss, of all your troubles. You’re gonna be with us here and together we’re gonna have the best night of our entire fucking lives. – Jared leto @ Mars300

Podsumowując. Koncert nie urwał dupy setlistą. Raczej zawiódł, bo jak na koncert bijący rekord to coś cienko. Biorąc jednak pod uwagę dodatek w postaci czterech utworów przez finałem, ten koncert to marzenie!

Słodkie dzieciaczki, które pojawiły się na scenie, rozmawiające z Jaredem i dostające od Shannona pałeczki były przeurocze! Chłopak trzymany na rękach podczas Kings and Queens mnie rozczulił. Doszło do mnie, że nie ważne jak się ze sobą nie zgadzamy, jak bardzo się kłócimy, sprzeczamy, Echelon jest niesamowitą globalną rodziną, która potrafi się zjednoczyć w odpowiedniej chwili.

2 letnia przygoda zakończyła się. W ciągu tego czasu zmieniłam się wewnętrznie, zaczęłam postrzegać świat nieco inaczej. Dziękuję wszystkim, którzy byli tego częścią, wszystkim, których spotkałam w ciągu tego czasu i tych, z którymi się zbliżyłam.

For over two years we have traveled this miraculous planet. Pushing relentlessly over mountains and seas, exploring this earth in the most unique of ways. All the while learning about this world, and ourselves, through all of you.

Thank you for the dreams. Thank you for the memories. And thank you for sharing this unforgettable adventure with us. It was the journey of a lifetime and we are so grateful to you all for that.

Please remember

Be brave
Fight for what you believe in
And make your dreams
Your reality.

-JL

Provehito In Altum
2011

Jestem pewna, że niedługo znowu będziemy mieć okazję uczestniczenia w Night to remember i to być może prędzej niż się tego spodziewamy.

Thank you for these past few years of my life on the road muddafuggaz!! – Shannon on twitter.

I ONLY WANT TO SAY THANK YOU TO EVERYONE FOR WHAT HAS BEEN THE MOST UNFORGETTABLE JOURNEY OF MY LIFE. AS JARED SAID, UNTIL WE MEET AGAIN… – Tomo on twitter

xoxo

Reklamy

2 thoughts on “7. Until we meet again.

  1. Wczoraj oglądając ten event też mnie zaskoczyli tym, że po „Escape” usłyszałam „ABL”, bo już otwierałam buzię gotowa do „NOTH”, a ręce przecinały powietrze grając na powietrznej perkusji;p
    L490 – ❤ all I can say. W ogóle Shannon podczas tego koncertu rozłożył mnie na łopatki. Po prostu tak chciało mi się z niego brechać za każdym razem, gdy go pokazywali, a zaczęło się już od akcji z masażem.
    "Alibi" – kocham ten utwór w każdej wersji, a słysząć "Was it a dream" było tylko wielkie "aaaahhhh".
    Akurat "Hurricane" bardzo mi się podobało w wersji akustycznej. chociaż to nie jest moja ulubiona pieśń. Natomiast "The Kill" to masterpiece! Miałam dokładnie takie same skojarzenia co do "Mojżesza i Morza Czerwonego". 😉
    The whole thing with "The Story" – ❤
    Cały ten "powrót do przeszłości" mnie zabił. Już nie siedziałam, a leżałam rozbrojona na czynniki pierwsze. Kiedy Tomo zaczął grać "Oblivion" myślałam, że z radości wyskoczę przez okno pobiegać dla ochłody. Słowa Jareda przed "K&Q" – *_*
    Na zakończenie tylko powiem, że mogli to zrobić lepiej – jasne. Prawdą jednak jest, że i tak będę kochać ten koncert.
    PS: A miny Shannona były epickie. Szczególnie kiedy stał obok gościa z "Guiness skład" i wywalił jęzor do fanów.
    PS2: Wiem, rozpisałam się, ale ja zawsze mam dużo do powiedzenia 🙂
    Greets. 🙂

    • Shanny wyglądał na mega najaranego tam 😀 ale racja to było rozwalające. Strasznie pocieszną mordkę miał podczas koncertu :’)
      Co do NOTH to już wiedziałam, że gdzie indziej też grali jako któreś no ale dziwnie było to słyszeć w sumie. Zresztą, od ponad roku słuchając Escape zaszwe na końcu słyszę „POOOOŁŁLEEEEND” więc to już moje spaczenie 🙂
      Mnie w sumie rozczarowała setlista, nie mówię o TS, BFM, Capricornie i Obliion, bo to było mega. Brakowało mi strasznie Attack (moj budzik) :<
      xoxo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s