22. Red. I feel my soul on fire. (…) Red. The color of desire.

Obejrzałam wczoraj, a raczej dzisiaj, w nocy Les Miserables i muszę przyznać, że film jest bardo dobry. Śmiem nawet uznać go za rewelacyjny w filmwebowej skali. Podobały mi się kostiumy, scenografia, dobór aktorów poza jednym glonojadowym wyjątkiem, no i muzyka.

Do you hear the people sing?
Singing the song of angry men?
It is the music of the people
Who will not be slaves again!
When the beating of your heart
Echoes the beating of the drums
There is a life about to start
When tomorrow comes!

Właściwie z początku nie należałam do zbyt pozytywnie nastawionych do tego filmu. Ot, kolejny musical przeniesiony na ekran. Myliłam się. Les Miserables jest naprawdę dziełem wysokiej klasy zarówno pod względem wizualnym jak i muzycznym. Zabrałam się za oglądanie pod wpływem Nędzników, których mój tato oglądał na CBS Europa. Myślę, że samej fabuły nie trzeba nikomu przybliżać, bo większość zna powiesć Victora Hugo albo którąś z jej adaptacji.

Jak już wspomniałam, spodobał mi się dobór aktorów uzdolnionych również wokalnie. Hugh Jackman (Jean Valjean) nie zaskoczył mnie  swoim głosem, bo już słyszałam jego popis podczas jednej z Oscarowych gali, kiedy pośmiertnie przyznano statuetkę zmarłemu Heath’owi Ledger’owi. Teraz jednak popis był o wiele dłuższy (film ma ponad dwie i pół godziny!), a w połączeniu z samą osobą aktora – zapierający dech w piersiach. Anne Hathaway (Fantine) w pełni zasłużyła na tego Oscara, którego jest posiadaczką. Zawsze jestem pod szczególnym wrażeniem aktorów mających do wcielenia się rolę przesycone emocjami, a jeśli miażdżą realizmem tych emocji, to jestem pozostawiona bez jakichkolwiek możliwości komentarza. Russell Crowe (Javert) wyglądał niezwykle dostojnie w niebieskim mundurze, no i zaskoczył mnie swoim głosem. Nie miałam pojęcia, że on tak dobrze śpiewa. Amanda Seyfried (Cosette) znana już z udziału w Mama Mia nie miała tutaj za wiele pola do popisu moim zdaniem. Podobało mi się, że postarano się, żeby odtwórczyni roli młodej Cosette (Isabelle Allen) była do niej podobna. W każdym razie blask Amandy przyćmiła debiutantka Samantha Barks (Époine) z niesamowitym głosem, nieprawdopodobnie wąską talią i śliczną buźką. Trzeba też przyznać, że zagrała całkiem przyzwoicie. Nie mam zielonego pojęcia jak Eddie Redmayne (Marius) znalazł się w obsadzie, a czekajcie, koleś ma świetny głos i aż ciary mnie momentami przechodziły. Głos jak głos, ale jego usta mnie odrzucają. Tak wiem, człowiek nie ma większego wpływu na to, jak wygląda, ale na każdym zbliżeniu widziałam tylko te żyjące własnym życiem wargi. Pierwsze skojarzenie: glonojad. Wartym wspomnienia jest również Aaron Tveit (Enjorlas), który stał się małym internetowym hitem wraz z graną przez siebie postacią. Poważnie, na takim tumblr widzę masę fanartów na jego temat. Poza tym, mam chyba słabość do broadway’owych aktorów, bo to już kolejny osłabiający mnie przystojniak. Czym byłby film bez akcentu humorystycznego? W ogóle, kto inny mógłby takiego dostarczyć, jak nie sam Sasha Baron Cohen (Thénardier) tworząc w połączeniu z Heleną Bonhnam Carter (Madame Thénardier) wybuchową parkę złodziejaszków. Role im przypasowały, co doskonale widać i aż miło spojrzeć na tą dwójkę w natarciu. Charakterystyczny wygląd Bonhnam Carter do jakiego nas przyzwyczaiła w swoich kreacjach nawet tu jest wyraźnie widoczny. Serce kroiło mi się na koniec filmu przez Daniela Huttlestone’a (Gavroche), bo zagrał przeuroczego małego rewolucjoniste, przez co ta postać zdobyła sobie moje serce swoim zapałem, odwagą oraz wiernością idei.

Jeśli chodzi o sceny, które w jakiś szczególny sposób zapadły mi w pamięci, to najbardziej ostatnia. Motyw ucieleśnienia Boga w jedną z przewijających się wcześniej postaci – świetny, a zakończenie ukazujące „drugą szansę”  wywołało szeroki uśmiech na mojej twarzy.

Red – the blood of angry men!
Black – the dark of ages past!
Red – a world about to dawn!
Black – the night that ends at last!

Cudowna muzyka z filmu myślę, że tymczasowo przyćmiła dla mnie mójego uwielbianego Upiora w Operze z Gerardem Butlerem. Szczególnie utwory takie jak ABC Cafe / Red and BlackCastle On A Cloud oraz Do You Hear People Sing wywołały u mnie przyjemne dreszcze.

Tak swoją drogą, przeraziłam się lekko na myśl o tym, co muszę przeczytać na zajęcia z prof S. Parę opowiadań i dwie sztuki, wszystko po angielsku, a potem napisać kilka zdań własnych odczuć na temat tego, co się przeczytało. Brzmi ciekawie, o ile przeczytam, bo z czytaniem u mnie ostatnio bardzo ciężko. W weekend zjazd, mam dwie poprawki, a tak liczę na względny luz na wykładach, ale mam też nadzieję na coś więcej, co nie pozwoli mi zasnąć. W każdym razie, jutro czeka mnie wycieczka do biblioteki brytyjskiej w celu wypożyczenia tego i owego.

Dowiedziałam się dzisiaj, że Poznań nawiedzi w czerwcy Alicia Keys. I tu stawiam pytanie, czy znajdzie się koncert dla mnie? Za każdym razem, jak przyjeżdża do Poznania jakiś artysta, to zazwyczaj nie pałam do niego zbytnią sympatią. Czy ja naprawdę chcę za wiele? Jeden, może dwa koncerty jakieś małe i będę w pełni szczęśliwa. Mój pech, bo nie kręcą mnie polskie zespoły, więc muszę liczyć na muzykę zagraniczną. Oh, well… Muszę się z tym chyba pogodzić.

Wczoraj pewna diablica nakręciła mnie (prawdopodobnie nieświadomie) na wyjazd do Budapesztu. Przez godzinę chodziłam i powtarzałam jak mantrę „BUDAPEST. BUDAPEST. B-U-D-A-P-E-S-T”.  Nie śmiejcie się. To nie moja wina, że od siódmego roku życia jestem zakochana w pewnym temacie i mam obsesję, która uaktywnia się szczególnie mocno, kiedy powstaje nowa adaptacja książki przeze mnie uwielbianej. Już nawet znalazłam promocję na pobyt dla dwojga w Budapeszcie. Szkoda tylko, że w tej chwili mój portfel wygląda jak nieużywana szuflada – przedrzyj się przez pajęczynę, a znajdziesz stare rachunki z biedronki. Tak więc, przyjęłam ambitny plan wzmocnienia jeszcze bardziej moich prób znalezienia pracy. Oby mi się udało, chociaż po wczorajszych propozycjach czarno to widzę. To, że piszę w ogłoszeniu „studentka poszukuje pracy” nie znaczy to samo co „ZDESPEROWANA studentka GOTOWA NA WSZYSTKO szuka pracy”. Nie interesuje mnie żaden masaż erotyczny ani tym bardziej miłość francuska. Czy naprawdę jestem takim looserem, żebym nawet nie mogła dostać porządnej oferty pracy?

Reklamy

3 thoughts on “22. Red. I feel my soul on fire. (…) Red. The color of desire.

  1. Nie oglądałam Les Miserables. Ale mam zamiar. Tak samo jak i Django. Właśnie opinie na temat tych filmów są podzielone.. 🙂 Czekam, aż kinomaniak wróci. Tam oglądało mi się najlepiej.
    Wiesz, że w Poznaniu gra też Papa Roach? Idziesz? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s