42. WARsaw part I.

Pierwsze dni w WARszawie mijają diabelnie szybko. Za szybko bym powiedziała. Całe szczęście nie załamałam się totalnie przed wyjazdem, bo byłam w stanie gorszym niż tragiczny. Nie miałam siły na nic, ani na pakowanie, ani na sam wyjazd. Miałam ochotę usiąść i się rozbeczeć jak małe dziecko z bezsilności. Nic nie wychodziło. Totalnie nic. Właściwie, rozbeczałam się siedząc obok mamy, przeglądając internet. Na pytanie „O co chodzi?” odpowiedziałam durnym „nie wiem”, bo właściwie nie wiedziałam, co nie doprowadziło do takiego stanu. Te przeszkody, jakie napotkałam przed wyjazdem były jedynie drobiazgami, ale przez moje nerwowe rozstrojenie przeważyły szalę i pękłam. A przecież wyjad do fryzjera ze Smokiem udał się doskonale, mimo małej przygody z moją legitymacją  tą cholerną sklerozą, która tym razem miała mocno zaboleć.

Anyway… Jestem od trzech dni w Warszawie z najzajebistsymi trollami pod słońcem (tak, ja też was kocham moje skubane wariaty) i oby wszystko dalej szło pięknie. Pierwszy dzień minął jak z bicza. Wyjazd z Poznania o 5:28, całe 3 godziny z hakiem przespane w niewygodnej pozycji w pociągu TLK, potem telepanie się przez centrum stolicy na Żoliborz z naszymi końmi-walizkami. Chwila odsapnięcia i rozpakowanie się. Spotkanie z Jedi, a potem we trzy udałyśmy się po Juliana. Miałam ochotę zbić jej tyłek na kwaśne jabłko, gdyż nie obyło się bez szukania jej po metrze. Potem obiadek Julianowy i szalenie wspólnie w salonie. Tęskniłam za tym. Tyle śmiechu a to przecież dopiero początek był. 

Wczoraj od rana niemal spędziłyśmy na Starówce. Dobry przewodnik wiedział jak nas dobrze wymęczyć #wink. Wreszcie porobiłyśmy dużo zdjęć. Julian obsługiwała mój aparat, a ja Smoczy. Wieczorem za to odwiedziłyśmy Jedi i spełniłyśmy jedną z naszych pozycji na liście To do together – obejrzałyśmy The Phantom Of The Opera. Ach ten Gerard…

Matko, jak zarąbiście pisze się na tym małym białym cacku!

Wiecie, mam to cudowne poczucie, że jestem tam, gdzie powinnam w tej chwili. To jest tak piękne… Dobra, nie będę się rozklejać.

Reklamy

5 thoughts on “42. WARsaw part I.

  1. Buziaki dla wszystkich dziewczyn, no i oczywiście udanej zabawy – ja też mam takie depresje przed wyjazdami, szlak porażek niby drobnych a doprowadzających mnie do panicznej niechęci. Ale wszystko skończyło się dobrze 🙂 :*

  2. Pozdrów wszystkich, z którymi jesteś w Warszawie 🙂 chciałam się z Tobą spotkać, ale akurat nie było Cię w Poznaniu. Cóż, widzimy się na osobnym, marsowym koncercie ^^ a cały wyjazd zleci szybciej, niż Ci się wydaje.
    Miłej niedzieli 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s