54. Don’t you just want to make something that will stay forever?

A cup of coffee costs more than a single song.

Wiele razy spotykam się ze słowami, że artyści dbają tylko o zielone i wykorzystują swoich fanów. Podchodziłam do tego z rezerwą, bo nawet jeśli, to co? Kto głupi, ten da się naciągać i wyda kasę na wszystko, co artysta zaoferuje. Ludzie mają wolną wolę, więc dlaczego za naiwność i głupotę winimy artystów? Bo tak jest łatwiej i zabawniej.  Ludzie obrzucają ich z błotem nie zastanawiając się czy za tym „naciąganiem” coś się nie kryje. Osobiście zawsze mnie zastanawiało czy jest jakieś drugie dno, a zarazem równie możliwe wyjaśnienie, dlaczego ci, którzy mówią o tym, jak kochają muzykę i dzielenie się nią ze światem, przy każdej możliwej okazji wysysają ze swoich fanów pieniądze. Odpowiedź na to pytanie znalazłam.

Niewielu mówi na głos, jak wygląda przemysł muzyczny, dopóki nie zaczynają się ich kłopoty z wytwórniami. Wtedy wychodzą na jaw pikantne szczegóły dotyczące kontraktów, ale nigdy nie jest o nich tak głośno, ani nie jest ich tak wiele, aby zwykły śmiertelnik mógł zrozumieć w czym rzecz.

Nie spotkałam się chyba jeszcze z żadnym filmem dokumentalnym mówiącym, jak to wszystko wygląda od kuchni. Do czasu, kiedy obejrzałam ARTIFACT. Film z założenia pierwotnie miał jedynie dotyczyć nagrywania trzeciego krążka Thirty Seconds To Mars, lecz przerodził się w dokument o walce z wytwórnią płytową EMI (o samemu zespołowi poświęcono zdecydowanie mniej czasu, niż tej sprawie), która pozwała zespół o 30 mln dolarów za niewywiązanie się z warunków umowy. Całość daje nam spory wgląd w to, jak wytwórnie wyzyskują artystów. Dla wyjaśnienia całego procesu przedstawiono pewien schemat.

Wytwórnia inwestuje w nagranie płyty pewną sumę, a następnie przed wypłaceniem należnego zysku artyście odciąga od niej kwoty kosztów jakie „poniosła”. Na pierwszy ogień idzie procent dla wytwórni ustalony w kontrakcie, więc cały zysk podzielony jest na dwie osobne części. Wytwórnia bierze swoje, a potem zajmuje się należnością dla artysty. Od należności tej odejmuje między innymi koszty promocji, czy związane z trasą koncertową, co w sumie jest zrozumiałe. Mniej zrozumiałe są koszty opakowań albumu, które są odliczane nawet przy tzw, digital copies zamawianych z iTunes czy innych tego typu. W czasach, kiedy głównym nośnikiem były płyty winylowe, wymyślono swego rodzaju ubezpieczenie w razie uszkodzenia podczas transportu, ale dziwne jest to, że jest ono odliczane po dziś dzień od płyt CD, których uszkodzić się nie da tak łatwo. I nie mówię o opakowaniach, które pękają, tylko o płytach, bo te, żeby zniszczyć podczas transportu to trzeba nie lada talentu. W efekcie tych odliczeń jest dobrze, jeśli artysta dostanie cokolwiek lub wyjdzie na zero. Niestety bardzo często jest tak, że artysta w końcowym rozrachunku posiada dług wobec wytwórni przenoszony na „konto” kolejnej płyty.

Sporą zaletą tego filmu są muzycy i osoby związane z przemysłem muzycznym wypowiadające się w trakcie filmu, co jedynie dodaje filmowi wiarygodności. Brandon Boyd z Incubus, Chester Bennington z Linkin Park, a nawet Serj Tankian z System Of A Down, dają nam do zrozumienia, że film nie opowiada o problemie jednostki, ale czymś, co jest dość powszechne.

Warto obejrzeć ten film jeśli jest się muzykoholikiem, bo warto poznać sytuację zanim się wypowie na temat tego, czy jakiś zespół ściąga z fanów kasę z premedytacją czy nie. Osobiście utwierdziłam się w przekonaniu aby nie oceniać działań różnych artystów zanim nie zastanowię się czy nie mają ku temu jakiegoś powodu. Świat nie jest tylko czarny albo tylko biały. Świat ma odcienie szarości i dlatego ma prawo istnieć w nim zły-wyzyskujący-fanów artysta, jak i ten dobry-idealistyczny-robiący-to-co-kocha.

Chester podczas filmu powiedział dwie rzeczy, które szczególnie zapadły mi w ucho. Pierwszą jest zwrócenie uwagi na to, że jedna piosenka, w którą artysta wkłada masę pracy jest tańsza od kubka kawy. Artysta dostaje niewiele za swoją ciężką pracę, bo większość zabierają wytwórnie płytowe. Co się dzieje, jak artysta przestaje być opłacalny? Nie jest wyrzucany, a kontrakt nie jest z nim zrywany. Jak to ładnie pan Bennington określił, artysta jest odkładany na bok, na półkę, żeby się kurzył, aż przyjdzie czas, żeby ponownie go użyć.

Dlatego może czasami warto postawić się w sytuacji drugiej strony i zastanowić się dlaczego tak, a nie inaczej?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s