62. Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

Szaleństwo zaczęło się w przedostatni dzień pracy, przed wylotem, kiedy to oczekując na moją zmianę posłałam w przestrzeń tweeta, w którym pytałam Tomo, czy cieszy się na ich show w Londynie. Serce mi zamarło, kiedy zobaczyłam fragment powiadomienia w telefonie pisanego capslockiem.

Nie potrafiłam się ogarnąć i nie dochodziło do mnie, że już za kilkadziesiąt godzin znajdę się w samolocie, żeby udać się w pierwszą zagraniczną podróż. To było trochę jak sen, bo z jednej strony wiedziałam, że to się dzieje, ale z drugiej coś tłumiło to uczucie. Wieczór przed wylotem czułam wykręcające mi się na wszystkie strony wnętrzności, ten parszywy ucisk w żołądku. Nie mogłam spać, budząc się średnio co godzinę z natłokiem myśli. Na całe szczęście wczesny poranek uwolnił mnie od nerwów, by pozostawić miejsce jedynie niepokojowi.

Pozdrawiam pana taksówkarza, który sam zaczął nas zagadywać, a jak już postanowiłyśmy ładnie podyskutować zamilknął, jak zatkana kanalizacja. Na szczęście wszystko na lotnisku poszło sprawnie i wraz ze Smokiem mogłyśmy wylecieć na spotkanie nowej przygody.

Bałam się samego lotu. Kurewsko się bałam tej świadomości, że pode mną nie ma nic prócz paru pierwiastków chemicznych, które wcale nie powstrzymują działania siły grawitacji. Niesamowitym zaskoczeniem stało się dla mnie odprężenie, jakie czułam podczas podróży. Przecudne widoki wschodzącego słońca, czy miasta w dole mieniącego się tysiącem świateł zapamiętam na długo. Gdybym miała wybrać ulubioną część lotu, zdecydowanie wskazałabym lądowanie.

DSC_0896Pierwszy dzień pobytu minął nam na zwiedzaniu Natural History Museum i Museum of Science. Trochę pogadałyśmy z kościstymi kolegami, pobawiłyśmy się zabawkami i mogłyśmy udać się na jedzonko. Nie pamiętam nazwy potrawy, ale wiem, że jadłam ryż z sosem z białego wina, grzybami, cebulą i jeszcze czymś. Pychota!

Kolejnym dniem był ten, na który czekałyśmy. Jeśli jest coś cięższego niż wstanie po tygodniu pełnym niewysypiania się, ze świadomością, że dzień, który ma się zacząć będzie długi, to chętnie poznam, co to jest. Razem ze Smokiem nie mogłyśmy zwlec się z łóżka, a co dopiero wyjść i dojechać do Millennium Dome. Świadomość zobaczenia chłopaków jednak pomogła i po godzinie 11, po zjedzonym śniadaniu, siedziałyśmy w pociągu jadącym na Waterloo, gdzie czekała nas przesiadka na metro. Dotarcie do O2 nie przysporzyło nam problemów, tak samo jak odnalezienie grupki Echelonu, wśród której była osoba z biletem dla Smoka. Podczas kiedy ona robiła wymianę, ja podeszłam do Mimi, poznanej przez twittera spory czas temu. Wreszcie mogłam ją uściskać! Wspaniałe uczucie!

Poszukiwanie wejście na O2 Arena może nie należało do wielce skomplikowanych, ale trochę nas zakręciło. Widziałyśmy rozkładające się stoisko z merchem, oblegane zaraz po koncercie, a parę minut później stałyśmy już pod samą areną, badając wzrokiem kolejkę mających general tickets. Dojrzałyśmy grupkę z Polski, jednak nasze głowy zajmował soundcheck. Do 13 zostało niewiele czasu i musiałyśmy zająć miejsce w kolejce do odebrania opasek umożliwiających wstęp. Nie obyło się bez lekkiego zamieszania i nerwów.

Samo oczekiwanie na soundcheck było długie i diabelnie zimne. Przed nami stała Marylin, ta sama, która na koncercie dostała się na scenę, a za nami Mimi i cała masa ludzi spragnionych wejścia na soundcheck. Czekanie umiliła wszystkim pizza rozdana przez team AIW. Niby najprostsza pizza z serem, a przyniosła tyle radości! Przynajmniej mieliśmy, można powiedzieć, zapewniony obiad. W każdym razie, po 2 lub 3 godzinach marznięcia nadszedł ten wyczekiwany moment.

Soundcheck spędziłyśmy przy wybiegu dla J’a. Może nie zaszczycili nas żadnym bardziej pożądanym utworem, ale nawet to kilkukrotne Vox Populi czy Bright Lights było czymś, co wspaniale było usłyszeć. Sam fakt, że mieliśmy daną szansę, żeby choć w tycim stopniu zobaczyć, jak się przygotowują do koncertów, jest dla mnie bardzo wyjątkowym wspomnieniem.

DSC_0970Stali tak bliziutko! Na zawsze zapamiętam „blah blah blu bli”, które ze Smokiem przedrzeźniałyśmy, albo moment wkroczenia na scene Artemisa. Słodka matulu! Słyszałam moje maleństwo na czysto, bez żadnego podkładku, perkusji, drugiej gitary czy basu. ARTEMIS SOLO. Jedno z marzeń spełnione. Gdybym jeszcze tak mogła go zmacać! Musi mi jednak wystarczyć to, jak bezczelnie wgapiałam się w krocze Jareda, gdyż było zakrywane przez Artemisa właśnie. Nie zwracałam uwagi na jego twarz, na ruchy, tylko na palce sunące po gryfie i te szarpiące struny.

Potem wszystko poszło bardzo sprawnie. Rozdzielone ze Smokiem, udałyśmy się z Agnieszką na meet & greet z zespołem. Był to dla mnie wczesny prezent urodzinowy i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie to wspominam. Zupełnie zmieniłam zdanie odnośnie tzw. „goldenów”. To jest świetny pomysł, tym bardziej jeśli ktoś nie ma szczęścia, żeby ich spotkać na ulicy. Sama możliwość stanięcia obok nich, powiedzenia chociażby głupiego „Hello” wiele znaczy i  jest warta tego, żeby za to zapłacić. Tym bardziej, jeśli zespół jest czymś więcej dla danej osoby niż tylko grupką celebrytów, których się słucha. Sama, żeby zrozumieć musiałam przeżyć to na własnej skórze. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy omal się nie rozkleiłam, albo signingu czy samego momentu zdjęcia. Może nie rejestrowałam wszystkiego, tak jak powinnam, ale to, co zapamiętałam jest dla mnie wyjątkowo cenne.

IMG_0097Co do samego koncertu… Supportem był zespół You Me At Six, wcale nie tak powalający, jak mogłoby wskazywać na to podniecenie gawiedzi. Z ich setu w ucho wpadły mi może dwa utwory Lived A Lie oraz Underdog, o ile dobrze pamiętam tytuły. W każdym razie nie mogłam się doczekać głównego punktu wieczoru. Chwilami nawet marzyłam, żeby już było po, bo dzień był strasznie długi i obfity w emocje, ale na szczęście czas do pierwszych dzwięków Birth minął bardzo szybko. Ludzi przybywało z każdą chwilą, a w momencie rozpoczęcia cała płyta, aż do samego baru na jej końcu była zajęta przez ludzi ze średnią wieku o wiele wyższą niż można zobaczyć na koncertach w Polsce.

DSC_0100

Nie myślałam, że tak za nimi się stęskniłam dopóki nie zobaczyłam kochanej trójcy na scenie. To niesamowite, jak bardzo uzależniłam się od ich koncertów, a ten był tak samo wyjątkowy, jak mój ukochany Kraków. O ile nie bardziej nawet! Piękny widok podczas City Of Angels rozpostarł się przede mną, kiedy powędrowałam wzrokiem w stronę trybun. Confetti i światła tylko uzupełniały ten koncert pełen niesamowitej atmosfery, tak innej niż koncerty, na których już byłam. Czułam się szczęśliwa, spełniona i czułam się na swoim miejscu. Tak bardzo tęskniłam za tym uczuciem. Byłam po prostu szczęśliwa. To był pierwszy koncert naprawdę wolny od zmartwień i od świadomości, że samolubnie postanowiłam spełniać własne marzenia, a nie tkwić w domu. Coś się w moim życiu odblokowało i od soboty nie mogę przestać się uśmiechać.

DSC_0103O2 na zawsze pozostanie w moim serduchu w wyjątkowym miejscu, tak samo jak Kraków. Stay wykonane tuż przed finałowym Up In The Air skradło moje serce. Było w tym coverze coś, co rozbroiło mnie jakimś emocjonalnym ładunkiem. Stałam niemal osłupiała od uczuć przelatujących mi przez głowę w tamtym momencie. Coś niesamowitego.

DSC_0104

Niedzielę spędziłyśmy na dochodzeniu do siebie po sobocie. Zjadłam najpyszniejsze penne pod słońcem i wyśmiałam się za wszystkie czasy. Chyba dopiero w poniedziałek, podczas zwiedzania doszło do mnie naprawdę, gdzie jestem. Zobaczyłam London Eye, Big Bena i uderzyło mnie to, jak realny jest fakt, że jestem w Londynie. Po raz pierwszy poza Polską. Holy moly.

DSC_0127 DSC_0129 DSC_0143 DSC_0145 DSC_0165 DSC_0167 DSC_0172 DSC_0177 DSC_0181 DSC_0182 DSC_0184 DSC_0190 DSC_0198 DSC_0202 DSC_0210 DSC_0211 DSC_0216 DSC_0217 DSC_0977 DSC_0983 DSC_0993 DSC_1001 DSC_1002 DSC_1004 DSC_1006 DSC_1008 DSC_1010 DSC_1014 DSC_1017 DSC_1026 DSC_1029 DSC_1033Niesamowitym uczuciem było znaleźć się na Trafalgar Square, gdzie rozgrywa się akcja książki, którą niedawno się czytało. Możliwość wyobrażenia sobie poszczególnych scen dała tyle radości, ile małemu dziecku daje lizak! Szkoda, że tyle czasu zeszło nam na szukanie Starbucksa, bo może zobaczyłybyśmy więcej, ale tak, przynajmniej mamy też wyjątkowe wspomnienie dotyczące tejże kawiarni.

Może nie zobaczyłyśmy wszystkiego, ale to, co nas najbardziej interesowało owszem. Zawsze mamy po co wrócić, skoro nie zobaczyłyśmy wszystkiego.

IMG_0140Stokrotnie dziękuję Agnieszcze, za tą możliwość, za ten wyjazd. Prawdopodobnie będę dziękować przez najbliższe pół roku jeszcze, ale nie potrafię wyrazić słowami, jak wdzięczna jestem za to, co dla mnie zrobiłaś! Postaram ci się jakoś odwdzięczyć.

Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

london-2

2 thoughts on “62. Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

  1. Cieszę się, że spełniłaś wszystkie swoje najskrytsze marzenia! A Artemisa jeszcze zmacasz. Tym wyjazdem udowodniłaś, że niemożliwe nie istnieje 🙂
    Na następny koncert zamierzam wykupić m&g 🙂

  2. Awwwwwwwwww, tak moglabym to skomentować :D. Banana mam na twarzy i chyba mi nie zejdzie do jutra! 😀 Uwielbiam czytać takie relacje, cieszę się Twoim szczęściem 🙂 Mam nadzieję, że w przyszłości będzie mi dane spotkać się z nimi twarzą w twarz i powiedzieć chociaż: dziękuję.
    A jak było na samym m&g? Mam nadzieję, że spostrzegli, że Tyś to Polka 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s