64. Do not talk to me of dragon fire.

Wyjazd przy okazji sylwestra bardzo się udał. Nowy rok rozpoczęłam otoczona przyjaciółmi, a także w sali kinowej. The Hobbbit: The Desolation Of Smaug zapowiadał się bardzo ciekawie. Nie jestem fanka prozy Tolkiena, dlatego film, zarówno ten, jak i część poprzednią oraz poprzedzające ja o 10 lat (?) filmy z trylogii Lort Of The Rings oceniam jedynie pod względem filmowym. The Hobbit: An Unexpected Journey spodobało mi się, kiedy miałam wreszcie okazję obejrzeć. Przyjemny film, który mimo długości nie ciągnął się ani przez chwilę. Spodziewałam się wiele po kolejnej części przygód Bilbo i bandy krasnoludów, jednak muszę przyznać, że leciutko się zawiodłam. Być może zbyt wysoko postawiłam poprzeczkę temu filmowi, ale prawda jest taka, że dla mnie jest on dobry. Tylko dobry. Całość ratuje obsada, jednak show kradną zarówno Thranduil, jak i Smaug. Cała reszta nie jest wystarczająco dobra, żebym mogła się nią zachwycać.

Po podróży zostało mi nieco nadprogramowych funduszy, które postanowiłam wykorzystać w celu wzbogacenia mojej biblioteczki. Poszukiwałam Vlad: The Last Confession, ale niestety znalazłam tylko nowsze wydanie, a mnie interesuje to starsze. Zamiast tego w jednej z mniejszych księgarń wynalazłam trzy książki. Dzisiaj dorwałam w promocji brakujące mi trzy cześci The Vampire Diaries. Broniłam się, co prawda, przed częściami napisanymi przez ghostwritera, ale 7zł to nie jest majątek, więc spróbuję, przeczytam i obiektywnie ocenię, czy mi się spodoba czy nie. W sumie na książki wydałam 51zł, bez 6 groszy. Nie dużo, prawda? A to przecież 6 dodatkowych książek do kolekcji.

DSC_0340

Reklamy

63. The future belongs to those who believe in the beauty of their dreams.

Chyba pora na małe podsumowanie roku, wykorzystując chwilę czasu zrobię to z małą pomocą instagrama. Koniec roku 2013 już za tydzień, więc najwyższa pora zastanowić się nad tym, co przyniósł ze sobą.

Uhm, yes. We're watching movies on the toilet.

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Pierwszy post ze stycznia. Fragment sylwestrowej nocy, którą spędziłyśmy ze Smokiem na oglądaniu filmów, podczas gdy nasze towarzystwo drzemało w pokoju. Chcąc dać im trochę spokoju i nie obudzić, postanowiłyśmy zając wygodne miejsce w toalecie i tam coś obejrzeć. Tą ostatnią a zarazem pierwszą noc roku – sylwester, spędziłam z grupą najbliższych przyjaciół dzięki którym rok rozpoczął się genialnie, za co jestem im bardzo wdzięczna.

Love me, kill me, change me... if you love me chase me. #selfportrait #lips #bored #photography #instagram

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

W lutym, w miesiącu moich urodzin, otrzymałam kolejną nauczkę. Cios, który miałam na długo zapamiętać udowodnił mi tylko, że większość ludzi może mówić, obiecywać, ale nie pojawią się wtedy, kiedy będziesz na nich czekać i ich potrzebować. Zawód w moje urodziny bolał, jednak potwierdził zasadę „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

 

Yeah I know I suck in Spanish. #jaredleto #spanish #exam #school

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Marzec.  Pierwsze poważne egzaminy na studiach i ten najbardziej stresujący – z hiszpańskiego. Nauka do tego właśnie przedmiotu upłynęła pod hasłem zdegustowania ocenami,ale na szczęście zdałam bez problemu! No dobra, z małym problemem.

Best reaction ever @littlemaryhadalamb ❤ #excitement #happy #twitter #feels

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Również w marcu rozpoczęło się zasypywanie mnie pozytywną energią. Pierwsze replies od zespołu, któremu tyle zawdzięczam, a potem w kwietniu kolejna fala. Nigdy nie zapomnę reakcji Maryś, kiedy to konto zespołu zrobiło mi drugie RT w ciągu 3 dni. Priceless. Ta reakcja byłą pierwszym, co wtedy zobaczyłam w swoich interakcjach.

First thing you see after leaving main train station in warsaw. #pkin #warsaw #poland #finallywithoutsnow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

maju chyba najmniej się działo. Prócz spotkania przy okazji VyRTa, wygrania konkursu Universal (Shit) Music Polska, wartym wspomnienia jest powrót do Warszawy i rozpoczęcie kolejnej przygody w tym mieście.

Mars is red Smurfs are blue? #30secondstomars #UpInTheAir #echelon

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Impact Festival w czerwcu niósł ze sobą morze nadziei. Niestety, pozostawił po sobie jedynie przyjemne wspomnienia samego koncertu i totalne PCD, którego przez długi czas się nie mogłam pozbyć. Przynajmniej pozwiedzałam wreszcie trochę więcej stolicy.

Melting... even at night. But looks like next few days will be better.

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Lipiec w tym roku stanowił synonim słowa piekarnik. Zdecydowanie.

The blood is the life. #quote #dracula #starbucks #icedtea

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wakacje! Wakacje u rodziny i przyjazd Maryś w sierpniu wspominam  cudownie! Po trzech latach znajomości, mogłam ją wreszcie uściskać w realu, a nie wirtualnie. Poza tym, zawdzięczam jej okazję do innego spojrzenia na moje własne miasto. Coś we mnie pękło, a może po prostu klapki jakiegoś zaślepienia spadły mi z oczu?

On our way home. #train #station #trip

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Nowa praca i wyjazdy. Tym był wrzesień – początkiem pracy i nowych znajomości oraz wyjazdem na wesele, a tydzień później na 18stkę. Upewniłam się też, że mimo tego, jak bardzo jestem związana z moją rodziną (mówię o całości, nie tylko tej najbliższej), to nie czuję się tak, jak powinnam. Będąc wśród nich jestem w pełni świadoma, jak bardzo nie pasuję do tego „miejsca”. Moje tzw. „miejsce na świecie” jest gdzieś indziej i może kiedyś je odnajdę na dłużej niż przelotną chwilę jak do tej pory. W tym samym miesiącu pojawiła się przede mną szansa wyjazdu do Londynu, co teraz daje mi do myślenia, bo właśnie w Londynie czułam się w jakiś sposób na swoim miejscu.

Won bracelet with this quote. #quote #dreams #missiu

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Jeśli w maju działo się mało, to październik był istnym pogrzebem. Jednak nie, wróć. Październik minął mi pod hasłem dochodzenia do mnie informacji o moim wyjeździe do Londynu, więc nie. Nie był ani trochę pogrzebowy.

O2. Place where some of my dreams came true. #london #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

O2 Arena w Londynie jest dla mnie od listopada symbolem spełnionych marzeń. Tyle się tam działo, tyle myśli przelatywało przez głowę, a ja nie potrafię tego opisać inaczej niż jednym słowem, bo przez te kilka dni w Londynie byłam naprawdę SZCZĘŚLIWA.

Koniec roku przyniósł obiecującą nadzieję na kolejny. Oby tylko to grudniowe ogłoszenie spełniło przynajmniej połowę pokładanych w nim planów.

“Use your imagination not to scare yourself to death but to inspire you to live.”

62. Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

Szaleństwo zaczęło się w przedostatni dzień pracy, przed wylotem, kiedy to oczekując na moją zmianę posłałam w przestrzeń tweeta, w którym pytałam Tomo, czy cieszy się na ich show w Londynie. Serce mi zamarło, kiedy zobaczyłam fragment powiadomienia w telefonie pisanego capslockiem.

Nie potrafiłam się ogarnąć i nie dochodziło do mnie, że już za kilkadziesiąt godzin znajdę się w samolocie, żeby udać się w pierwszą zagraniczną podróż. To było trochę jak sen, bo z jednej strony wiedziałam, że to się dzieje, ale z drugiej coś tłumiło to uczucie. Wieczór przed wylotem czułam wykręcające mi się na wszystkie strony wnętrzności, ten parszywy ucisk w żołądku. Nie mogłam spać, budząc się średnio co godzinę z natłokiem myśli. Na całe szczęście wczesny poranek uwolnił mnie od nerwów, by pozostawić miejsce jedynie niepokojowi.

Pozdrawiam pana taksówkarza, który sam zaczął nas zagadywać, a jak już postanowiłyśmy ładnie podyskutować zamilknął, jak zatkana kanalizacja. Na szczęście wszystko na lotnisku poszło sprawnie i wraz ze Smokiem mogłyśmy wylecieć na spotkanie nowej przygody.

Bałam się samego lotu. Kurewsko się bałam tej świadomości, że pode mną nie ma nic prócz paru pierwiastków chemicznych, które wcale nie powstrzymują działania siły grawitacji. Niesamowitym zaskoczeniem stało się dla mnie odprężenie, jakie czułam podczas podróży. Przecudne widoki wschodzącego słońca, czy miasta w dole mieniącego się tysiącem świateł zapamiętam na długo. Gdybym miała wybrać ulubioną część lotu, zdecydowanie wskazałabym lądowanie.

DSC_0896Pierwszy dzień pobytu minął nam na zwiedzaniu Natural History Museum i Museum of Science. Trochę pogadałyśmy z kościstymi kolegami, pobawiłyśmy się zabawkami i mogłyśmy udać się na jedzonko. Nie pamiętam nazwy potrawy, ale wiem, że jadłam ryż z sosem z białego wina, grzybami, cebulą i jeszcze czymś. Pychota!

Kolejnym dniem był ten, na który czekałyśmy. Jeśli jest coś cięższego niż wstanie po tygodniu pełnym niewysypiania się, ze świadomością, że dzień, który ma się zacząć będzie długi, to chętnie poznam, co to jest. Razem ze Smokiem nie mogłyśmy zwlec się z łóżka, a co dopiero wyjść i dojechać do Millennium Dome. Świadomość zobaczenia chłopaków jednak pomogła i po godzinie 11, po zjedzonym śniadaniu, siedziałyśmy w pociągu jadącym na Waterloo, gdzie czekała nas przesiadka na metro. Dotarcie do O2 nie przysporzyło nam problemów, tak samo jak odnalezienie grupki Echelonu, wśród której była osoba z biletem dla Smoka. Podczas kiedy ona robiła wymianę, ja podeszłam do Mimi, poznanej przez twittera spory czas temu. Wreszcie mogłam ją uściskać! Wspaniałe uczucie!

Poszukiwanie wejście na O2 Arena może nie należało do wielce skomplikowanych, ale trochę nas zakręciło. Widziałyśmy rozkładające się stoisko z merchem, oblegane zaraz po koncercie, a parę minut później stałyśmy już pod samą areną, badając wzrokiem kolejkę mających general tickets. Dojrzałyśmy grupkę z Polski, jednak nasze głowy zajmował soundcheck. Do 13 zostało niewiele czasu i musiałyśmy zająć miejsce w kolejce do odebrania opasek umożliwiających wstęp. Nie obyło się bez lekkiego zamieszania i nerwów.

Samo oczekiwanie na soundcheck było długie i diabelnie zimne. Przed nami stała Marylin, ta sama, która na koncercie dostała się na scenę, a za nami Mimi i cała masa ludzi spragnionych wejścia na soundcheck. Czekanie umiliła wszystkim pizza rozdana przez team AIW. Niby najprostsza pizza z serem, a przyniosła tyle radości! Przynajmniej mieliśmy, można powiedzieć, zapewniony obiad. W każdym razie, po 2 lub 3 godzinach marznięcia nadszedł ten wyczekiwany moment.

Soundcheck spędziłyśmy przy wybiegu dla J’a. Może nie zaszczycili nas żadnym bardziej pożądanym utworem, ale nawet to kilkukrotne Vox Populi czy Bright Lights było czymś, co wspaniale było usłyszeć. Sam fakt, że mieliśmy daną szansę, żeby choć w tycim stopniu zobaczyć, jak się przygotowują do koncertów, jest dla mnie bardzo wyjątkowym wspomnieniem.

DSC_0970Stali tak bliziutko! Na zawsze zapamiętam „blah blah blu bli”, które ze Smokiem przedrzeźniałyśmy, albo moment wkroczenia na scene Artemisa. Słodka matulu! Słyszałam moje maleństwo na czysto, bez żadnego podkładku, perkusji, drugiej gitary czy basu. ARTEMIS SOLO. Jedno z marzeń spełnione. Gdybym jeszcze tak mogła go zmacać! Musi mi jednak wystarczyć to, jak bezczelnie wgapiałam się w krocze Jareda, gdyż było zakrywane przez Artemisa właśnie. Nie zwracałam uwagi na jego twarz, na ruchy, tylko na palce sunące po gryfie i te szarpiące struny.

Potem wszystko poszło bardzo sprawnie. Rozdzielone ze Smokiem, udałyśmy się z Agnieszką na meet & greet z zespołem. Był to dla mnie wczesny prezent urodzinowy i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie to wspominam. Zupełnie zmieniłam zdanie odnośnie tzw. „goldenów”. To jest świetny pomysł, tym bardziej jeśli ktoś nie ma szczęścia, żeby ich spotkać na ulicy. Sama możliwość stanięcia obok nich, powiedzenia chociażby głupiego „Hello” wiele znaczy i  jest warta tego, żeby za to zapłacić. Tym bardziej, jeśli zespół jest czymś więcej dla danej osoby niż tylko grupką celebrytów, których się słucha. Sama, żeby zrozumieć musiałam przeżyć to na własnej skórze. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy omal się nie rozkleiłam, albo signingu czy samego momentu zdjęcia. Może nie rejestrowałam wszystkiego, tak jak powinnam, ale to, co zapamiętałam jest dla mnie wyjątkowo cenne.

IMG_0097Co do samego koncertu… Supportem był zespół You Me At Six, wcale nie tak powalający, jak mogłoby wskazywać na to podniecenie gawiedzi. Z ich setu w ucho wpadły mi może dwa utwory Lived A Lie oraz Underdog, o ile dobrze pamiętam tytuły. W każdym razie nie mogłam się doczekać głównego punktu wieczoru. Chwilami nawet marzyłam, żeby już było po, bo dzień był strasznie długi i obfity w emocje, ale na szczęście czas do pierwszych dzwięków Birth minął bardzo szybko. Ludzi przybywało z każdą chwilą, a w momencie rozpoczęcia cała płyta, aż do samego baru na jej końcu była zajęta przez ludzi ze średnią wieku o wiele wyższą niż można zobaczyć na koncertach w Polsce.

DSC_0100

Nie myślałam, że tak za nimi się stęskniłam dopóki nie zobaczyłam kochanej trójcy na scenie. To niesamowite, jak bardzo uzależniłam się od ich koncertów, a ten był tak samo wyjątkowy, jak mój ukochany Kraków. O ile nie bardziej nawet! Piękny widok podczas City Of Angels rozpostarł się przede mną, kiedy powędrowałam wzrokiem w stronę trybun. Confetti i światła tylko uzupełniały ten koncert pełen niesamowitej atmosfery, tak innej niż koncerty, na których już byłam. Czułam się szczęśliwa, spełniona i czułam się na swoim miejscu. Tak bardzo tęskniłam za tym uczuciem. Byłam po prostu szczęśliwa. To był pierwszy koncert naprawdę wolny od zmartwień i od świadomości, że samolubnie postanowiłam spełniać własne marzenia, a nie tkwić w domu. Coś się w moim życiu odblokowało i od soboty nie mogę przestać się uśmiechać.

DSC_0103O2 na zawsze pozostanie w moim serduchu w wyjątkowym miejscu, tak samo jak Kraków. Stay wykonane tuż przed finałowym Up In The Air skradło moje serce. Było w tym coverze coś, co rozbroiło mnie jakimś emocjonalnym ładunkiem. Stałam niemal osłupiała od uczuć przelatujących mi przez głowę w tamtym momencie. Coś niesamowitego.

DSC_0104

Niedzielę spędziłyśmy na dochodzeniu do siebie po sobocie. Zjadłam najpyszniejsze penne pod słońcem i wyśmiałam się za wszystkie czasy. Chyba dopiero w poniedziałek, podczas zwiedzania doszło do mnie naprawdę, gdzie jestem. Zobaczyłam London Eye, Big Bena i uderzyło mnie to, jak realny jest fakt, że jestem w Londynie. Po raz pierwszy poza Polską. Holy moly.

DSC_0127 DSC_0129 DSC_0143 DSC_0145 DSC_0165 DSC_0167 DSC_0172 DSC_0177 DSC_0181 DSC_0182 DSC_0184 DSC_0190 DSC_0198 DSC_0202 DSC_0210 DSC_0211 DSC_0216 DSC_0217 DSC_0977 DSC_0983 DSC_0993 DSC_1001 DSC_1002 DSC_1004 DSC_1006 DSC_1008 DSC_1010 DSC_1014 DSC_1017 DSC_1026 DSC_1029 DSC_1033Niesamowitym uczuciem było znaleźć się na Trafalgar Square, gdzie rozgrywa się akcja książki, którą niedawno się czytało. Możliwość wyobrażenia sobie poszczególnych scen dała tyle radości, ile małemu dziecku daje lizak! Szkoda, że tyle czasu zeszło nam na szukanie Starbucksa, bo może zobaczyłybyśmy więcej, ale tak, przynajmniej mamy też wyjątkowe wspomnienie dotyczące tejże kawiarni.

Może nie zobaczyłyśmy wszystkiego, ale to, co nas najbardziej interesowało owszem. Zawsze mamy po co wrócić, skoro nie zobaczyłyśmy wszystkiego.

IMG_0140Stokrotnie dziękuję Agnieszcze, za tą możliwość, za ten wyjazd. Prawdopodobnie będę dziękować przez najbliższe pół roku jeszcze, ale nie potrafię wyrazić słowami, jak wdzięczna jestem za to, co dla mnie zrobiłaś! Postaram ci się jakoś odwdzięczyć.

Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

london-2

61. Fuck fate, remember? Well, fuck time too.

Miałam wczoraj małe załamanie sił psychicznych, ale dzisiaj jest już lepiej. Tak mi się wydaje przynajmniej. Wypłata na koncie i to więcej niż się spodziewałam, co nieco pozytywniej nastraja na Londyn, bo przynajmniej wystarczy mi na podróż z lotniska i na lotnisko… W każdym razie, czuję dziwny przypływ pozytywnej energii. Wycieczka do Bydgoszczy na festiwal Camerimage odwołana, bo w rozpisce nie widzę screeningu Dallas Buyers Club, na którym mi zależało. Teraz tylko skupić się na wyjeździe i będzie dobrze. Już i tak sporo nerwów mnie kosztuje oczekiwanie na wyjazd. Boję się lotu samolotem, boję się samego koncertu. Wszystko to zasługa mojego lęku wysokości i lęku przed tłumem. Potrafię panicznie bać się tłumu, a i tak pcham się na koncert. Dlaczego? Bo mimo strachu przed tłumem czuję się tam jak w domu, jak w miejscu, gdzie powinnam być. In all this chaos, we found safety znalezione jakiś czas temu idealnie oddaje to co czuję. Koncerty to chaos, a jednak potrafię poczuć się tam szczęśliwa i bezpieczna. Zobaczymy, jak będzie tym razem. Chciałabym tylko, żeby tym razem wszystko się zgrało.

AyFEhtgCEAAmp7oŚmieszne, ale właśnie zauważyłam, że zdjęcie powyżej pochodzi z Łodzi, a dzisiaj mamy 2 lata od tamtego Neon Night. Koncert raczej średni. Show być może i świetne, ale do Coke czy pierwszego dnia w Łodzi mu daleko. Bez tej magicznej atmosfery.. Zobaczymy jak będzie w Londynie. Inny kraj, inni ludzie, więc koncert może być ciekawym doświadczeniem. Dołączając do tego wstęp na soundcheck, czuję w kościach wyjątkowy wyjazd.
Żeby tylko wszystko wypaliło!

I’ve just broken up with a girl who wasn’t even my girlfriend. There has to be an award for that.

Nie miałam pojęcia, że moje serducho jest w stanie pomieścić więcej miłości do fictional characters. A jednak! Kiedy moja siostra rzuciła hasłem „Znalazłam fajną książkę” nie uwierzyłam, bo prawda taka, że mamy dość różne gusta. Ona zatwardziała fanka mangi i anime, a ja… A ja forever in love with vampires. Truła mi tyłek na tyle, że sprawdziłam opis książki The Dark Heroine: Dinner with a Vampire. Pierwszym co mnie odrzuciło było stwierdzenie, że jest to brytyjska odpowiedź na Zmierzch. W mojej głowie pojawiła się jedna myśl. Po co mam znowu czytać coś, co jest jak Zmierzch? Lubię to, ale bez przesady. Coś mnie jednak tknęło i zaczęłam czytać. Od pierwszych słów zaczęło mnie interesować, wciągać coraz bardziej, a postaci pojawiające się zyskiwały lub traciły z miejsca moją sympatię. Ze Zmierchem ta książka ma tyle wspólnego, co nic. Napisała ją dziewczyna młodsza ode mnie i publikowała na wattpad, a ogromne zainteresowanie popchnęło tą historię na szersze wody.

W książce mamy historię Violet Lee, dziewczyny, która znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie, ale czy aby na pewno? Porwana do innego świata nie może pogodzić się z tym, że nigdy nie wróci do domu. Z czasem jednak zaczyna inaczej patrzeć na wszystko. Fragmenty układanki z pozoru będącej niczym nie związanymi ze sobą częściami, układa się w jedną całość.

Dawno nie czułam takiego bólu przy książce, a czytając to był fragment, gdzie niemal fizyczny ból dał mi do zrozumienia o moim pękającym sercu. Być może przez to, że związałam się mocno z bohaterami i nie chciałam nawet słyszeć o innym zakończeniu niż to, którego sama im życzyłam. Nie wiem. Wiem, że zaliczam Kaspara i Violet do zbioru moich OTP (One True Pairing) tak samo jak książkę do moich very faves na tą chwilę i nie mogę się doczekać, kiedy w styczniu 2014 będę mogła przeczytać część drugą.

Handsome and brilliantly rich; their fatal flaw is murder.

Na czasie muszę ogarnąć się i wybrać temat pracy na zaliczenie jednego z przedmiotów. Do wyboru mam Racism in business – a common combination? oraz Xenophobia in business – does it really exist?, a z jednego z tych tematów będę musiała spłodzić 20 stron pracy. Nie mam bladego pojęcia, jak mi to wyjdzie, ale jestem naładowana pozytywnie dzisiaj. Mój angielski może nie jest na tyle dobry, żeby pisać takie prace, ale po to wybrałam ten kierunek studiów, żeby nad tym popracować. Mam szansę się wykazać i to zrobię! Jutro czeka mnie wykład z analizy mediów zagranicznych, co brzmi dość obiecująco. Żeby tylko moje pozytywne nastawienie nie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.

59. The blood is the life.

Po spotkaniu z moją high school bestie czuję się dziwnie… oczyszczona? Chyba to dobre słowo. Zakochana dziewczyna, szczęśliwa też, a ja ku własnemu zaskoczeniu cieszę się jej szczęściem. Nie, żebym życzyła jej źle, po prostu bałam się czy widok bliskiej mi osoby układającej sobie życie nie będzie boleć. Jak widać nie. Wprost przeciwnie, jakby mnie to leczyło. Nie mogłam przestać uśmiechać się widząc te czułe spojrzenia i gesty okazywane bez przesady, w idealnych proporcjach. Oni tworzą taką uroczą parę… Anyway, coraz mi lżej w byciu singlem. Dążę do spełnienia marzeń i nie mam ograniczenia w postaci drugiej osoby, przez którą mam wyrzuty sumienia podczas wyjazdów, czy odpuszczam jakieś wydarzenia, bo akurat mnie odwiedza. Efekt zbliża się nieuchronnie. Za miesiąc o tej porze będę się szwędać ulicami Londynu na mojej pierwszej zagranicznej wyprawie, po pierwszym locie samolotem. Wiecie jak się schizuję? Będę potrzebować czegoś na uspokojenie przed lotem. Holy moly. Tylko niecały miesiąc.

Zaczynam popadać w kolejny stan z serii „co ja robię na tych studiach?”. Jak sobie pomyślę o tych wszystkich wykładach i ćwiczeniach, a tym bardziej o wykładowcach, których nie trawię to mam ochotę rzucić to wszystko w diabły, wziąć spakować manatki i spełnić największe moje marzenie. Podróż dookoła świata, to byłoby coś! Zero kontaktu ze światem, chyba, że listy lub enigmatyczne wpisy na ćwierkaczu… Mmm… Chyba się rozmarzyłam.

32370

Zmieniając temat na o wiele przyjemniejszy. Jestem po obejrzeniu pierwszego odcinka nowego Draculi z Jonathanem Rhys Meyersem w roli tytułowej. Serial zapowiada się świetnie. Akcja dzieje się w XIX wiecznym Londynie, gdzie tajemniczy Alexander Grayson podczas jednego ze swoich przyjęć prezentuje pewien wynalazek mający usprawnić korzystanie z elektryczności. Dobór aktorów do ról głównych jest zadowalający na ta chwilę. Moje serce od pierwszego pojawienia się na ekranie skradła Katie McGrath w roli Lucy Westenry, a także ciemnoskóry Renfield, czyli Nonso Anozie, do którego nie byłam zbyt przychylnie nastawiona. Oczywiście główną atrakcją serialu jest nie kto inny, tylko genialny w rolach szaleńców Jonathan. Jego Dracula to zdecydowanie wyższy poziom niż Henryk VIII z The Tudors, bo jakby bardziej wyrazisty i nie tłumiący uczuć. Co do reszty muszę przekonać się z czasem, bo większość nie miała w tym odcinku zbytniego pola popisu. Żeby jednak nie było tak różowo, kolorowo i tęczowo, znalazłam minus, jaki mi przeszkadza. Pewne ujęcie żywcem z Matrixa wywołało ciarki niepokoju, czy więcej takich nie popsuje serialu, ale to tylko czas pokaże.

Fakt, że serial jest jedynie inspirowany książką Stokera stanowi duży plus, bo przedstawia nieco inne podejście do niej. Nowa interpretacja ma szanse przyjąć się w świecie, gdzie ludzie znudzeni tradycyjną opowieścią o krwiopijcy z Transylvanii lgną jak ćmy do światła w kierunku nowoczesnych wampirów, bardzo dobrze. The blood is the life będące chyba najbardziej znanym cytatem z książki, pojawia się i tutaj, co z kolei wywołało wielki uśmiech na mojej twarzy. Piękne nawiązanie do powieści, a takich nie ma tutaj wiele, bo po pierwszym odcinku wiem na pewno, że twórcy postanowili namieszać nawet w postaciach znanych z książki. Teraz pozostaje cierpliwie czekać na kolejny odcinek.

Wspominałam, że zachowane są tutaj wszystkie minusy bycia wampirem? Czosnek, słońce i krzyż? Zobaczymy, czy cała reszta również.

58. Illusion.

Nigdy nie myślałam, że zobaczę własną historię w telewizji. A jednak. Chociaż w sumie, nie do końca moja, ale w każdym odcinki Catfish widzę część własnej historii. Poznałam faceta (tutaj celowo mam na myśli to słowo, a nie „mężczyznę”) przez czat telewizyjny w kwietniu, po miesiącu wyznawałam mu miłość ach te nastolatki, a on mnie wyśmiał, co nie przeszkodziło mu, żeby w grudniu tego samego roku nazwać mnie swoją dziewczyną. I co? Przeżyłam całkiem szczęśliwe 6 lat swojego życia, w międzyczasie zaliczając dwa razy piekło na ziemi, co najmniej dwa razy ratując mu życie i niezliczoną ilość razy zmieniałam się w studentkę fizjoterapii robiąc prezentacje, czy przepisując jakieś prace. Skończyło się trzecim piekłem na ziemi, najgorszym, z którego wyszłam tylko dzięki muzyce pewnego zespołu. Śmiać mi się chce, bo na ten sam zespół, o ironio, kupił mi bilet w 2010 roku.

Fame is an illusion

Wpadłam. Totalnie wpadłam w kilka seriali. Jak powszechnie wiadomo, jesień to początek sezonu na seriale. Może nie jestem serialowym geekiem, jednak mam swoje ulubione, a ostatnio nawet ich przybyło. Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w Betrayal opowiadającym o parze kochanków, którzy nie mogą zapanować nad pożądaniem i miotają się pomiędzy swoim rodzinnym życiem, a tym czego sami pragną. Impulsem do obejrzenia był Stewart Townsend uwielbiany przeze mnie od roli Lestata w Queen of the Damned. Co więcej, jak nigdy potrafiłam wczuć się w postaci.

Drugi serial również rozpoczęty tej jesieni to Sleepy Hollow, czyli historia jeźdźca bez głowy w nieco innej, bardziej współczesnej i pokręconej wersji. Serce już od pierwszego odcinka skrada Ichabod Crane, w tej roli Tom Mison, który w sposób po prostu czarujący posługuje się językiem angielskim.

Ostatnia moja perełka to posiadający już trzy sezony serial Suits. Czy muszę wspominać, że jednym z plusów jest miasto, gdzie rozgrywa się akcja? Nowy Jork, do tego dodać garnitury, plus szczyptę humoru, a jako truskawkę bo nie lubię wiśni Gabriela Machta, to w efekcie otrzymujemy bardzo smakowity tort bezowy, z dużą ilością pysznych brzowskwiń, ananasów i truskawek. W dodatku, ten tort nie tuczy!

Teraz czekam na Dracule pod koniec października i na rozwinięcie się nowego wątku w The Vampire Diaries, wreszcie uwolnionego od Klausa. Swoją drogą muszę przyznać, że z łakomstwa na kasę i zrodzonego z tego serialu The Originals wyszło coś dobrego. Drogi braci Salvatore i pierwotnej hybrydy powinni się rozdzielić już pod koniec trzeciego sezonu.

Success is the best revenge.

36 dni do mojego wylotu do Londynu. Czuję niesamowite podniecenie, a zarazem strach. Boję się lotu, boję się tego wielkiego molocha, jakim jest arena O2, ale jeszcze bardziej boje się zawodu. Mimo wszystko, myślę pozytywnie i ten wyjazd w tej chwili trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Wstaję na 4 rano do pracy z głową przepełnioną wyjazdem. W poniedziałek tak mnie pochłonęły myśli, że nie pamiętam drogi z przystanku do pracy, bo zaginęłam gdzieś po drodze przenosząc się do Los Angeles. Poważnie! Zamiast ulicy mojego miasta widziałam Sunset Boulevard, a zamiast wielkich ulicznych latarni miałam przed oczami palmy. Nie wspominając nawet o wewnętrznych dialogach, jakie toczyłam.

Żeby tylko wszystko się dobrze ułożyło…