71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Second one with my bestie. #concert #Echelon #MARSarmy #marsinpoland #Poland #Rybnik #polishgirls #friends

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Me & red devil from @creepsbycubbins gang in Kraków. #cracow #creeps #redhead #reddevil #polishgirl

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

45. WARsaw part II. The final cut.

Kilkadziesiąt godzin temu zlądowałam do domu. Wróciłam z Warszawy – miasta, do którego zaczęłam się przekonywać, po tym, jak zobaczyłam więcej niż tylko centrum i starówkę zimą. Stolica nie jest w cale taka brzydka. Mogę się skusić na stwierdzenie, że jest całkiem ładna. I bardziej zielona niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Szkoda tylko tych dni z dość pochmurną i deszczową pogodą, bo przecież można było tyle zobaczyć. Anyway…

W niedzielę byłam z Julianem na lotnisku. Od tak, przejechać się. Byłam ciekawa, jak to lotnisko wygląda. No, a że był akurat lot z Berlina popatrzyłyśmy na ludzi przylatujących, no bo a nuż? Zamiast Marsa zobaczyłyśmy naszą rodzimą Anje Rubik przechodzącą dwa metry od nas, a zza naszych pleców wyskoczyła zgraja paparazzich. Potem przewinął się również słynny polski detektyw – pozer, jeszcze niższy i z bardziej kwadratową czupryną niż w telewizji. Marcin Tyszka też się całkiem niższy wydawał… WYDAWAŁ.

Do poniedziałkowego wieczora czas zleciał. Później jednak zaczęło się szaleństwo. W trójkę poczłapałyśmy do miasta na spacer po starówce. Mijał nas wysoki, lekko podchmielony chyba pan fotograf wymieniony przeze mnie chwilę wcześniej. Według Smoka ładnie pachniał. Mi się rzuciło raczej w oczy to, jak szedł. Model na wybiegu. Serio.

Do domu wróciłyśmy pierwszym tramwajem, po godzinie 5 rano. Stolica jest magiczna wieczorem, zwłaszcza starówka. Wcześniej tego wieczora, jakiś debil prawie by nas przejechał, bo się musiał popisać swoim gratem po tuningu.

2 godziny snu to nieco za mało, ale koncertowa adrenalina zaczęła krążyć w żyłach. Kolejny spacer po starówce zaowocował kolejnym widokiem Anji Rubik…

W każdym razie, koncert miał się zacząć o 22. Na Bemowo dotarłyśmy w połowie koncertu Paramore. Akurat zaczęli grać Decode. Omamusiu. Jak to genialnie brzmi, tak dawno tego nie słuchałam. Potem jeszcze moje kochane Let the flames begin. OH, LORD. Może i przejadłam się tym zespołem, ale miło było usłyszeć te dwa kawałki na żywo.

Stereophonics nie zwaliło mnie z nóg, chociaż grali całkiem miło dla ucha. Miła dla ucha, ale nic poza tym. Serce mocniej mi zabiło, kiedy w niedługiej ciszy po koncercie walijskiego zespołu, rozbrzmiały pierwsze dźwięki Birth. Nie myślałam, że da się za czymś tak mocno tęsknić, a jednak.

1. Birth

Birth nie wywołuje aż takich ciarek jak Escape, ale pasuje na początek takiego show. Sama melodia przypomina mi trochę taki cyrkowy klimat, jakby za chwilę miał się rozpocząć spektakl z udziałem akrobatów.

2. Conquistador

Conquistador jest niesamowicie energetycznym kawałkiem. Myślę, że można nazwać to drugim Night Of The Hunter. Nogi same rwały się do skakania.

3. Kings & Queens

Pierwsze dźwięki wywołały jęk protestu. Utwór średni i jak dla mnie, zdecydowanie lepiej brzmi na płycie niż na żywo, ale to moja opinia. Pięknie za to na żywo brzmi moment „The age of man is over„.

4. This Is War

Najsłabsza piosenka chyba ze wszystkich płyt. Na koncertach brzmi koszmarnie, ale za to ma łatwy tekst idealny do śpiewania przez publikę.

5. Night Of The Hunter

Parę wspomnień mi się z nią wiąże. Usłyszeć ją na żywo po półtora roku to świetna sprawa. Tym bardziej, że na pierwszym koncercie w Krakowie związała się ona nierozerwalnie z moim życiem, i nie tylko moim.

6. Search & Destroy

Przykład na to ile utwór może zyskać w wykonaniu live. Szkoda tylko, że zatrzymanie ludzi było tak strasznie sztuczne.

7. City Of Angels

Piosenka, która uratowała mi w grudniu życie została premierowo zagrana w Polsce. Muszę wspominać ile to dla mnie znaczyło? Moja reakcja przypominała tą z Krakowa z 2010, gdzie z początku nie dowierzałam w to, co słyszę. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zaskoczenie, by chwilę później w moich oczach zaszkliły się łzy. Ryczałam całą piosenkę nie będąc nawet w stanie jej odśpiewać. The silver of a lake at night The hills of hollywood on fire A boulevard of hope and dreams Streets made of desire… Moja dusza przez te kilka minut była w niebie. Cały ból zadawany mi przez otaczający mnie świat zniknął, a ja byłam w tej samej chwili na festiwalu Impact oraz w Mieście Aniołów. Słuchać tego utworu na żywo z zamkniętymi oczami to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie mogłam doświadczyć w życiu.

8. Vox Populi

Woks popjulaj, to jeden z utworów przeze mnie bardzo lubianych. Niestety, tutaj zabrzmiał raczej jak niepotrzebny dodatek. Zabrakło mi momentu z przykładaniem latarki do serducha… Oh well.

9. End Of All Days

Czy możemy zatrzymać się tu na chwilę, żeby docenić piękno tej piosenki? Jejku, to jest genialne zwłaszcza na żywo. Nic dodać, nic ująć.

10. Pyres Of Varanasi

Lub Pyry z wakacji, zależy jak kto woli. Fajny motyw z akrobatami. Dobre na chwilę odsapnięcia od full bandowego szaleństwa, jednak chyba wolałam Shannonowe L490 (oczywiście bez michy).

11. The Kill

Niemal perfekcyjnie. Niemal, bo początek totalnie schrzaniony. W każdym razie, połączenie akustycznej wersji z full bandem nastąpiło w idealnym momencie. Chylę pokłony za to.

12. Do Or Die

Kolejny energetyczny kawałek. And the story goes on… Jest świetny zarówno w wersji studyjnej, jak i live. Nie dziwie się Julianowej miłości do tego kawałka.

13. Alibi

„I promise you that we will be returning to this city very very soon”

OH MY FEELS. Alibi grane full bandem, to coś, co trzeba usłyszeć na żywo przynajmniej raz w życiu. Piękne, piękne i jeszcze raz piękne. „Welcome home” wyskandowane przez tłum przy pierwszych dźwiękach przyprawia mnie o łzy wzruszenia.

14. Closer To The Edge

Od Coke to chyba jedna z niewielu rzeczy, jaka przy trasie promującą nową płytę się nie zmieniła. Od czasu trasy promującej This Is War utwór ten znajdował się zawsze tuż przed finałowym.

15. Up In The Air

Kiedy Delish powiedziała, że będzie to genialne na koniec zamiast nużącego już Kings & Queens przyznałam jej racje. Up In The Air jest genialne jako zwieńczenie półtorej godzinnego show.

goldpolandwar-tx

Biorąc na podsumowanie, koncert na Impact Fest był rewelacyjnym show, mimo ciągnących się przerw między utworami i drobnych wpadek. Ci, których to był pierwszy koncert, powinni być zadowoleni. Nie było może atmosfery z Coke, czy setlisty z pierwszego dnia w Łodzi, ale mimo to, publiczność bawiła się świetnie, a nowe utwory porywały nawet fanów Rammstein.

„My grandpa’a favourite polish meal was kielbasa, mine is pierogies & Shannnon’s are polish girls.”

Wspomnienie Jareda o ulubionych potrawach było nieco niedopasowane. A może to był jeden z bardzo niewielu spontanicznych momentów? W każdym razie mamy się z czego śmiać. Zdjęcie z tłumem i złotą płytą, jaką zarobiło Love Lust Faith + Dreams mogłoby zawisnąć na mojej ścianie.

Z mojej strony ten koncert jest najbardziej osobistym doświadczeniem. Generalnie całość koncertu strasznie wydawała mi się, jakby ktoś chciał powtórzyć w jakiś sposób Coke, jakby ten koncert wzorowany był na tamtym sprzed prawie trzech lat. Mogę się mylić, ale takie miałam odczucia podczas niemal całego show. City Of Angels oraz Alibi rozbroiły mój system psychiczny przez co teraz odczuwam gigantyczne PCD. Tak, po raz pierwszy w życiu odczuwam Post Concert Depression. Cieszę się jednak, że moje podziękowanie zaraz po show zostało zauważone.

654Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią tego wypadu do stolicy. Tym, którzy byli na koncercie i tym, którzy wytrzymywali ze mną. See you very very soon!

40. LOVE LUST FAITH + DREAMS

Zdziwiona byłam, kiedy szperając po necie nigdzie nie mogłam znaleźć Love Lust Faith + Dreams leak’u. Mówiłam sobie, że przecież coraz mniej czasu do premiery, a przecież tyle albumów pojawiało się na długo przed premierą. Anyway, dzisiaj, jak tylko zobaczyłam plotkę o wycieku – ruszyłam do akcji. Zajrzałam na moją stronkę informującą i znalazłam wskazówkę, gdzie powinnam szukać. Były problemy, oczywiście. Jeden z utworów okazał się fragmentem Gangman style, ale cóż, teraz słuchając całego albumu mogę się wypowiedzieć.

tumblr_mjvm51U1111qmu619o1_500

LOVE LUST FAITH + DREAMS to czwarty studyjny album zespołu THIRTY SECONDS TO MARS znanego szerzej, jako nieco prostsze 30 Seconds To Mars. (Tak, nadal nie rozumiem dlaczego bawią się w zmienianie nazwy.) Nie spodziewałam się niczego w starym stylu, bo nie jestem z tych, co uczepią się jednego nurtu muzycznego, czy tych, co lubią przyczepiać artystom etykietki. Zachowałam umysł otwarty, opłacało się.

W grudniu, kiedy podczas VyRTa usłyszeliśmy fragmenciki, jeszcze surowe, kilku piosenek, nie myślałam ile będą dla mnie znaczyć, a jednak. Niespełna tydzień później rozpoczął się koszmarny okres mojego życia. Wszystko legło w gruzach i na tych gruzach musiałam odbudować swoje życie na nowo. Jakieś tam filary pozostały, ale nadal było tego za mało, żeby wierzyć w lepsze jutro.

Co mi pomogło? Niemal na okrągło słuchałam dwóch utworów, właściwie to raczej ich fragmentów. Bright Lights oraz City Of Angels. Już wtedy miałam świadomość tego, jak osobisty będzie dla mnie ten album. Z tego też powodu nie mogłam się doczekać, kiedy go usłyszę. Oczywiście, zaopatrzę się w moją kopię, najpierw jednak uzbieram pieniążki na wyjazd do Warszawy.

Co do okładki, muszę przyznać, iż pasuje do całości albumu. Z pozoru taka kolorowa, jasna i pozytywna, ale kryje się za nią jakieś drugie dno. Każdy kolor jest symbolem jednego z czterech tytułowych słów, a odcień sugeruje ich intensywność.

1. Birth

Poznane już przy okazji clipu do pierwszego singla z tej płyty. Nie wsłuchiwałam się wtedy. Birth – narodziny, symbol początku, czegoś co się rozpoczyna. Nowego życia. Piosenka zapowiada to, jak brzmi album, wzmaga głód usłyszenia całości.

2. Conquistador

Dobry, energiczny kawałek. W jakiś sposób jest dla mnie motywacją do walki. Do walki o to nowe życie, które rozpoczęło się w grudniu. Jest w niej parę fragmentów, zapadających mi mimowolnie w pamięć. A trojan whore – osoba przez nas kochana, posiadająca nasze zaufanie, nasze serce, a mimo to postanawiająca nas zdradzić, zostawić, rozerwać od środka. Jak Grecy podbili Troję ukrywając się w drewnianym koniu, tak ludzie pod pozorem miłości czy przyjaźni niszczą nas od środka. Rozrywają nasze serca na strzępy. We will rise again – ale mu powstaniemy. Musimy. Nie możemy im pokazać, jak bardzo nas to bolało. Musimy uczestniczyć w tej swoistej bitwie do usranej śmierci, jakkolwiek miałaby ona nastąpić.

3. Up In The Air

Jeden w bardziej popowych kawałków. Dobrze się do niego sprząta. Serio. Chociaż sama musiałam jej wielokrotnie słuchać, aby przekonać się do tego brzmienia. W każdym razie, piosenka dla mnie jest o upajaniu się. Nazwałabym to nawet byciem na haju, niekoniecznie narkotykowym. Upoić można się miłością, muzyką… niemal wszystkim. I’ve been up in the air Is this the end I feel? Up in the air Chasing a dream so real – bujałam w obłokach będąc pewna, że moje marzenia są bliskie spełnienia, ale nie. Mój świat się zawalił. Serce pękło na miliony maleńkich kawałków, zdawało mi się, że to koniec. A thousand times I tempted fate A thousand times I played this game – tyle razy przeżywałam coś podobnego. Tyle razy coś chrzaniłam swoim zachowaniem, całą sobą. Szkoda tylko, że tym razem to we mnie uderzyło tak mocno. Take no more.

4. City Of Angels

Magiczna piosenka od samego początku. Słuchając jej mam wrażenie, że jestem w Los Angeles – tytułowym mieście aniołów, spaceruję bulwarem zachodzącego słońca, wspinam się na hollywood hills… Coś naprawdę niesamowitego. Niewiele utworów jest w stanie dać mi tak silne przeżycia, a jeszcze mniej potrafi mnie przenieść w czasie i przestrzeni do zupełnie innego miejsca, niż to w jakim jestem. Miasto aniołów – miasto spełnianych marzeń, symbol domu, jako miejsca gdzie człowiek czuje się najlepiej. Dla mnie samej – symbol tego właśnie miejsca na ziemi, gdzie czuję, że powinnam być. Chciałabym kiedyś powiedzieć z czystym sumieniem I am home, jednak w tej chwili mimo całej mojej miłości do bliskich oraz tego miejsca, wiem, że tu nie pasuję. To nie jest TO miejsce.

5. The Race

Od pierwszego przesłuchania przypadła mi do gustu. Muzyka współgra z tekstem, całość łatwo wpada w ucho. Dwukrotnie poraziła mnie dobitność tej piosenki… You saved my life with blood and through sacrifice – może niektórzy powiedzą, co to zerwanie, miłość przychodzi i odchodzi, to nie powód by tracić chęć życia. Fakt, może tak jest, ale nie dla mnie. Jestem zbyt uczuciową osobą i zbyt wiele z siebie dałam, żeby od tak umieć się pogodzić ze stratą. Kiedy już nie miałam siły były przy mnie osoby, które mi pomogły, jednak najwięcej wiary w życie zaszczepiła we mnie muzyka. Idealnie pasujący tekst do mojej sytuacji oraz dawanie mi poczucia tego, że gdzieś tam jest moje miejsce i kiedyś je znajdę. Love is a dangerous game to play Hearts are made for breaking and for pain – to jest jedno z najbardziej prawdziwych fragmentów piosenek z jakimi się kiedykolwiek spotkałam. Miłość to ryzyko, nie ważne czego dotyczy. Czy chodzi o faceta, dziewczynę, zwierzaka, czy o pasję. Wszelkie rozczarowania bolą i ranią serce, jeśli tylko tej miłości oddało się siebie. Kochając – ryzukujemy.

6. End Of All Days

Albumowy wyciskacz łez można powiedzieć. Piękny w każdym calu. All we need is faith – bo wiara czyni cuda i wszyscy jej potrzebujemy.

7. Pyres Of Varanasi

Jeśli dobrze pamiętam, to chyba utwór autorstwa Shannona. Nie powiem, podoba mi się, dużo bardziej niż L490. Ma w sobie to coś, czego w tamtym brakowało. Dodatkowy plus: głowa od tego nie boli, tak jak od słynnej shannonowej michy.

8. Bright Lights

Drugi kawałek towarzyszący mi w najczarniejszym momencie mojej dotychczasowej egzystencji. Aktualnie mój faworyt z całego albumu. She dreams of love – marzę, śnię o miłości, o tym, żeby być kochaną. Żeby jedna i druga strona dawała z siebie tyle ile może. I forgive Had enough Time to live Time to love – jeszcze nie wybaczyłam, ale nadal próbuję. Za bardzo to boli, jednak za bardzo mi też zależy, żeby móc sobie pozwolić na stratę przyjaciela. Mimo to jestem przekonana, że nadeszła pora, żeby zacząć na nowo żyć i kochać.

9. Do Or Die

Skoczny, przyjemny kawałek.  And the story goes on! (…) Time to be alive – życie idzie do przodu, więc nie możemy zostawać w tyle. Czas by wreszcie zacząć żyć. I will never forget the moment, the moment – każdy ma takie momenty w życiu, które, choćby roztrzaskał sobie głowę, będzie pamiętał. Raz są to pozytywne momenty, innym razem negatywne. Pamiętam Coke i każdy wyjazd z batonami w tle. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nazwał mnie swoją dziewczyną, a potem każdy kolejny łamiący mi serce, aż w końcu ten, który wyssał ze mnie całą chęć życia. Pamiętam ogłoszenie każdego batonowego koncertu i własną reakcję. Pamiętam spacer po krakowskim rynku, niebieską bluzę i ślepia, fortepian, erę pingwinów. Pamiętam pierwsze opowiadanie oraz te będące dla mnie powodem poznania Juliana. Wiele rzeczy pamiętam.

10. Covergence

Przerywnik. Chwila oddechu od energicznego brzmienia. Odprężające bardzo.

11. Northern Lights

Przez ostatnie dni, od momentu usłyszenia Jareda śpiewającego to na ławce w nowojorskim parku, oczekiwałam tej piosenki i umierałam z potrzeby usłyszenia całej. Spodziewała się nieco innej melodii, chociaż przyznaję – podoba mi się. I cannot wait to dance upon your grave They don’t even have a soul left to be saved – tak, już ja wiem na czyim grobie bym chętnie zatańczyła.

12. Depuis Le Début

Słucham tego i wyobrażam sobie scenkę, kiedy facet siedzi sobie na werandzie swojego pokoju na typowej amerykańskiej wsi, z gitarą w dłoniach i zaczyna śpiewać. Tak jest z początku, ale zaraz potem utwór zmienia się. Słowa znikają, pozostaje sama muzyka. Cały album kończy melodia z pozytywki będąca niczym innym, jak fragmentem Jeziora Łabędziego Piotra Czajkowskiego.

Podsumowując: cały album jest dla mnie bardzo ważny. Jedne utwory są mi bliższe, a inne ciut dalsze. Mimo wszystko, jak do tej pory, LOVE LUST FAITH + DREAMS jest albumem najbardziej osobistym dla mnie. Myślę, że mogę powiedzieć iż ten album mnie uratował i pomaga mi stanąć na nogi, mimo tego całego gówna, jakie ma miejsce w moim życiu od kilku miesięcy.

27. Chasing a dream so real.

March 18th, 2013.

Dzień premiery nowego singla Thirty Seconds To Mars o tytule Up In The Air. Tytuł dość średni w sumie, ale nie ma co oceniać dopóki się nie usłyszy. Cóż, usłyszałam i z początku miałam dość mieszane uczucia. Pierwsze, co mi się rzuciło to to, że jest lepiej niż się spodziewałam, ale nie jest też dobrze. Potem przyszedł moment około 3 minuty. W tym momencie piosenka mnie złapała. Znalazłam w niej coś, do czego będę tęsknić, kiedy utwór się skończy i dla którego będę ciągle jej słuchać. Od godziny 14, kiedy utwór pojawił się w sieci, przesłuchałam go niezliczoną ilość razy. Jest coraz lepiej.

Piosenka jest diabelnie wpadająca w ucho. Na koncertach może naprawdę wiele zyskać, tak jak zyskuje Night Of The Hunter czy Search & Destroy. W sumie, nie mogę się doczekać nowego albumu o tytule, do którego powoli zaczynam się też przekonywać: LOVE LUST FAITH + DREAMS. Nie będę oceniała, go po jednej piosence, ale czuję w powietrzu coś maksymalnie naładowanego pozytywną energią. Taką, przy której szaleństwo dotychczasowych koncertów będzie niczym. Okładki też nie będę komentować, póki co jest nijaka, ale przecież ma pasować do albumu, right?

tumblr_mjvm51U1111qmu619o1_500

LOVE LUST FAITH + DREAMS

1. Birth
2. Conquistador
3. Up In The Air
4. City Of Angels
5. The Race
6. End Of All Days
7. Pyres Of Varanasi
8. Bright Lights
9. Do Or Die
10. Convergence
11. Northern Lights
12. Depuis Le Début

Tracklista zapowiada się dość obiecująco. Nie mogę się doczekać szczególnie dwóch utworów, bo ich fragmenty były dla mnie bardzo ważne w najgorszych chwilach, jakie jakiś czas temu przeżywałam. Sam album wychodzi 20 maja, a ja śmiem twierdzić, że do tego czasu chyba zwariuje.

I’ve been up in the air.
Is the end I feel?
Up in the air, chasing a dream so real.
I’ve been up in the air.

I’ll wrap my hands around your neck. (Is this the end I feel?)
Up in the air, chasing a dream, chasing a dream

26. I’ll wrap my hands around your neck so tight with love, love…

Od dawna nie czułam się tak dobrze, jeśli chodzi o moją psychikę. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz szłam spać z tak szerokim uśmiechem na twarzy. Nie myślałam, że ktokolwiek będzie mógł u mnie wywołać tak pozytywne nastawienie do życia. Mam świadomość ulotności tego samopoczucia, możliwości zniknięcia, ale cieszę się chwilą i nie mam zamiaru przejmować się teraz pierdołami.

Prawdę powiedziawszy boję się, bo myślę, czy to nie za szybko, czy nie czuję się zbyt swobodnie… Tylko kurczę, muszę w końcu stanąć na własne nogi i zacząć układać sobie życie na nowo. Pora wreszcie w pełni zacząć oddychać pełną piersią nie odwracając się za siebie. Życie przeszłością nic nie da, tylko pogorszy samopoczucie. Jeden rozdział życia dobiegł końca, więc trzeba zacząć kolejny. Będą chwile słabości, jak wczorajszego wieczoru, kiedy łzy same spłynęły po policzkach, będą tymczasowe załamania w pozytywnej energii, ale mam nadzieję, że od tej chwili coś się zmieni na lepsze.

Proszę tylko, niech powód mojego nastawienia nie zniknie równie szybko jak się pojawił.

Z nikim nie rozmawiało mi się jeszcze tak swobodnie, tak dobrze i tak pozytywnie…

Jared-Leto-back-tattoo
Za niecałe 24 godziny dowiemy się, co trio batonów przygotowało dla nas. Cieszę się z ich powrotu, jednak nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, więc wszelką ekscytację zachowam na potem, o ile nowy singiel mi się spodoba.  Hope so.

I’ve been up in the air
Lost in the night
I wouldn’t trade it out for your lies you’re last for my life.
Is this the end.
You were the love of my life
Darkness the light
This is a portrait of the tortured you and I.
Is this is end.
I’ll wrap my hands around your neck so tight with love, love
A thousand times I’ve tempted fate
A thousand times I’ve played this game
A thousand times that I have said today, today, today

Miałam dzisiaj, a właściwie wczoraj, bo w niedziele, poprawiać dwa koła. Miałam. Pani K. nie zjawiła się, choć się z nami umówiła, a my jak takie dupy na nią czekaliśmy. Mogłam sobie poleżeć w łóżku z polopiryną, ale nie, miałam poprawiać. Dziękuję bardzo za takie umawianie się. Z drugiej strony, coś wczoraj byłam zbyt spokojna, jakbym wiedziała, że nie będę pisać.  Anyway… Muszę zabrać się za kończenie R-evolve, bo dzięki kochanej Jedi mam koncepcję jak napisać zakończenie.

10. Are you trying to save my soul?

Zbliża się rok 2013. Dla mnie będzie to rok życiowych zmian, czuję to. Właściwie to nie tylko zmian, ale też pogoni za marzeniami, bo wreszcie w pełni mogę oddać się gonitwie za tym czego pragnę. Może jedne moje marzenia legły w gruzach, jednak są jeszcze te inne, prawda? Te, których nie mogłam spełniać wtedy a mogę zacząć po nie sięgać teraz. W tej chwili, mimo ciężkiego okresu w życiu, jestem pełna pozytywnego nastawienia to tego, co wkrótce ma się zacząć dziać. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, sama zaczynam się powoli godzić z tym, co się stało. Pora zająć się sobą, swoimi pragnieniami i marzeniami.

Sleep. Dream. Wake. Attack. Create. Fight. Fuck. Win. Sleep. Dream.

Znacie koncertowy rozkład jazdy na nadchodzący rok? Oto kilka naciekawszych.

20 marca – Klub Palladium w Warszawie – Hurts

31 maja do 2 czerwca – URSYNALIA – Kampus SGGW w Warszawie – H.I.M., Bullet For My Valentine

4 czerwca – IMPACT FESTIVAL – Lotnisko Bewmowo w Warszawie – Rammstein

5 czerwca – IMPACT FESTIVAL – Lotnisko Bewmowo w Warszawie – 30 Seconds To Mars

18 czerwca – Atlas Arena w Łodzi – Green Day

19 czerwca – PGE Arena w Gdańsku – Bon Jovi

3 do 6 lipca – HEINEKEN OPEN’ER FESTIVAL – Lotnisko Gdynia-Kosakowo – Blur, Kings Of Leon, Queens Of The Stone Age, Arctic Monkeys

6 lipca  – Klub Stodoła w Warszawie – Joe Satriani

25 lipca – Stadion Narodowy w Warszawie – Depeche Mode

Sporo jak narazie, prawda? A to dopiero początek ogłoszeń na przyszłe lato. Czerwiec zapowiada się mega intensywnie dla mnie. Zaczynając od Ursynaliów, przez Impact Fest, a na łódzkiej Atlas Arenie skończywszy. Aż się boję, co może przybyć na CLMF w Krakowie. Pomijam, że w czerwcu również mam sesję zaliczeniową na uczelni, a do kin wchodzi Man of steel, którego nie mogę się doczekać. Jedyne, co pozostaje, to znaleźć fundusze na te podróże.

“There was one great tomb more lordly than all the rest; huge it was, and nobly proportioned. On it was but one word, DRACULA.” ― Bram Stoker, Dracula

Plany. Marzenia. Marzenia. Plany. Tak ciężko odróżnić od siebie te dwie sprawy. Dlatego ja mam zamiar połączyć jedno z drugim. Marząc planuję i planując marzę. Zaczynam zbierać na podróż do Rumunii razem ze Smokiem, a może nawet z Jul. W każdym razie marzę, aby zobaczyć ten kraj, zwiedzić Bran, Rasnov i jeszcze parę miejsc…

What a mystery this world, one day you love them and the next day you want to kill them a thousand times over.

The Fall, czyli po polsku Magia Uczuć. Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam. Surrealistyczny, momentami zalatujacy inspiracją w twórczości Salvadora Dali, wzruszający, a co najważniejsze strasznie wciągający.

5 letnia Alexandria podczas pobytu w szpitalu poznaje kaskadera Roy’a Walker’a, który z powodu poważnych obrażeń odniesionych na planie filmowym jest przykuty do łóżka. Mężczyzna opowiada małej historię pełną miłości i zdrady, jednak jak się później okazuje, ta bajka ma też drugie dno.

Sama nadal próbuję poukładać sobie wrażenia po obejrzeniu tego filmu, jednak nadal jestem pod ogromnym wrażeniem. Gra aktorska na bardzo wysokim poziomie, dostosowana do każdej postaci. Catinca Untaru grająca Alexandrię była wprost przeurocza z tym swoim akcentem, a mimo 8 lat jakie wówczas miała, zagrała bardzo dobrze jak na dziecko. Na temat Lee Pace’a nie powinnam się wypowiadać, bo aktualnie przeżywam istną fascynację jego osobą, ale to co pokazał w tym filmie zasługuje na pochwałę.

Why so serious?

W święta planuję zabrać się za parę filmów, które mam przygotowane do oglądania. Wśród nich znajduje się The Dark Knight RisesTown Creek oraz The Amazing Spider Man. Może te święta nie będą tak tragiczne, jak się zapowiadają. Zobaczymy.

7. Until we meet again.

Notka z dnia 12 grudnia 2011:

Jeśli Jared Leto mówi, że ma niespodziankę, to wiedz jedno: na 99% chodzi o kolejny show. Tym razem jednak było nieco inaczej. Jednym z dwóch sekretów, owszem była data, ale drugi miał wkrótce wywołać u mnie nieopisane emocje.

The secret is out.

300 show zbliżał się wielkimi krokami, a ludzie wciąż prosili o live stream z koncertu. Darmowy oczywiście, bo nikt nie miał zamiaru płacić, jednak zespół z szanownym panem Leto na czele ogłosił inaczej. 15$, tyle właśnie kosztowała ludzi przyjemność oglądania tego wyjątkowego gigu na żywo z Nowego Jorku (miasta moich marzeń). W pierwszej chwili uznałam to za chory pomysł. Płacić ok. 50zł za zwyczajny stream? O nie, nic z tego! Co jak się zatnie? Co jeśli łącze/modem/internet zastrajkuje? Po dłuższym zastanowieniu i rozważeniu całej sprawy uznałam, że jeśliby oglądać nawet w jakieś 5 osób to te 10zł to nie jest majątek, więc dlaczego nie? W grupie raźniej, a złożyć się to przecież nie problem. Cały stream nosił tajemniczą i z niczym nie kojarzącą się wtedy jeszcze nazwę – VyRT.

Siedząc u cioteczki i pilnując babci dowiedziałam się, że Sophie (30STMVOTE) ma do rozdania bilet na VyRT. Zgłosiłam się stwierdzając, co mi szkodzi, nie mam nic do stracenia. Na pytanie w formularzu dlaczego bilet miały trafić do mnie odpowiedziałam szczerze, że to dla  NYC to miasto moich marzeń i chciałabym kiedyś być tam na ich koncercie, a poza tym wspaniale byłoby obejrzeć Mars300 wraz z przyjaciółmi (planowałam wtedy pokombinować z Karoliną żeby obejrzeć wspólnie).

Po części nawet zapomniałam o moim zgłoszeniu, jednak kiedy Sophie rozpoczęła wybór wygranych i wysyłanie DMów, ja nie liczyłam na takowego, jednak skrzynkę sprawdzałam dla własnego spokoju. Już miałam iść spać, kiedy po raz ostatni sprawdziłam i o mało się nie wydarłam. Ucieszyłam się z wygranej tak jak wtedy kiedy wygrałam płytę AFI. Problem biletu był załatwiony…

Koniec końców umówiłyśmy się z Demonem, że to u niego obejrzymy. We trójkę powinno nam być wprost idealnie, ale wtedy postanowiła się do nas dołączyć Auga. Umówieni, mogliśmy już tylko odliczać do godziny 0:00 w nocy z 7 na 8 grudnia.

Wreszcie nadszedł 7 grudnia. Od rana spędziłam dzień poza domem, planując, że popołudniu się prześpię, gdyż z Karoliną umówiona byłam na 21. Dzień ciągnął się niemiłosiernie, a ja czułam się jak przed prawdziwym koncertem. Podekscytowanie mieszało się z uczuciem szczęścia i słodkiego oczekiwania. Oczywiście nie było szans, żeby się wyspać. Przeleżałam może z pół godziny w łbem w poduszce i to musiało mi wystarczyć na całą noc.

Po 21 razem z Karoliną wyszłyśmy z domu, zaopatrzone w prowiant na nasz nocny koncert i wsiadłyśmy w autobus linii 82. Na przystanku, gdzie wysiadłyśmy spotkałyśmy się z Augą i ruszyłyśmy dalej. W deszczu po lekkich trudach dotarłyśmy na TĄ ulicę. Stojąc i czekając aż Demon odbierze telefon rozglądałyśmy się po okolicy. Pominę może fakt, że musiałyśmy po ulicy gonić uciekające mandarynki, a na jednym z balkonów czyhał morderca z czymś w ręku. Koniec końców trafiłyśmy do mieszkania naszego kolegi.

Gospodarz zaoferował nam herbatkę oraz wspólne oglądanie finału Tap Szpadl z jego współlokatorami. Anyway, po 23 zaczęło się oczekiwanie na koncert. Rozwaleni na kanapie, z masą żarcia przed sobą i zalogowani na ustream mogliśmy rozkoszować się tym co miało nastąpić. Nie obyło się bez spekulacji na temat setlisty.

Can I macu macu your Artemis?

Spodziewaliśmy się czegoś starszego, z uwagi, że to swojego rodzaju pożegnanie przed przerwą. Karolina uparcie przekonywała jakoby miało się pojawić The Story, a ja pragnęłam znów zobaczyć Artemisa. Noc zapowiadała się cudownie, a to przecież był dopiero początek. W międzyczasie dowiedzieliśmy się o problemach ekipy krakowskiej, która uzyskała błędny kod i nie mogła się do końca zalogować, jednak koniec końców udało im się to i mogli obejrzeć show.

Dokładnie o północy na ekranie monitora pojawiły się dwie pocieszne mordki – młodszego Leto i Tomo. Potem Shannon na wyrku do masażu, wyglądający jakby się nieźle najarał… Stream się zacinał chwilami, ale po jakimś czasie zmniejszyliśmy jakość z high na low i nie widząc praktycznie różnicy mogliśmy oglądać dalszą część streamu bez niepotrzebnych przerw.

Zdaje mi się, że było coś koło 2:30, kiedy rozpoczął się pamiętny 300show.

1. Escape

Widziec „od kuchni” jak się zaczyna koncert to coś wspaniałego. Sam utwór jest moim zdaniem idealny na otwarcie koncertu, a widząc jak Jared zaczyna śpiewać, jeszcze nie pojawiwszy się na scenie, racząc przy tym widzów jednym ze swoich firmowych eyefucków.

2. A Beautiful Lie

Moje pytanie brzmi: Gdzie NOTH?! Nie pasuje mi takie otwarcie koncertu… Może to z przyzwyczajenia, bo na każdym show w Polsce grali NOTH jako drugie? Anyway, cudownie było usłyszeć ją znowu, w pewnym sensie, na żywo.

3. This is War

Czyli piosenka, której niecierpię na koncercie. Nie brzmi mi ona zbyt dobrze, muzyka jest jakaś taka nijaka, a wokal ledwo słychać. Fakt faktem, że tekst ma świetny do wydzierania się, jednak i tak nie jestem do niej do końca przekonana.

4. 100 suns

Piękne uzupełnienie poprzedniej. Coś wspaniałego.

5. Search and Destroy

Piosenka jak piosenka. Dla mnie nie jest jakoś wybitna, wiąże się jednak ze wspaniałymi wspomnieniami. Biorąc jednak pod uwagę ten konkretny show, brzmiała świetnie. Co by to było, gdyby muzyka nie została wstrzymana, a Jared nie zmuszałby publiki do większej zabawy? Musiał to zrobić, trzeba też przyznać, że podziałało. Z początku drętwa publika rozkręcała się od tego momentu.

6. Vox Populi

Piosenka marzeń, jak to sobie o niej mówię. Wytupywanie jej łącznie z klaskaniem powodowało uczucie współczucia dla sąsiadów mieszkających piętro niżej.

7. Night of the Hunter

To co powinno zostać zagrane raczej jako drugi utwór było siódme. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Mimo wszystko w tym momencie przypomniały mi się polskie koncerty, od Krakowa począwszy, na Łodzi skończywszy. Cała piosenka była przez nas zaśpiewana bardzo donośnie, aż uśmiech cisnął mi się na twarz.

8. L490

Miska na scenie i Shanimal gotujący zupkę. Utwór ma coś w sobie i to nie tylko w wersji jaką słyszałam do tej pory na żywo, ale też w tej. Muzyka sprawia, że ciężko skupić się na czymś innym, porywa duszę w głębię odczuć. Niesamowite.

9. Kings and Queens

Mały fragmencik, jednak wystarczał aby przypomnieć jak cudownie ta piosenka brzmi w wersji akustycznej.

10. Alibi

 Jeśli piosenkę można nazwać wyciskaczem łez, to jest nim zdecydowanie Alibi. Osobiście uważam wykonanie akustyczne za nie wyciągające z niej pełni mocy.

11. Was it a dream?

Cudna, szkoda, że grana dość rzadko.

12. Hurricane

Sama nie wiem, czy wolę akustycznie czy full bandem, jednak mimo wszystko ten utwór jest  hipnotyzujący w jakiś sposób.

13. The Kill

Czysta perfekcja. Utwór grany w połowie akustycznie, w połowie full bandem. Nic dodać, nic ująć. Leto rozstępujący tłum, niczym Mojżesz Może Czerwone, przeciskający się przez tłum i wyciągany przez ochronę z niego… Koszulka praktycznie zerwana… Szaleństwo.

14. Closer to the edge

To już nie piosenka, to modlitwa. Ojj tak. To dzięki tej piosence tak bardzo nakręciłam się na koncert w Krakowie. Coś niesamowitego.

15. The Story

Przeryczana od początku do końca. Mało tego, że zagrali to full bandem, to jeszcze na Artemisie. Ci co mnie znają wiedzą jakie ja żywię uczucia do tego gitarowego cudu. Jeszcze słowa Jareda przed piosenką, a potem cytująca go znajoma tweetująca „Artemis is a very loving guitar, he likes you too plus The Story (just like for @Alex_Joker_H)„. Mój ryk się pogłębił. Martyna na początku piosenki pisząca mi smsa „THE STORY!„, a ja jej na to jakże ambitnym „KU*WA WIEM!„.

16. Buddha For Mary

FULL BANDEM! Mój mózg ledwo zdołał się zacząć zbierać po poprzednim utworze, a już został zbombardowany czymś tak wspaniałym! Szczęka na podłodze ledwo się od niej odkleiła.

17. Capricorn

Mother of God. Oni chyba chcieli wyprawić mnie na tamten świat. Choć przy tym utworze już nie miałam takich „lotów” jak przy dwóch poprzednich.

18. Oblivion

Fragment, fragment, który zabił do reszty. Czy tak trudno grać to na innych koncertach?

19. Kings and Queens

Piosenka zakończenie, podsumowanie wieczoru. Tym razem niemile urozmaicona chwilami grozy. Całe szczęście, wszystko okazało się skończyć dobrze.

I want everybody right now for this next song to promise themselves and me, that you’re gonna let go of everything. Let go of yesterday, let go of your job, let go of your boyfriend, of your girlfriend, your boss, of all your troubles. You’re gonna be with us here and together we’re gonna have the best night of our entire fucking lives. – Jared leto @ Mars300

Podsumowując. Koncert nie urwał dupy setlistą. Raczej zawiódł, bo jak na koncert bijący rekord to coś cienko. Biorąc jednak pod uwagę dodatek w postaci czterech utworów przez finałem, ten koncert to marzenie!

Słodkie dzieciaczki, które pojawiły się na scenie, rozmawiające z Jaredem i dostające od Shannona pałeczki były przeurocze! Chłopak trzymany na rękach podczas Kings and Queens mnie rozczulił. Doszło do mnie, że nie ważne jak się ze sobą nie zgadzamy, jak bardzo się kłócimy, sprzeczamy, Echelon jest niesamowitą globalną rodziną, która potrafi się zjednoczyć w odpowiedniej chwili.

2 letnia przygoda zakończyła się. W ciągu tego czasu zmieniłam się wewnętrznie, zaczęłam postrzegać świat nieco inaczej. Dziękuję wszystkim, którzy byli tego częścią, wszystkim, których spotkałam w ciągu tego czasu i tych, z którymi się zbliżyłam.

For over two years we have traveled this miraculous planet. Pushing relentlessly over mountains and seas, exploring this earth in the most unique of ways. All the while learning about this world, and ourselves, through all of you.

Thank you for the dreams. Thank you for the memories. And thank you for sharing this unforgettable adventure with us. It was the journey of a lifetime and we are so grateful to you all for that.

Please remember

Be brave
Fight for what you believe in
And make your dreams
Your reality.

-JL

Provehito In Altum
2011

Jestem pewna, że niedługo znowu będziemy mieć okazję uczestniczenia w Night to remember i to być może prędzej niż się tego spodziewamy.

Thank you for these past few years of my life on the road muddafuggaz!! – Shannon on twitter.

I ONLY WANT TO SAY THANK YOU TO EVERYONE FOR WHAT HAS BEEN THE MOST UNFORGETTABLE JOURNEY OF MY LIFE. AS JARED SAID, UNTIL WE MEET AGAIN… – Tomo on twitter

xoxo