71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Reklamy

63. The future belongs to those who believe in the beauty of their dreams.

Chyba pora na małe podsumowanie roku, wykorzystując chwilę czasu zrobię to z małą pomocą instagrama. Koniec roku 2013 już za tydzień, więc najwyższa pora zastanowić się nad tym, co przyniósł ze sobą.

Uhm, yes. We're watching movies on the toilet.

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Pierwszy post ze stycznia. Fragment sylwestrowej nocy, którą spędziłyśmy ze Smokiem na oglądaniu filmów, podczas gdy nasze towarzystwo drzemało w pokoju. Chcąc dać im trochę spokoju i nie obudzić, postanowiłyśmy zając wygodne miejsce w toalecie i tam coś obejrzeć. Tą ostatnią a zarazem pierwszą noc roku – sylwester, spędziłam z grupą najbliższych przyjaciół dzięki którym rok rozpoczął się genialnie, za co jestem im bardzo wdzięczna.

W lutym, w miesiącu moich urodzin, otrzymałam kolejną nauczkę. Cios, który miałam na długo zapamiętać udowodnił mi tylko, że większość ludzi może mówić, obiecywać, ale nie pojawią się wtedy, kiedy będziesz na nich czekać i ich potrzebować. Zawód w moje urodziny bolał, jednak potwierdził zasadę „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

 

Yeah I know I suck in Spanish. #jaredleto #spanish #exam #school

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Marzec.  Pierwsze poważne egzaminy na studiach i ten najbardziej stresujący – z hiszpańskiego. Nauka do tego właśnie przedmiotu upłynęła pod hasłem zdegustowania ocenami,ale na szczęście zdałam bez problemu! No dobra, z małym problemem.

Best reaction ever @littlemaryhadalamb ❤ #excitement #happy #twitter #feels

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Również w marcu rozpoczęło się zasypywanie mnie pozytywną energią. Pierwsze replies od zespołu, któremu tyle zawdzięczam, a potem w kwietniu kolejna fala. Nigdy nie zapomnę reakcji Maryś, kiedy to konto zespołu zrobiło mi drugie RT w ciągu 3 dni. Priceless. Ta reakcja byłą pierwszym, co wtedy zobaczyłam w swoich interakcjach.

maju chyba najmniej się działo. Prócz spotkania przy okazji VyRTa, wygrania konkursu Universal (Shit) Music Polska, wartym wspomnienia jest powrót do Warszawy i rozpoczęcie kolejnej przygody w tym mieście.

Mars is red Smurfs are blue? #30secondstomars #UpInTheAir #echelon

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Impact Festival w czerwcu niósł ze sobą morze nadziei. Niestety, pozostawił po sobie jedynie przyjemne wspomnienia samego koncertu i totalne PCD, którego przez długi czas się nie mogłam pozbyć. Przynajmniej pozwiedzałam wreszcie trochę więcej stolicy.

Melting... even at night. But looks like next few days will be better.

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Lipiec w tym roku stanowił synonim słowa piekarnik. Zdecydowanie.

The blood is the life. #quote #dracula #starbucks #icedtea

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wakacje! Wakacje u rodziny i przyjazd Maryś w sierpniu wspominam  cudownie! Po trzech latach znajomości, mogłam ją wreszcie uściskać w realu, a nie wirtualnie. Poza tym, zawdzięczam jej okazję do innego spojrzenia na moje własne miasto. Coś we mnie pękło, a może po prostu klapki jakiegoś zaślepienia spadły mi z oczu?

On our way home. #train #station #trip

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Nowa praca i wyjazdy. Tym był wrzesień – początkiem pracy i nowych znajomości oraz wyjazdem na wesele, a tydzień później na 18stkę. Upewniłam się też, że mimo tego, jak bardzo jestem związana z moją rodziną (mówię o całości, nie tylko tej najbliższej), to nie czuję się tak, jak powinnam. Będąc wśród nich jestem w pełni świadoma, jak bardzo nie pasuję do tego „miejsca”. Moje tzw. „miejsce na świecie” jest gdzieś indziej i może kiedyś je odnajdę na dłużej niż przelotną chwilę jak do tej pory. W tym samym miesiącu pojawiła się przede mną szansa wyjazdu do Londynu, co teraz daje mi do myślenia, bo właśnie w Londynie czułam się w jakiś sposób na swoim miejscu.

Won bracelet with this quote. #quote #dreams #missiu

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Jeśli w maju działo się mało, to październik był istnym pogrzebem. Jednak nie, wróć. Październik minął mi pod hasłem dochodzenia do mnie informacji o moim wyjeździe do Londynu, więc nie. Nie był ani trochę pogrzebowy.

O2. Place where some of my dreams came true. #london #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

O2 Arena w Londynie jest dla mnie od listopada symbolem spełnionych marzeń. Tyle się tam działo, tyle myśli przelatywało przez głowę, a ja nie potrafię tego opisać inaczej niż jednym słowem, bo przez te kilka dni w Londynie byłam naprawdę SZCZĘŚLIWA.

Koniec roku przyniósł obiecującą nadzieję na kolejny. Oby tylko to grudniowe ogłoszenie spełniło przynajmniej połowę pokładanych w nim planów.

“Use your imagination not to scare yourself to death but to inspire you to live.”

62. Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

Szaleństwo zaczęło się w przedostatni dzień pracy, przed wylotem, kiedy to oczekując na moją zmianę posłałam w przestrzeń tweeta, w którym pytałam Tomo, czy cieszy się na ich show w Londynie. Serce mi zamarło, kiedy zobaczyłam fragment powiadomienia w telefonie pisanego capslockiem.

Nie potrafiłam się ogarnąć i nie dochodziło do mnie, że już za kilkadziesiąt godzin znajdę się w samolocie, żeby udać się w pierwszą zagraniczną podróż. To było trochę jak sen, bo z jednej strony wiedziałam, że to się dzieje, ale z drugiej coś tłumiło to uczucie. Wieczór przed wylotem czułam wykręcające mi się na wszystkie strony wnętrzności, ten parszywy ucisk w żołądku. Nie mogłam spać, budząc się średnio co godzinę z natłokiem myśli. Na całe szczęście wczesny poranek uwolnił mnie od nerwów, by pozostawić miejsce jedynie niepokojowi.

Pozdrawiam pana taksówkarza, który sam zaczął nas zagadywać, a jak już postanowiłyśmy ładnie podyskutować zamilknął, jak zatkana kanalizacja. Na szczęście wszystko na lotnisku poszło sprawnie i wraz ze Smokiem mogłyśmy wylecieć na spotkanie nowej przygody.

Bałam się samego lotu. Kurewsko się bałam tej świadomości, że pode mną nie ma nic prócz paru pierwiastków chemicznych, które wcale nie powstrzymują działania siły grawitacji. Niesamowitym zaskoczeniem stało się dla mnie odprężenie, jakie czułam podczas podróży. Przecudne widoki wschodzącego słońca, czy miasta w dole mieniącego się tysiącem świateł zapamiętam na długo. Gdybym miała wybrać ulubioną część lotu, zdecydowanie wskazałabym lądowanie.

DSC_0896Pierwszy dzień pobytu minął nam na zwiedzaniu Natural History Museum i Museum of Science. Trochę pogadałyśmy z kościstymi kolegami, pobawiłyśmy się zabawkami i mogłyśmy udać się na jedzonko. Nie pamiętam nazwy potrawy, ale wiem, że jadłam ryż z sosem z białego wina, grzybami, cebulą i jeszcze czymś. Pychota!

Kolejnym dniem był ten, na który czekałyśmy. Jeśli jest coś cięższego niż wstanie po tygodniu pełnym niewysypiania się, ze świadomością, że dzień, który ma się zacząć będzie długi, to chętnie poznam, co to jest. Razem ze Smokiem nie mogłyśmy zwlec się z łóżka, a co dopiero wyjść i dojechać do Millennium Dome. Świadomość zobaczenia chłopaków jednak pomogła i po godzinie 11, po zjedzonym śniadaniu, siedziałyśmy w pociągu jadącym na Waterloo, gdzie czekała nas przesiadka na metro. Dotarcie do O2 nie przysporzyło nam problemów, tak samo jak odnalezienie grupki Echelonu, wśród której była osoba z biletem dla Smoka. Podczas kiedy ona robiła wymianę, ja podeszłam do Mimi, poznanej przez twittera spory czas temu. Wreszcie mogłam ją uściskać! Wspaniałe uczucie!

Poszukiwanie wejście na O2 Arena może nie należało do wielce skomplikowanych, ale trochę nas zakręciło. Widziałyśmy rozkładające się stoisko z merchem, oblegane zaraz po koncercie, a parę minut później stałyśmy już pod samą areną, badając wzrokiem kolejkę mających general tickets. Dojrzałyśmy grupkę z Polski, jednak nasze głowy zajmował soundcheck. Do 13 zostało niewiele czasu i musiałyśmy zająć miejsce w kolejce do odebrania opasek umożliwiających wstęp. Nie obyło się bez lekkiego zamieszania i nerwów.

Samo oczekiwanie na soundcheck było długie i diabelnie zimne. Przed nami stała Marylin, ta sama, która na koncercie dostała się na scenę, a za nami Mimi i cała masa ludzi spragnionych wejścia na soundcheck. Czekanie umiliła wszystkim pizza rozdana przez team AIW. Niby najprostsza pizza z serem, a przyniosła tyle radości! Przynajmniej mieliśmy, można powiedzieć, zapewniony obiad. W każdym razie, po 2 lub 3 godzinach marznięcia nadszedł ten wyczekiwany moment.

Soundcheck spędziłyśmy przy wybiegu dla J’a. Może nie zaszczycili nas żadnym bardziej pożądanym utworem, ale nawet to kilkukrotne Vox Populi czy Bright Lights było czymś, co wspaniale było usłyszeć. Sam fakt, że mieliśmy daną szansę, żeby choć w tycim stopniu zobaczyć, jak się przygotowują do koncertów, jest dla mnie bardzo wyjątkowym wspomnieniem.

DSC_0970Stali tak bliziutko! Na zawsze zapamiętam „blah blah blu bli”, które ze Smokiem przedrzeźniałyśmy, albo moment wkroczenia na scene Artemisa. Słodka matulu! Słyszałam moje maleństwo na czysto, bez żadnego podkładku, perkusji, drugiej gitary czy basu. ARTEMIS SOLO. Jedno z marzeń spełnione. Gdybym jeszcze tak mogła go zmacać! Musi mi jednak wystarczyć to, jak bezczelnie wgapiałam się w krocze Jareda, gdyż było zakrywane przez Artemisa właśnie. Nie zwracałam uwagi na jego twarz, na ruchy, tylko na palce sunące po gryfie i te szarpiące struny.

Potem wszystko poszło bardzo sprawnie. Rozdzielone ze Smokiem, udałyśmy się z Agnieszką na meet & greet z zespołem. Był to dla mnie wczesny prezent urodzinowy i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie to wspominam. Zupełnie zmieniłam zdanie odnośnie tzw. „goldenów”. To jest świetny pomysł, tym bardziej jeśli ktoś nie ma szczęścia, żeby ich spotkać na ulicy. Sama możliwość stanięcia obok nich, powiedzenia chociażby głupiego „Hello” wiele znaczy i  jest warta tego, żeby za to zapłacić. Tym bardziej, jeśli zespół jest czymś więcej dla danej osoby niż tylko grupką celebrytów, których się słucha. Sama, żeby zrozumieć musiałam przeżyć to na własnej skórze. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy omal się nie rozkleiłam, albo signingu czy samego momentu zdjęcia. Może nie rejestrowałam wszystkiego, tak jak powinnam, ale to, co zapamiętałam jest dla mnie wyjątkowo cenne.

IMG_0097Co do samego koncertu… Supportem był zespół You Me At Six, wcale nie tak powalający, jak mogłoby wskazywać na to podniecenie gawiedzi. Z ich setu w ucho wpadły mi może dwa utwory Lived A Lie oraz Underdog, o ile dobrze pamiętam tytuły. W każdym razie nie mogłam się doczekać głównego punktu wieczoru. Chwilami nawet marzyłam, żeby już było po, bo dzień był strasznie długi i obfity w emocje, ale na szczęście czas do pierwszych dzwięków Birth minął bardzo szybko. Ludzi przybywało z każdą chwilą, a w momencie rozpoczęcia cała płyta, aż do samego baru na jej końcu była zajęta przez ludzi ze średnią wieku o wiele wyższą niż można zobaczyć na koncertach w Polsce.

DSC_0100

Nie myślałam, że tak za nimi się stęskniłam dopóki nie zobaczyłam kochanej trójcy na scenie. To niesamowite, jak bardzo uzależniłam się od ich koncertów, a ten był tak samo wyjątkowy, jak mój ukochany Kraków. O ile nie bardziej nawet! Piękny widok podczas City Of Angels rozpostarł się przede mną, kiedy powędrowałam wzrokiem w stronę trybun. Confetti i światła tylko uzupełniały ten koncert pełen niesamowitej atmosfery, tak innej niż koncerty, na których już byłam. Czułam się szczęśliwa, spełniona i czułam się na swoim miejscu. Tak bardzo tęskniłam za tym uczuciem. Byłam po prostu szczęśliwa. To był pierwszy koncert naprawdę wolny od zmartwień i od świadomości, że samolubnie postanowiłam spełniać własne marzenia, a nie tkwić w domu. Coś się w moim życiu odblokowało i od soboty nie mogę przestać się uśmiechać.

DSC_0103O2 na zawsze pozostanie w moim serduchu w wyjątkowym miejscu, tak samo jak Kraków. Stay wykonane tuż przed finałowym Up In The Air skradło moje serce. Było w tym coverze coś, co rozbroiło mnie jakimś emocjonalnym ładunkiem. Stałam niemal osłupiała od uczuć przelatujących mi przez głowę w tamtym momencie. Coś niesamowitego.

DSC_0104

Niedzielę spędziłyśmy na dochodzeniu do siebie po sobocie. Zjadłam najpyszniejsze penne pod słońcem i wyśmiałam się za wszystkie czasy. Chyba dopiero w poniedziałek, podczas zwiedzania doszło do mnie naprawdę, gdzie jestem. Zobaczyłam London Eye, Big Bena i uderzyło mnie to, jak realny jest fakt, że jestem w Londynie. Po raz pierwszy poza Polską. Holy moly.

DSC_0127 DSC_0129 DSC_0143 DSC_0145 DSC_0165 DSC_0167 DSC_0172 DSC_0177 DSC_0181 DSC_0182 DSC_0184 DSC_0190 DSC_0198 DSC_0202 DSC_0210 DSC_0211 DSC_0216 DSC_0217 DSC_0977 DSC_0983 DSC_0993 DSC_1001 DSC_1002 DSC_1004 DSC_1006 DSC_1008 DSC_1010 DSC_1014 DSC_1017 DSC_1026 DSC_1029 DSC_1033Niesamowitym uczuciem było znaleźć się na Trafalgar Square, gdzie rozgrywa się akcja książki, którą niedawno się czytało. Możliwość wyobrażenia sobie poszczególnych scen dała tyle radości, ile małemu dziecku daje lizak! Szkoda, że tyle czasu zeszło nam na szukanie Starbucksa, bo może zobaczyłybyśmy więcej, ale tak, przynajmniej mamy też wyjątkowe wspomnienie dotyczące tejże kawiarni.

Może nie zobaczyłyśmy wszystkiego, ale to, co nas najbardziej interesowało owszem. Zawsze mamy po co wrócić, skoro nie zobaczyłyśmy wszystkiego.

IMG_0140Stokrotnie dziękuję Agnieszcze, za tą możliwość, za ten wyjazd. Prawdopodobnie będę dziękować przez najbliższe pół roku jeszcze, ale nie potrafię wyrazić słowami, jak wdzięczna jestem za to, co dla mnie zrobiłaś! Postaram ci się jakoś odwdzięczyć.

Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

london-2

61. Fuck fate, remember? Well, fuck time too.

Miałam wczoraj małe załamanie sił psychicznych, ale dzisiaj jest już lepiej. Tak mi się wydaje przynajmniej. Wypłata na koncie i to więcej niż się spodziewałam, co nieco pozytywniej nastraja na Londyn, bo przynajmniej wystarczy mi na podróż z lotniska i na lotnisko… W każdym razie, czuję dziwny przypływ pozytywnej energii. Wycieczka do Bydgoszczy na festiwal Camerimage odwołana, bo w rozpisce nie widzę screeningu Dallas Buyers Club, na którym mi zależało. Teraz tylko skupić się na wyjeździe i będzie dobrze. Już i tak sporo nerwów mnie kosztuje oczekiwanie na wyjazd. Boję się lotu samolotem, boję się samego koncertu. Wszystko to zasługa mojego lęku wysokości i lęku przed tłumem. Potrafię panicznie bać się tłumu, a i tak pcham się na koncert. Dlaczego? Bo mimo strachu przed tłumem czuję się tam jak w domu, jak w miejscu, gdzie powinnam być. In all this chaos, we found safety znalezione jakiś czas temu idealnie oddaje to co czuję. Koncerty to chaos, a jednak potrafię poczuć się tam szczęśliwa i bezpieczna. Zobaczymy, jak będzie tym razem. Chciałabym tylko, żeby tym razem wszystko się zgrało.

AyFEhtgCEAAmp7oŚmieszne, ale właśnie zauważyłam, że zdjęcie powyżej pochodzi z Łodzi, a dzisiaj mamy 2 lata od tamtego Neon Night. Koncert raczej średni. Show być może i świetne, ale do Coke czy pierwszego dnia w Łodzi mu daleko. Bez tej magicznej atmosfery.. Zobaczymy jak będzie w Londynie. Inny kraj, inni ludzie, więc koncert może być ciekawym doświadczeniem. Dołączając do tego wstęp na soundcheck, czuję w kościach wyjątkowy wyjazd.
Żeby tylko wszystko wypaliło!

I’ve just broken up with a girl who wasn’t even my girlfriend. There has to be an award for that.

Nie miałam pojęcia, że moje serducho jest w stanie pomieścić więcej miłości do fictional characters. A jednak! Kiedy moja siostra rzuciła hasłem „Znalazłam fajną książkę” nie uwierzyłam, bo prawda taka, że mamy dość różne gusta. Ona zatwardziała fanka mangi i anime, a ja… A ja forever in love with vampires. Truła mi tyłek na tyle, że sprawdziłam opis książki The Dark Heroine: Dinner with a Vampire. Pierwszym co mnie odrzuciło było stwierdzenie, że jest to brytyjska odpowiedź na Zmierzch. W mojej głowie pojawiła się jedna myśl. Po co mam znowu czytać coś, co jest jak Zmierzch? Lubię to, ale bez przesady. Coś mnie jednak tknęło i zaczęłam czytać. Od pierwszych słów zaczęło mnie interesować, wciągać coraz bardziej, a postaci pojawiające się zyskiwały lub traciły z miejsca moją sympatię. Ze Zmierchem ta książka ma tyle wspólnego, co nic. Napisała ją dziewczyna młodsza ode mnie i publikowała na wattpad, a ogromne zainteresowanie popchnęło tą historię na szersze wody.

W książce mamy historię Violet Lee, dziewczyny, która znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie, ale czy aby na pewno? Porwana do innego świata nie może pogodzić się z tym, że nigdy nie wróci do domu. Z czasem jednak zaczyna inaczej patrzeć na wszystko. Fragmenty układanki z pozoru będącej niczym nie związanymi ze sobą częściami, układa się w jedną całość.

Dawno nie czułam takiego bólu przy książce, a czytając to był fragment, gdzie niemal fizyczny ból dał mi do zrozumienia o moim pękającym sercu. Być może przez to, że związałam się mocno z bohaterami i nie chciałam nawet słyszeć o innym zakończeniu niż to, którego sama im życzyłam. Nie wiem. Wiem, że zaliczam Kaspara i Violet do zbioru moich OTP (One True Pairing) tak samo jak książkę do moich very faves na tą chwilę i nie mogę się doczekać, kiedy w styczniu 2014 będę mogła przeczytać część drugą.

Handsome and brilliantly rich; their fatal flaw is murder.

Na czasie muszę ogarnąć się i wybrać temat pracy na zaliczenie jednego z przedmiotów. Do wyboru mam Racism in business – a common combination? oraz Xenophobia in business – does it really exist?, a z jednego z tych tematów będę musiała spłodzić 20 stron pracy. Nie mam bladego pojęcia, jak mi to wyjdzie, ale jestem naładowana pozytywnie dzisiaj. Mój angielski może nie jest na tyle dobry, żeby pisać takie prace, ale po to wybrałam ten kierunek studiów, żeby nad tym popracować. Mam szansę się wykazać i to zrobię! Jutro czeka mnie wykład z analizy mediów zagranicznych, co brzmi dość obiecująco. Żeby tylko moje pozytywne nastawienie nie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.

57. Wait there is a light there is a fire illuminated attic.

Ostatnia poprawka za mną. Trochę nerwów mnie kosztowała, gdyż przygotowana na test, po zaledwie 3 godzinach snu i pracy, którą zaczynałam o 4 rano, musiałam zaliczyć poprawkę ustnie. Minę z pewnością miałam bezcenną, a oczy profesora wcale nie pomagały. Mimo wszystko, teraz zostało mi tylko do załatwienia parę wpisów i powitam drugi rok.

cc13dc310a231bbfd5aad4ff47ff9813d0d52d2a[20-24-48]Jestem pieprzoną idealistką. Wiem, o tym i nie wstydzę się. Wolę robić wszystko, żeby stąpać po pozytywnej stronie życia, dlatego nie widzę sensu hejtowania. Skupianie się na pozytywach może dać nam poczucie szczęścia, a na negatywach? Skupieni na negatywach jesteśmy smutni, podenerwowani, poirytowani i zachowujemy się jak ostatnie durnie.

Jako, że taka ze mnie pieprzona idealistka, to mam swoje ideały, w które wierzę i własne poczucie tego, co jest ważne. Wychodzę z założenia, że są priorytety i PRIORYTETY. Tylko my musimy sami wiedzieć, które są które.

Wiele się ostatnio dzieje i śmiem twierdzić, że nieco, za wiele. Chwilami odnoszę wrażenie, że aby moje marzenia zaczęły się spełniać mój związek musiał się rozpaść. Fakt, dzięki S pojechałam na Coke, gdzie spełniły się jednej nocy moje 3(?) marzenia. Pomógł mi, jak miałam jechać do Warszawy i Łodzi. Tylko, że wtedy czułam jakiś hamulec. Pomijając fakt, że byłam gotowa poświęcić marzenia, ale jak już je spełniałam to istniało coś, co stanowiło jakąś wewnętrzną blokadę, której nie mogłam określić. Teraz stojąc przed ogromną szansą wyjazdu do Londynu nie czuję żadnej blokady. Zabawne, że ta szansa pojawia się na prawie rok po. Sam wyjazd wypadnie na dwa tygodnie przed rokiem od rozstania, więc mam zamiar bawić się najlepiej jak się da i w jakiś sposób uczcić rok wolności. Nie odgradzam się już tak od tego, co mi o nim przypomina. Na łańcuszku od niego, zamiast serca noszę triadę, a pierścionek od paru dni znów gości na moim palcu. Nie ma sensu unikać tematu, bo te 6 lat związku zawsze będzie częścią mnie i doświadczeniem uczącym mnie wielu rzeczy na przyszłość. Raz tylko miałam załamanie. Pierwszego dnia pracy byłam na dziale z kobietką tak cholernie przypominającą jego matkę, że aż mnie ściskało, jak z nią rozmawiałam. W każdym razie, mam szansę spełnić jedno ze swoich marzeń, a przy okazji pokonać lęk przed lataniem, więc dlaczego nie?

Bardzo źle ze mną, jeśli słucham Miley, jednak trzeba przyznać jedno. Wrecking Ball jest naprawdę dobrym utworem, a sam teledysk świetnie pasuje. Może i nie jest wystarczająco dobry moim zdaniem, żeby wygrać nagrodę EMA, jednak podoba mi się bardzo (nie licząc kilku momentów). Być może to za sprawą reżysera, którym jest Terry Richardson, a ja do jego zdjęć mam słabość. Są takie proste, a zarazem dobitne, nieprzerysowane.

cc13dc310a231bbfd5aad4ff47ff9813d0d52d2a[20-25-34]Zabieram się za oglądanie Artifactu po raz kolejny. Dziwnie się czuję mając go na kompie z VyRTa. Mam nawet dwie kopie na każdym z dysków w razie, gdyby jakimś cudem jeden zniknął. To takie uczucie, jakby miało się w rękach jakąś niezwykle cenną rzecz, niekoniecznie materialnie, i zarazem cholernie kruchą. Ilekroć zaglądam do tego filmu czuję ciarki na całym ciele, podobnie jak podczas koncertów. Jestem diabelnie emocjonalnie związana z tym zespołem i w ciągu ostatniego roku tylko mi się to „pogorszyło”. Fakt, że zobaczę ich w listopadzie (o ile cały wypad wypali) napawa mnie niesamowitą pozytywną energią, a w brzuchu czuję skręcające się kiszki z podniecenia. Co z tego, że to jeszcze dwa miesiące… Przecież te parędziesiąt dni zleci nim się obejrzę.

55. Alex vs. Alex, czyli rozmowy z alter-ego.

Jesteś szczęśliwa?

A czy ty byłbyś, gdybyś znajdował się na krawędzi załamania? Gdyby ktoś, kogo kochasz całym sercem zostawił cię pośrodku samego gówna? Gdybyś nie miał z kim o tym pogadać, bo albo byś został ochrzaniony albo by cię oceniano za twoimi plecami? Czy byłbyś szczęśliwy mając świadomość, że twoje marzenia nigdy się nie spełnią, bo jesteś zbyt słaby, żeby stawać do walki z Goliatem?

Musi być coś, co daje ci szczęście.

Jej wzrok powędrował w przestrzeń sięgając daleko za grube szpitalne mury. Przez ułamek sekundy widział, jak błyszczą widząc to, czego on nigdy nie dojrzy. Blask orzechowych tęczówek zniknął na dobre w chwili, gdy spojrzała na niego ponownie.

Fakt, jest coś, co sprawia, że jestem szczęśliwa.

Co to jest?

To samo, co przypomina o bezsilności i słabości.

Przynajmniej daje ci chwile radości.

Co z tego, skoro w następnej chwili mi to zabiera?

Możesz to zmienić o ile chcesz, wystarczy tylko odrobina wysiłku.

Potrząsnęła głową przymykając oczy.

Nie mogę tego zmienić.

Dlaczego?

Bo jestem tchórzem. — Znów na niego patrzyła, a szczerość tej wypowiedzi biła z jej oczu wbijając w jego umysł bolesną szpilę niepokoju.

Nie jesteś tchórzem, tylko potrzebujesz zmotywowania.

Kasztanowe włosy zatrzęsły się w ponownym zaprzeczeniu.

Boję się porażki i zawodu. — Spojrzenie miała tym razem puste, jakby patrzyła we własne wnętrze. — Boję się ludzi, a raczej ich nienawidzę. W jednej chwili mówią do ciebie uśmiechając się najpiękniejszym uśmiechem świata, jednocześnie oceniając cię w zakamarkach swojego umysłu, a w następnej chwili obgadują cię nim jeszcze miejsce zajmowane przez ciebie obok nich na ławce ostygnie.

Milczeli przez chwilę. On przyglądał się jej profilowi usiłując zrozumieć wszystko to, czym się z nim dzieliła.

Nienawidzę siebie, bo jestem człowiekiem i robię wszystko to, czego nienawidzę. Oceniam ludzi, ulegam pokusom i sprawiam ból bliskim.

To nasza natura…

Sprzeciwiamy się naturze budując samoloty i nimi podróżując, nosząc ubrania, używając wszystkich nowinek technologicznych, więc dlaczego nie możemy sprzeciwić się temu? Bo jesteśmy leniwi i zbyt słabi. Jesteśmy głupcami nie widzącymi własnych błędów, a jeśli już je dostrzegamy, są one ignorowane i bagatelizowane.

Odpowiedz mi na jedno pytanie jeszcze. Dlaczego tu jesteś?

Tu, czyli gdzie? Bo ja jestem pośrodku niczego i to z własnej nieprzymuszonej woli, tak jakbym chciała tu być, bo nic nie robiąc właśnie na to pozwalam, czyż nie?

Pytałem o szpital. Dlaczego tu jesteś?

Straciłam wiarę. W marzenia, w Boga, w ludzi i w siebie. Byłam zbyt naiwna i im za bardzo zaufałam.

Zaufanie to nic złego.

Dopóki nie roztrzaska twojego serca i nie pozbawi cię duszy.

Nie straciłaś duszy.

Nie? To powiedz mi dlaczego w, z pozoru, najszczęśliwszych momentach życia w ustach mam pełno goryczy, a w sercu żal?

Bo stawiasz wszystkiemu zbyt wygórowane oczekiwania.

***

Przeprowadziłam tą rozmowę z moim alter-ego parę dni temu, podczas totalnego załamania sił psychicznych. Szpital jest tu przenośnią, tak samo jak całość tego dialogu.

53. Now you see me.

Koniec sierpnia i wakacje zbliżają się nieuchronnie ku końcowi, a przynajmniej dla niektórych. Z dwudziestu przedmiotów mam tylko 2 poprawki, co dla mnie jest wynikiem dość zadowalającym. Dzisiaj naszło mnie na nieco filmowo-serialową notkę, bo trochę się tego zbiera ostatnimi czasy dla mnie.

Po przeczytaniu Vlad: The Last Confession cierpiałam na totalny brak dobrej książki. Niewiele brakowało, żebym znów zaczęła ją czytać, ale wtedy postanowiłam zrobić podejście numer 3 do The Mortal Instruments. Przeczytałam City Of Bones w kilka dni z czystej ciekawości dlaczego ludzie w moim wieku nawet, tak się jarają tą książką. Czy znalazłam odpowiedź? Nie. Nadal się zastanawiam, bo książka mimo, że napisana lekko, dla byle czytelnika, ma w sobie masę niezrozumiałych dla mnie obrotów sprawy. Dialogi chwilami wołają o pomstę do Anioła, bo bardziej dziecinnych odzywek to ja nawet w fanficach nastolatek nie widziałam. Zakończenie mi totalnie nie pasowało. Coś mi w nim nie grało, jakby było naciągane i nieco sztuczne. Dobra, podobno kolejne części są lepsze, więc nie będę skreślać całości. Dla mnie pierwsza część Darów Anioła była średnia, a nawet przeciętna, chociaż rozbudziła moją ciekawość na to, co będzie się działo dalej i być może sięgnę po kolejną książkę z tej serii. Będę szukać pewnie odpowiedzi do usranej śmierci.

Chcę jeszcze zobaczyć film, bo zwiastuny zapowiadają go ciekawie, choć na razie tylko wśród fanów książek widziałam pozytywne opinie na jego temat, i to jeszcze nie u wszystkich! Chcę zobaczyć w akcji Jamiego Campbella Bowera, bo pałam do niego sympatią od jego debiutu u boku Johnny’ego Deppa, a także Johnatana Rhys Meyersa, który cudownie odegrał rolę Henryka VIII w The Tudors, nie pomijając faktu, że wcieli się już w październiku w Draculę (ach, miłości ma). Ze sporą dozą zainteresowania podchodzę do Lily Collins, córki Phila Collinsa. Jest śliczna, tylko czy jej uroda odpowiada jej talentowi? We’ll see. Chociaż plakat z filmu z przyjemnością powieszę na ścianie, bo diabelnie mi się podoba. To chyba przez moją słabość do Nowego Jorku.

W sieci pojawił się zwiastun Dallas Buyers Club i z tego miejsca oświadczam, że jeśli film okaże się choć w połowie tak dobry jak wskazuje zwiastun, a nie pojawią się co najmniej nominacje do Oscarów, to osobiście wysadzę winnych w powietrze. Matthew McConaughey wreszcie zabrał się na porządne aktorstwo, co może zaowocować najlepszą rolą w jego dorobku, a Leto… to Leto, już w Reqiuem Dla Snu czy Chapter 27 udowodnił, że umie grać i poświęcić się dla roli. Naprawdę nie mogę się doczekać tego filmu! Z początku byłam sceptyczna. Myślałam, pośmieję się trochę z Leto, a tu niespodzianka. Poważny film, jednak będzie dla mnie poważny i z przyjemnością poświęcę na niego mój czas.

Obejrzałam Now You See Me. Słyszałam sporo pozytywnych opinii, ale moje oczekiwania film przebił po tysiąc kroć. Spodziewałam się normalnego filmu, czegoś w rodzaju może Ocean’s Eleven, a dostałam dwie godziny czystej przyjemności, magii i widowiska. Zaskoczona byłam jedynie raz, na sam koniec, bo TAKIEGO numeru to ja się nie spodziewałam. Cała oprawa bardzo mi się podobała, a największym plusem dla oka było zobaczenie na ekranie w jednej produkcji znowu Michaela Cane’a i Morgana Freemana. Z przyjemnością polecę ten film każdemu i sama obejrzę go jeszcze w najbliższym czasie.

Nie mogę się doczekać października. Do gry wracają The Vampire Diaries, na które liczę, że nadchodzący sezon zwróci temu serialowi dawną świetność. Potem w połowie października nowe odcinki White Collar, które wreszcie oglądam na bierząco. Na koniec wisienka na październikowym torcie, albo raczej truskaweczka, bo smaczniejsza. Dracula z Johnatanem Rhys Meyersem zapowiada się dość ciekawie. Nie mam wielce wysokich oczekiwań, żeby w razie czego nie zawieść się, ale liczę, że to będzie uczta dla mnie – fana dzieci nocy od dzieciństwa. Seriale te umilą mi czas oczekiwania na 2014 rok i kolejne sezony Da Vinci’s Demons, Hannibala oraz nową produkcję dla showtime Penny Dreadful, gdzie Reeve Carney wcieli się w rolę Doriana Graya.

Jakby tego było mało, w tym roku wchodzą do kin 3 filmy oczekiwane przeze mnie z niecierpliwością. Wspomniany wcześniej Dallas Buyers Club, Only Lovers Left Alive oraz śmierć moja grudniowa The Hobbit: The Desolation of Smaug, a potem tylko trzeba będzie zmartwychwstać w 2014 roku na Draculę z Lukiem Evansem w roli głównej (omnomnomnomnom), X-men: Days Of Future Past, Guardians of the Galaxy, Fifty Shades Of Grey (tak, jestem diabelnie ciekawa jak go nakręcą, ale moje oczekiwania ostudzi zapewne nieodpowiedni dobór aktorów) oraz ostatnia część Hobbita. Będzie ciekawie, tego jestem pewna.

„Look closely, because the closer you think you are, the less you’ll actually see.”