71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Second one with my bestie. #concert #Echelon #MARSarmy #marsinpoland #Poland #Rybnik #polishgirls #friends

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Me & red devil from @creepsbycubbins gang in Kraków. #cracow #creeps #redhead #reddevil #polishgirl

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

45. WARsaw part II. The final cut.

Kilkadziesiąt godzin temu zlądowałam do domu. Wróciłam z Warszawy – miasta, do którego zaczęłam się przekonywać, po tym, jak zobaczyłam więcej niż tylko centrum i starówkę zimą. Stolica nie jest w cale taka brzydka. Mogę się skusić na stwierdzenie, że jest całkiem ładna. I bardziej zielona niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Szkoda tylko tych dni z dość pochmurną i deszczową pogodą, bo przecież można było tyle zobaczyć. Anyway…

W niedzielę byłam z Julianem na lotnisku. Od tak, przejechać się. Byłam ciekawa, jak to lotnisko wygląda. No, a że był akurat lot z Berlina popatrzyłyśmy na ludzi przylatujących, no bo a nuż? Zamiast Marsa zobaczyłyśmy naszą rodzimą Anje Rubik przechodzącą dwa metry od nas, a zza naszych pleców wyskoczyła zgraja paparazzich. Potem przewinął się również słynny polski detektyw – pozer, jeszcze niższy i z bardziej kwadratową czupryną niż w telewizji. Marcin Tyszka też się całkiem niższy wydawał… WYDAWAŁ.

Do poniedziałkowego wieczora czas zleciał. Później jednak zaczęło się szaleństwo. W trójkę poczłapałyśmy do miasta na spacer po starówce. Mijał nas wysoki, lekko podchmielony chyba pan fotograf wymieniony przeze mnie chwilę wcześniej. Według Smoka ładnie pachniał. Mi się rzuciło raczej w oczy to, jak szedł. Model na wybiegu. Serio.

Do domu wróciłyśmy pierwszym tramwajem, po godzinie 5 rano. Stolica jest magiczna wieczorem, zwłaszcza starówka. Wcześniej tego wieczora, jakiś debil prawie by nas przejechał, bo się musiał popisać swoim gratem po tuningu.

2 godziny snu to nieco za mało, ale koncertowa adrenalina zaczęła krążyć w żyłach. Kolejny spacer po starówce zaowocował kolejnym widokiem Anji Rubik…

W każdym razie, koncert miał się zacząć o 22. Na Bemowo dotarłyśmy w połowie koncertu Paramore. Akurat zaczęli grać Decode. Omamusiu. Jak to genialnie brzmi, tak dawno tego nie słuchałam. Potem jeszcze moje kochane Let the flames begin. OH, LORD. Może i przejadłam się tym zespołem, ale miło było usłyszeć te dwa kawałki na żywo.

Stereophonics nie zwaliło mnie z nóg, chociaż grali całkiem miło dla ucha. Miła dla ucha, ale nic poza tym. Serce mocniej mi zabiło, kiedy w niedługiej ciszy po koncercie walijskiego zespołu, rozbrzmiały pierwsze dźwięki Birth. Nie myślałam, że da się za czymś tak mocno tęsknić, a jednak.

1. Birth

Birth nie wywołuje aż takich ciarek jak Escape, ale pasuje na początek takiego show. Sama melodia przypomina mi trochę taki cyrkowy klimat, jakby za chwilę miał się rozpocząć spektakl z udziałem akrobatów.

2. Conquistador

Conquistador jest niesamowicie energetycznym kawałkiem. Myślę, że można nazwać to drugim Night Of The Hunter. Nogi same rwały się do skakania.

3. Kings & Queens

Pierwsze dźwięki wywołały jęk protestu. Utwór średni i jak dla mnie, zdecydowanie lepiej brzmi na płycie niż na żywo, ale to moja opinia. Pięknie za to na żywo brzmi moment „The age of man is over„.

4. This Is War

Najsłabsza piosenka chyba ze wszystkich płyt. Na koncertach brzmi koszmarnie, ale za to ma łatwy tekst idealny do śpiewania przez publikę.

5. Night Of The Hunter

Parę wspomnień mi się z nią wiąże. Usłyszeć ją na żywo po półtora roku to świetna sprawa. Tym bardziej, że na pierwszym koncercie w Krakowie związała się ona nierozerwalnie z moim życiem, i nie tylko moim.

6. Search & Destroy

Przykład na to ile utwór może zyskać w wykonaniu live. Szkoda tylko, że zatrzymanie ludzi było tak strasznie sztuczne.

7. City Of Angels

Piosenka, która uratowała mi w grudniu życie została premierowo zagrana w Polsce. Muszę wspominać ile to dla mnie znaczyło? Moja reakcja przypominała tą z Krakowa z 2010, gdzie z początku nie dowierzałam w to, co słyszę. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zaskoczenie, by chwilę później w moich oczach zaszkliły się łzy. Ryczałam całą piosenkę nie będąc nawet w stanie jej odśpiewać. The silver of a lake at night The hills of hollywood on fire A boulevard of hope and dreams Streets made of desire… Moja dusza przez te kilka minut była w niebie. Cały ból zadawany mi przez otaczający mnie świat zniknął, a ja byłam w tej samej chwili na festiwalu Impact oraz w Mieście Aniołów. Słuchać tego utworu na żywo z zamkniętymi oczami to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie mogłam doświadczyć w życiu.

8. Vox Populi

Woks popjulaj, to jeden z utworów przeze mnie bardzo lubianych. Niestety, tutaj zabrzmiał raczej jak niepotrzebny dodatek. Zabrakło mi momentu z przykładaniem latarki do serducha… Oh well.

9. End Of All Days

Czy możemy zatrzymać się tu na chwilę, żeby docenić piękno tej piosenki? Jejku, to jest genialne zwłaszcza na żywo. Nic dodać, nic ująć.

10. Pyres Of Varanasi

Lub Pyry z wakacji, zależy jak kto woli. Fajny motyw z akrobatami. Dobre na chwilę odsapnięcia od full bandowego szaleństwa, jednak chyba wolałam Shannonowe L490 (oczywiście bez michy).

11. The Kill

Niemal perfekcyjnie. Niemal, bo początek totalnie schrzaniony. W każdym razie, połączenie akustycznej wersji z full bandem nastąpiło w idealnym momencie. Chylę pokłony za to.

12. Do Or Die

Kolejny energetyczny kawałek. And the story goes on… Jest świetny zarówno w wersji studyjnej, jak i live. Nie dziwie się Julianowej miłości do tego kawałka.

13. Alibi

„I promise you that we will be returning to this city very very soon”

OH MY FEELS. Alibi grane full bandem, to coś, co trzeba usłyszeć na żywo przynajmniej raz w życiu. Piękne, piękne i jeszcze raz piękne. „Welcome home” wyskandowane przez tłum przy pierwszych dźwiękach przyprawia mnie o łzy wzruszenia.

14. Closer To The Edge

Od Coke to chyba jedna z niewielu rzeczy, jaka przy trasie promującą nową płytę się nie zmieniła. Od czasu trasy promującej This Is War utwór ten znajdował się zawsze tuż przed finałowym.

15. Up In The Air

Kiedy Delish powiedziała, że będzie to genialne na koniec zamiast nużącego już Kings & Queens przyznałam jej racje. Up In The Air jest genialne jako zwieńczenie półtorej godzinnego show.

goldpolandwar-tx

Biorąc na podsumowanie, koncert na Impact Fest był rewelacyjnym show, mimo ciągnących się przerw między utworami i drobnych wpadek. Ci, których to był pierwszy koncert, powinni być zadowoleni. Nie było może atmosfery z Coke, czy setlisty z pierwszego dnia w Łodzi, ale mimo to, publiczność bawiła się świetnie, a nowe utwory porywały nawet fanów Rammstein.

„My grandpa’a favourite polish meal was kielbasa, mine is pierogies & Shannnon’s are polish girls.”

Wspomnienie Jareda o ulubionych potrawach było nieco niedopasowane. A może to był jeden z bardzo niewielu spontanicznych momentów? W każdym razie mamy się z czego śmiać. Zdjęcie z tłumem i złotą płytą, jaką zarobiło Love Lust Faith + Dreams mogłoby zawisnąć na mojej ścianie.

Z mojej strony ten koncert jest najbardziej osobistym doświadczeniem. Generalnie całość koncertu strasznie wydawała mi się, jakby ktoś chciał powtórzyć w jakiś sposób Coke, jakby ten koncert wzorowany był na tamtym sprzed prawie trzech lat. Mogę się mylić, ale takie miałam odczucia podczas niemal całego show. City Of Angels oraz Alibi rozbroiły mój system psychiczny przez co teraz odczuwam gigantyczne PCD. Tak, po raz pierwszy w życiu odczuwam Post Concert Depression. Cieszę się jednak, że moje podziękowanie zaraz po show zostało zauważone.

654Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią tego wypadu do stolicy. Tym, którzy byli na koncercie i tym, którzy wytrzymywali ze mną. See you very very soon!

27. Chasing a dream so real.

March 18th, 2013.

Dzień premiery nowego singla Thirty Seconds To Mars o tytule Up In The Air. Tytuł dość średni w sumie, ale nie ma co oceniać dopóki się nie usłyszy. Cóż, usłyszałam i z początku miałam dość mieszane uczucia. Pierwsze, co mi się rzuciło to to, że jest lepiej niż się spodziewałam, ale nie jest też dobrze. Potem przyszedł moment około 3 minuty. W tym momencie piosenka mnie złapała. Znalazłam w niej coś, do czego będę tęsknić, kiedy utwór się skończy i dla którego będę ciągle jej słuchać. Od godziny 14, kiedy utwór pojawił się w sieci, przesłuchałam go niezliczoną ilość razy. Jest coraz lepiej.

Piosenka jest diabelnie wpadająca w ucho. Na koncertach może naprawdę wiele zyskać, tak jak zyskuje Night Of The Hunter czy Search & Destroy. W sumie, nie mogę się doczekać nowego albumu o tytule, do którego powoli zaczynam się też przekonywać: LOVE LUST FAITH + DREAMS. Nie będę oceniała, go po jednej piosence, ale czuję w powietrzu coś maksymalnie naładowanego pozytywną energią. Taką, przy której szaleństwo dotychczasowych koncertów będzie niczym. Okładki też nie będę komentować, póki co jest nijaka, ale przecież ma pasować do albumu, right?

tumblr_mjvm51U1111qmu619o1_500

LOVE LUST FAITH + DREAMS

1. Birth
2. Conquistador
3. Up In The Air
4. City Of Angels
5. The Race
6. End Of All Days
7. Pyres Of Varanasi
8. Bright Lights
9. Do Or Die
10. Convergence
11. Northern Lights
12. Depuis Le Début

Tracklista zapowiada się dość obiecująco. Nie mogę się doczekać szczególnie dwóch utworów, bo ich fragmenty były dla mnie bardzo ważne w najgorszych chwilach, jakie jakiś czas temu przeżywałam. Sam album wychodzi 20 maja, a ja śmiem twierdzić, że do tego czasu chyba zwariuje.

I’ve been up in the air.
Is the end I feel?
Up in the air, chasing a dream so real.
I’ve been up in the air.

I’ll wrap my hands around your neck. (Is this the end I feel?)
Up in the air, chasing a dream, chasing a dream

5. I believe in Poland. Do you believe in me?

Notka z dnia 11 listopada 2011:

We will return. – Jared (Warsaw 12/14/2010)

Jak obiecał tak zrobili. Wrócili do kraju nad Wisłą, do Łodzi, na dwa koncerty. Na jeden z nich miałam bilet i nie darowałabym sobie gdybym tam nie pojechała, tak więc, w niedzielny wieczór razem ze Smokiem byłyśmy gotowe do wyjazdu po północy.

Podróż pociągiem minęła nadzwyczaj szybko i wcale się nie ciągnęła jak ta do Krakowa. Łódź przywitała nas chłodem listopadowego poranka i dworcem w stanie dość nieciekawym. Przy okazji pozdrawiam grupkę panienek w wieku poniżej 17 lat schodzącą przed nami ze schodów, która zaczęła się wydzierać jak zażynane świenie na widok plakatu Batonowego koncertu. Nawet ja i Smok się tak nie wydarłyśmy witając się z Julkiem, a przecież nie widziałyśmy się trochę czasu. W każdym razie, Juliana spotkałyśmy po małym nieporozumieniu. My poszłyśmy po nią pod Atlas Arene a ona po nas na dworzec. Dotarcie do naszego Hoteliku Relax zajęło nam trochę czasu, ale dałyśmy radę. Tam ugościła nas Jedi, gdzie razem ze Smokiem przekimałyśmy dobre dwie godziny odsypiając podróż.

Około godziny 15 może 16 we czwórkę pojechałyśmy znów pod Atlas Arenę, gdzie spotkałyśmy się z resztą wspaniałych znajomych. Tego wieczoru zadaniem naszej trójki (moim, Smoka i Jul) było pilnowanie kurtek tym udającym się pod barierki, gdyż same nie miałyśmy biletu. Jeszcze przed otwarciem wejść postanowiłyśmy wrócić do hoteliku, do naszego chłodnego pokoiku, żeby przesiedzieć tam trochę, bo niezbyt nam się uśmiechało przesiedzieć dwa supporty pod halą. Sprytnie pomyślanym było, żeby schować kurtki do Smoczej walizki i z nią udać się pod Atlas Arenę.

Nie wiem jakim cudem, ale zdążyłyśmy dosłownie dojść do wejścia numer 1, kiedy ze środka dobiegły nas pierwsze dźwięki Escape. Przysięgam, że nie wiem jakim cudem się tak stało, bo show zaczął się punktualnie co do minuty. Znalazłszy dogodne miejsce postanowiłyśmy przysłuchać się dźwiękom dochodzącym z zewnątrz. Julian miała szklanki w oczach słuchając bębnienia Shanna, a my ze Smokiem nie mogłyśmy wyjść z szoku w jakiej świetnej formie jest głos Jareda. Jeszcze większym zdziwieniem przypłaciłyśmy solówki Tomo, na które przecież nigdy sobie nie pozwalał. Swoją drogą, ja mogłam robić to o czym po cichu marzyłam, update’owałam na twitterze całą setlistę (wierzcie mi, mega uczucie móc to robić na bierząco).

I believe in Poland. Do you believe in me? – Jared (Łódź 11/07/2011)

Ten koncert pod względem muzycznym przebił nawet Coke, które było niesamowite. Zespół każdą piosenke wykonywał jakoś inaczej, z większą pasją niż zwykle, jakoś tak lepiej. Całego powera tego koncertu czuło się nawet na zewnątrz. Jared popisywał się wymową nazwy miasta, chwalił polską publikę i pierogi.

PIERRRRRRRDOL SIE – Jared (Łódź 11/07/2011)

Taaak, to słowo już nigdy nie będzie brzmiało tak samo.

Polish Echelon po ciężkich staraniach doprosił się wreszcie upragnionej Buddhy. Osobiście zbrzydła mi już ta piosenka, przez to ciągłe marudzenie o niej. Nie uważam jej za jakąś genialną, bo w repertuarze Marsów są lepsze utwory, ale fakt, że została jednak zagrana w Polsce bardzo mnie ucieszył.

Wszystko wokół przestało dla mnie istnieć w momencie, kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki The Story. Zagrali mi moją ukochaną piosenkę FULL BANDEM! Częściej przecież grają akustycznie. Możecie sobie wyobrazić mój wrzask z radości i te szklanki w oczach, wiedząc jak ważna dla mnie jest ta piosenka. Przeryczałam całą nie mogąc nawet posłać porządnego tweeta, tylko wsłuchiwałam się w utwór. Po raz kolejny poryczałam się po koncercie, kiedy Kabelek oznajmiła mi, że Jared grał na Artemisie (jeśli można byc fangirlem gitary to ja jestem fangirlem Artemisa). Muzycznie niebo, inaczej tego określić nie można.

Nigdy tego nie zapomnę, bo choć nie byłam wewnątrz Atlas Areny ten koncert jest najlepszym na jakim mogłam być (bo jakby nie patrzeć to byłam i to za darmo!).

It sounds like „Dzięki Jared” – Jared (Łódź 11/07/2011)

Łódź nocą jest przerażająco opustoszała. Przekonałam się o tym spacerując z pierodżisami przez Piotrkowską do Manufaktury o 3 w nocy. Ciarki po plecach przechodziły mi przy każdej ciemnej bramie, przy każdym nieoświetlonym zaułku.

Drugi dzień w Łodzi rozpoczęłyśmy od spaceru po Piotrkowskiej do Cofee Heaven i poszukiwań pasmanterii, by po powrocie do hotelu przygotować się na Neon Night. Jak tylko moje spragnione barierek pierodżisy pojechały zająć miejsca w kolejce do wejścia, ja postanowiłam poprawić pewien błąd na mojej koszulce. Sama pod Atlas Arenę wybrałam się po 17 z Agatką, gdyż nie spieszyło nam się w tłum.

Pominę opis mojego wnerwa, kiedy przed wejściem na halę okazało się, że za moimi plecami stoi rozpieszczony bachor, na którego jestem uczulona.

Wnętrze Atlas Areny okazało się być całkiem przyjazne, głównej hali nie oddzielono od korytarzy tak jak na Torwarze, przez co nie było problemu w wyjściem po coś do picia podczas koncertu, gdyż wszystko było idealnie słychać.

Support – Our Mountain, nie urywało dupy, było dość przeciętne jak na mój gust. Zagrali podobno identycznie jak poprzedniego dnia z jedną różnicą, wokalista się przebrał. No cóż, nie dla nich ludzie przyszli.

Pierwsze dźwięki Escape usłyszeliśmy nieco po czasie, na szczęście opóźnienie to nie było jakieś duże, może około 15 minut. Zajmując sobie miejsce u szczytu schodów prowadzących na sektory miałam widok na wszystko, od sceny, przez płytę, po sektory. Lepszego miejsca chyba nie mogłam sobie znaleźć, wcale nie żałowałam zrezygnowania z płyty, bo widziałam wszystko co się działo.

Oczywiście, pojawiły się gumowe dmuchane zwierzaki (całe szczęście, że nie gumowe lale z sexshopu), piłki i triada na scenie. Chwilami miałam wrażenie, że ten koncert odbywa się według jakiegoś utartego schematu, lekko drętwo, gdyż Jared powtarzał niektóre swoje teksty z minionego dnia, a solówki Tomo zniknęły, jakby szlag jasny je trafił po poprzednim wieczorze. Z muzycznej strony coś się zepsuło, i choć do setlisty dodano A Beautiful Lie, a The Kill wykonano nie tylko akustycznie ale i full bandem, to czegoś brakowało, nie tylko Buddhy i The Story. Brakowało tego powera z minionego wieczoru, tej rodzinnej atmosfery, którą czułam stojąc na zewnątrz. Wyprzedany wieczór był zagrany pod publikę, być może miało to głębszy sens, bo zauważyłam gdzie niegdzie wokół sceny osoby z kamerami, ale nie zmienia to faktu, że koncert mogę zaliczyć jako gorszy od Coke.

Rozłożyło mnie na łopatki, kiedy wciągnięty na scenę został chłopak cały ubrany na oczowalący pomrańcz i przedstawił się jako Konrad. (coconut. lol.)

Jared Leto: What’s your name?
Boy: Conrad
Jared Leto: Coconut?
Boy: Conrad!
Jared Leto: I thought your name was coconut.

Wielki plus dla akcji z glowstickami podczas wykonywania L490 przez Shannona. Latające patyczki wyglądały cudownie

Kop w zad należy się na ten rzut gitarą podczas The Kill, ten bied przez płytę też do najmądrzejszych nie należał. Szanowny pan wielki wokalista jakimś cudem podczas L490 przeniósł się niezauważony na soundboard, gdzie wykonał set akustyczny, jednak w pewnym momencie wskoczył tłum znikając mi tym samym z oczu. Mogłam się jedynie domyślać, gdzie znajduje się Leto, po tym gdzie zmierza cały rój mrówek biegnących za nim. Ponownie ujrzałam go dopiero w momencie wyskoczenia z tłumu na barierki przy sektorach, z rozbawieniem zauważyłam, że podczas swojego biegu przez płytę stracił koszulkę.

Chyba nigdy nie zrozumiem, po co oni robią Hurricane screening na koncercie i to tuż przed ostatnią piosenką. Piski publiczności na widok gołek klaty J’a leżącego w łózku też nie należą do najbardziej na miejscu.

Kings & Queens zapadło mi w pamięć głównie przez to klękanie. Nie wiem, co odbiło Jaredowi do tego jego świeżo ostrzyżonego łba, ale rzędy z przodu na płycie z pewnością nie były zadowolone, chociaż trzeba przyznać, że wyglądało to z góry zajebiście, jak wszyscy jak okiem sięgnąć klękali. To tak jakbyśmy dziękowali za te dwa koncerty, całkiem ciekawe zwieńczenie dwóch dni. Jakby tego było mało, na K&Q też grał na Artemisie!

Łódź, jako miasto przemysłowe ma swój urok, choć dla mnie jest brzydkie i nieprzyjazne, to gdzieś tam czuje się taką swoistą magię płynącą z tego mrocznego klimatu. Właściwie jedynym ładnym miejscem jest Manufaktura, no i odcinek Piotrkowskiej. Jak to Jared w jednym z wywiadów stwierdził: „To wygląda jakby nic się tu nie zmieniło od 50 lat„.

Te trzy dni jakie spędziłam tam mogę zaliczyć do bardzo intensywnych. Przed wyjazdem, w środę, zaczęłam czuć taką ogarniającą mnie pustkę, jakbym rozstawała się z kimś bardzo i bliskim, z najbliższą rodziną, na czas nieokreślony mając nadzieję, że ten czas minie szybko. Tęsknię, tak bardzo jak nawet nie tęskniłam po Krakowie. Wtedy spełniłam swoje marzenia, to na co czekałam dobiegło końca, a teraz czuję wewnętrzną tęsknotę do czegoś co ma nastąpić, choć nie wiem co to jest. Kraków był wspaniałą przygodą i spełnieniem marzenia o ich koncercie, końcem mojej wewnętrznej przemiany. Łódź jest nowym początkiem, początkiem kolejnej przygody, która trwa i będzie trwać sama nie wiem jak długo, ale wiem, że w czasie tej przygody przeżyję coś niesamowitego i to już very very soon.

xoxo