71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Reklamy

5. I believe in Poland. Do you believe in me?

Notka z dnia 11 listopada 2011:

We will return. – Jared (Warsaw 12/14/2010)

Jak obiecał tak zrobili. Wrócili do kraju nad Wisłą, do Łodzi, na dwa koncerty. Na jeden z nich miałam bilet i nie darowałabym sobie gdybym tam nie pojechała, tak więc, w niedzielny wieczór razem ze Smokiem byłyśmy gotowe do wyjazdu po północy.

Podróż pociągiem minęła nadzwyczaj szybko i wcale się nie ciągnęła jak ta do Krakowa. Łódź przywitała nas chłodem listopadowego poranka i dworcem w stanie dość nieciekawym. Przy okazji pozdrawiam grupkę panienek w wieku poniżej 17 lat schodzącą przed nami ze schodów, która zaczęła się wydzierać jak zażynane świenie na widok plakatu Batonowego koncertu. Nawet ja i Smok się tak nie wydarłyśmy witając się z Julkiem, a przecież nie widziałyśmy się trochę czasu. W każdym razie, Juliana spotkałyśmy po małym nieporozumieniu. My poszłyśmy po nią pod Atlas Arene a ona po nas na dworzec. Dotarcie do naszego Hoteliku Relax zajęło nam trochę czasu, ale dałyśmy radę. Tam ugościła nas Jedi, gdzie razem ze Smokiem przekimałyśmy dobre dwie godziny odsypiając podróż.

Około godziny 15 może 16 we czwórkę pojechałyśmy znów pod Atlas Arenę, gdzie spotkałyśmy się z resztą wspaniałych znajomych. Tego wieczoru zadaniem naszej trójki (moim, Smoka i Jul) było pilnowanie kurtek tym udającym się pod barierki, gdyż same nie miałyśmy biletu. Jeszcze przed otwarciem wejść postanowiłyśmy wrócić do hoteliku, do naszego chłodnego pokoiku, żeby przesiedzieć tam trochę, bo niezbyt nam się uśmiechało przesiedzieć dwa supporty pod halą. Sprytnie pomyślanym było, żeby schować kurtki do Smoczej walizki i z nią udać się pod Atlas Arenę.

Nie wiem jakim cudem, ale zdążyłyśmy dosłownie dojść do wejścia numer 1, kiedy ze środka dobiegły nas pierwsze dźwięki Escape. Przysięgam, że nie wiem jakim cudem się tak stało, bo show zaczął się punktualnie co do minuty. Znalazłszy dogodne miejsce postanowiłyśmy przysłuchać się dźwiękom dochodzącym z zewnątrz. Julian miała szklanki w oczach słuchając bębnienia Shanna, a my ze Smokiem nie mogłyśmy wyjść z szoku w jakiej świetnej formie jest głos Jareda. Jeszcze większym zdziwieniem przypłaciłyśmy solówki Tomo, na które przecież nigdy sobie nie pozwalał. Swoją drogą, ja mogłam robić to o czym po cichu marzyłam, update’owałam na twitterze całą setlistę (wierzcie mi, mega uczucie móc to robić na bierząco).

I believe in Poland. Do you believe in me? – Jared (Łódź 11/07/2011)

Ten koncert pod względem muzycznym przebił nawet Coke, które było niesamowite. Zespół każdą piosenke wykonywał jakoś inaczej, z większą pasją niż zwykle, jakoś tak lepiej. Całego powera tego koncertu czuło się nawet na zewnątrz. Jared popisywał się wymową nazwy miasta, chwalił polską publikę i pierogi.

PIERRRRRRRDOL SIE – Jared (Łódź 11/07/2011)

Taaak, to słowo już nigdy nie będzie brzmiało tak samo.

Polish Echelon po ciężkich staraniach doprosił się wreszcie upragnionej Buddhy. Osobiście zbrzydła mi już ta piosenka, przez to ciągłe marudzenie o niej. Nie uważam jej za jakąś genialną, bo w repertuarze Marsów są lepsze utwory, ale fakt, że została jednak zagrana w Polsce bardzo mnie ucieszył.

Wszystko wokół przestało dla mnie istnieć w momencie, kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki The Story. Zagrali mi moją ukochaną piosenkę FULL BANDEM! Częściej przecież grają akustycznie. Możecie sobie wyobrazić mój wrzask z radości i te szklanki w oczach, wiedząc jak ważna dla mnie jest ta piosenka. Przeryczałam całą nie mogąc nawet posłać porządnego tweeta, tylko wsłuchiwałam się w utwór. Po raz kolejny poryczałam się po koncercie, kiedy Kabelek oznajmiła mi, że Jared grał na Artemisie (jeśli można byc fangirlem gitary to ja jestem fangirlem Artemisa). Muzycznie niebo, inaczej tego określić nie można.

Nigdy tego nie zapomnę, bo choć nie byłam wewnątrz Atlas Areny ten koncert jest najlepszym na jakim mogłam być (bo jakby nie patrzeć to byłam i to za darmo!).

It sounds like „Dzięki Jared” – Jared (Łódź 11/07/2011)

Łódź nocą jest przerażająco opustoszała. Przekonałam się o tym spacerując z pierodżisami przez Piotrkowską do Manufaktury o 3 w nocy. Ciarki po plecach przechodziły mi przy każdej ciemnej bramie, przy każdym nieoświetlonym zaułku.

Drugi dzień w Łodzi rozpoczęłyśmy od spaceru po Piotrkowskiej do Cofee Heaven i poszukiwań pasmanterii, by po powrocie do hotelu przygotować się na Neon Night. Jak tylko moje spragnione barierek pierodżisy pojechały zająć miejsca w kolejce do wejścia, ja postanowiłam poprawić pewien błąd na mojej koszulce. Sama pod Atlas Arenę wybrałam się po 17 z Agatką, gdyż nie spieszyło nam się w tłum.

Pominę opis mojego wnerwa, kiedy przed wejściem na halę okazało się, że za moimi plecami stoi rozpieszczony bachor, na którego jestem uczulona.

Wnętrze Atlas Areny okazało się być całkiem przyjazne, głównej hali nie oddzielono od korytarzy tak jak na Torwarze, przez co nie było problemu w wyjściem po coś do picia podczas koncertu, gdyż wszystko było idealnie słychać.

Support – Our Mountain, nie urywało dupy, było dość przeciętne jak na mój gust. Zagrali podobno identycznie jak poprzedniego dnia z jedną różnicą, wokalista się przebrał. No cóż, nie dla nich ludzie przyszli.

Pierwsze dźwięki Escape usłyszeliśmy nieco po czasie, na szczęście opóźnienie to nie było jakieś duże, może około 15 minut. Zajmując sobie miejsce u szczytu schodów prowadzących na sektory miałam widok na wszystko, od sceny, przez płytę, po sektory. Lepszego miejsca chyba nie mogłam sobie znaleźć, wcale nie żałowałam zrezygnowania z płyty, bo widziałam wszystko co się działo.

Oczywiście, pojawiły się gumowe dmuchane zwierzaki (całe szczęście, że nie gumowe lale z sexshopu), piłki i triada na scenie. Chwilami miałam wrażenie, że ten koncert odbywa się według jakiegoś utartego schematu, lekko drętwo, gdyż Jared powtarzał niektóre swoje teksty z minionego dnia, a solówki Tomo zniknęły, jakby szlag jasny je trafił po poprzednim wieczorze. Z muzycznej strony coś się zepsuło, i choć do setlisty dodano A Beautiful Lie, a The Kill wykonano nie tylko akustycznie ale i full bandem, to czegoś brakowało, nie tylko Buddhy i The Story. Brakowało tego powera z minionego wieczoru, tej rodzinnej atmosfery, którą czułam stojąc na zewnątrz. Wyprzedany wieczór był zagrany pod publikę, być może miało to głębszy sens, bo zauważyłam gdzie niegdzie wokół sceny osoby z kamerami, ale nie zmienia to faktu, że koncert mogę zaliczyć jako gorszy od Coke.

Rozłożyło mnie na łopatki, kiedy wciągnięty na scenę został chłopak cały ubrany na oczowalący pomrańcz i przedstawił się jako Konrad. (coconut. lol.)

Jared Leto: What’s your name?
Boy: Conrad
Jared Leto: Coconut?
Boy: Conrad!
Jared Leto: I thought your name was coconut.

Wielki plus dla akcji z glowstickami podczas wykonywania L490 przez Shannona. Latające patyczki wyglądały cudownie

Kop w zad należy się na ten rzut gitarą podczas The Kill, ten bied przez płytę też do najmądrzejszych nie należał. Szanowny pan wielki wokalista jakimś cudem podczas L490 przeniósł się niezauważony na soundboard, gdzie wykonał set akustyczny, jednak w pewnym momencie wskoczył tłum znikając mi tym samym z oczu. Mogłam się jedynie domyślać, gdzie znajduje się Leto, po tym gdzie zmierza cały rój mrówek biegnących za nim. Ponownie ujrzałam go dopiero w momencie wyskoczenia z tłumu na barierki przy sektorach, z rozbawieniem zauważyłam, że podczas swojego biegu przez płytę stracił koszulkę.

Chyba nigdy nie zrozumiem, po co oni robią Hurricane screening na koncercie i to tuż przed ostatnią piosenką. Piski publiczności na widok gołek klaty J’a leżącego w łózku też nie należą do najbardziej na miejscu.

Kings & Queens zapadło mi w pamięć głównie przez to klękanie. Nie wiem, co odbiło Jaredowi do tego jego świeżo ostrzyżonego łba, ale rzędy z przodu na płycie z pewnością nie były zadowolone, chociaż trzeba przyznać, że wyglądało to z góry zajebiście, jak wszyscy jak okiem sięgnąć klękali. To tak jakbyśmy dziękowali za te dwa koncerty, całkiem ciekawe zwieńczenie dwóch dni. Jakby tego było mało, na K&Q też grał na Artemisie!

Łódź, jako miasto przemysłowe ma swój urok, choć dla mnie jest brzydkie i nieprzyjazne, to gdzieś tam czuje się taką swoistą magię płynącą z tego mrocznego klimatu. Właściwie jedynym ładnym miejscem jest Manufaktura, no i odcinek Piotrkowskiej. Jak to Jared w jednym z wywiadów stwierdził: „To wygląda jakby nic się tu nie zmieniło od 50 lat„.

Te trzy dni jakie spędziłam tam mogę zaliczyć do bardzo intensywnych. Przed wyjazdem, w środę, zaczęłam czuć taką ogarniającą mnie pustkę, jakbym rozstawała się z kimś bardzo i bliskim, z najbliższą rodziną, na czas nieokreślony mając nadzieję, że ten czas minie szybko. Tęsknię, tak bardzo jak nawet nie tęskniłam po Krakowie. Wtedy spełniłam swoje marzenia, to na co czekałam dobiegło końca, a teraz czuję wewnętrzną tęsknotę do czegoś co ma nastąpić, choć nie wiem co to jest. Kraków był wspaniałą przygodą i spełnieniem marzenia o ich koncercie, końcem mojej wewnętrznej przemiany. Łódź jest nowym początkiem, początkiem kolejnej przygody, która trwa i będzie trwać sama nie wiem jak długo, ale wiem, że w czasie tej przygody przeżyję coś niesamowitego i to już very very soon.

xoxo

1. It’s motherfuckin’ fantasy.

Tak, to już rok od Coke Live Music Festval, więc pomyślałam, że wybaczycie mi jeśli jeszcze raz przypomnę sobie jak to wyglądało.  Może nie mam wehikułu czasu, ale spróbujmy przenieść się o rok do tyłu. Muszę się wspomóc moim zeszłorocznym sprawozdaniem, które woła o pomstę do nieba. O ile wszystko na wordpressie działa dobrze, to jeśli czytacie ten post, to dokładnie w rocznicę pierwszego koncertu Marsów. Dokładnie o godzinie 21. Ja wiem, że przeżywam jak mrówka okres, ale mam co. A jak wam to przeszkadza to po prawej stronie przeglądarki jest taki ładny X, może czerwony, może inny, wiecie o co mi chodzi.

 

17-18.08.2010

Przed wyjazdem do Krakowa postanowiłam wpaść na dzień lub dwa do cioteczki, przy okazji zahaczając o fryzjera. To była wizyta w ekspresowym tempie. Przyjazd, wieczorem fryzjer i sru. nawet nie pamiętam niczego konkretnego z tego dnia, bo moje myśli były już o te kilka dni do przodu. Cóż, ale fryzurkę miałam całkiem całkiem. Muszę do niej kiedyś wrócić.

Popołudniu 18, przyjechał po mnie kuzyn, z którym pojechałam na noc do chrzestnej. Po drodze zaczepiliśmy o zalew, wiało jak diabli ale chciał mi pokazać co się zmieniło od ostatniej mojej wizyty tam. Poszłam spać około północy z poczuciem, że po 4 trzeba się zwlec z łózka, żeby zdążyć na pociąg.

19.08.2010

Godzina bodajże 4:15. Po pokoju roznoszą się pierwsze dźwięki Attack, który od ładnych paru lat służy mi za budzik jednocześnie niemiłosiernie irytując moją rodzinkę. Nadzwyczaj rozbudzona, jak na zaledwie 4 godziny snu, ubrałam się i popędziłam cichaczem do pokoju kuzyna sprawdzić czy już wstał. Nie jestem do końca pewna, ale o ile dobrze pamiętam nie było go w pokoju, a w kuchni, na dole, gdzie przygotowywał mi śniadanie. Jejku, jaki on kochany. Cała podjarana wyjazdem byłam w stanie zjeść niewiele, ale on przygotował mi prowiant na podróż, który w efekcie jadłam przez cały pobyt w Krakowie. Przed 5 wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do Rawicza, na stację z której o 5:35 odjeżdżał pociąg do Wrocławia.

Stojąc na stacji widziałam przemykający pociąg z Poznania, którym jechała Smoczek. Czułam niewypowiedzianą radość, że już niedługo zobaczę ją i resztę. Moja droga do Wrocławia dłużyła się, ale nie aż tak mocno na szczęście.

Na dworcu we Wrocławiu, jak tylko wysiadłam zobaczyłam czekającego na mnie Smoczka, a razem z nią udałyśmy się na mini polowanie. Najpierw na bilet dla niej do Krk, a potem na naszą kochaną Kokę. Pierwszy raz miałyśmy się spotkać, jednak to nie umniejszało radości ze spotkania. Punkt 8 (o ile dobrze pamietam), nasz pociąg ruszył do Krakowa.

Widoki były przecudne! Chociaż droga się dłużyła, gdzieś od Katowic do samego Krakowa, ale ile radości było z oddychania tamtejszym (w sensie krakowskim) powietrzem! I wreszcie spotkanie z kochaną Jul! Warto również wspomnieć o tym stadzie harcerzy, których pełno się szlajało po dworcu.

Następnie, „spacer” do miejsca noclegu. Słyszmy ulicą Długą strasznie dłuuuuuuuuugo, chociaż ulica wcale aż taka długa nie była. Po drodze widziałyśmy bilboard reklamujący CLMF, masę ludzi, a najgorsze w tym wszystkim były te strasznie ciężkie torby, no ale cóż… Na Łokietka złapała nas ulewa, przez co musiałyśmy się schować do jakiejś bramy (teraz niemal każda brama mi o tym przypomina).

Przytulny pokoik, sympatyczna obsługa, torby zostawione, buty zmienione i co? Można ruszać na miasto!

Poszłyśmy obczaić spotkanie Echelonu, wtedy też wbiłyśmy na wspólne zdjęcie i nawet gdzieś widziałam takowe na którym widać mnie i Smoka, a nie jestem pewna co do Jul i Koki. Tam też spotkałyśmy Paolę, Katy i Agg, a także parę innych osób.

Pozwiedzałyśmy troszkę, porobiłyśmy trochę zdjęć, zacieszałyśmy z tweeta Shannona „Hello Poland!”, poszłyśmy coś wszamać do maca….a potem co? Szukałyśmy najbliższej biedronki przez prawie godzinę, chociaż byłyśmy na początku zaledwie jakieś 500m od takowej.

Pech chciał, że po powrocie do pokoju zaczęły mi doskwierać problemy żołądkowo-wucetowe. Efekt? Smok, Jul i Koka wybyły na miasto, spotkał Shanna, mają z nim zdjęcia, a ja co? Gówno miałam! Dosłownie! Kochany Smoczek jednak odstąpiła mi autograf. Właściwie to ja w tym czasie na gg sobie gadałam dowiadując się gdzie Marsy podobno śpią.

20.08.2010

Dzień rozpoczął się od upierdliwej pobudki przez Jul, która dzwoniła, aby wyciągnąć nas około godziny 8. Wstałam i zaczęłam malować paznokcie rozmawiając z Jul (będącą w tym czasie już dawno na mieście) przez głośnik. Smok i Koka nadal spały, albo raczej przysypiały, po chwili Smok zaczął się powoli ubierać, ale wystarczyły trzy magiczne słowa, aby każda z nas była w ciągu minuty gotowa do wyjścia: „widziałam ich autobus”.

Poczłapałyśmy więc na Rynek Główny z którego dotarłyśmy nad Wisłę, a potem na Wawel. Wierzcie mi lub nie ale w jakieś 20 minut dotarłyśmy z Wawelu na dworzec PKP, aby odebrać Jedi. Chociaż w międzyczasie w sklepie z pamiątkami kupiłyśmy koszulkę „I ❤ Polish girls”. Z Jedi podreptałyśmy do pensjonatu Leo.

Podpisałyśmy koszulkę! Która w planie miała trafić do Marsów… i mogłyśmy udać się na miejsce festiwalu.

Na miejscu festiwalu, już po wejściu na teren, widziałyśmy Shanna zawieszającego i człapiącego za tym prowizorycznym odgrodzeniem. Wyglądał jak małe dziecko szykujące psikusa! Żadna jednak nie podeszła żeby podać mu koszulkę, ale to nawet dobrze biorąc pod uwagę to co potem się stało. Z Jedi i Smoczkiem zjadłyśmy kanapki na ciepło, które były wprost pyszne!

Rozsiadłyśmy się na trawę z Agg i jej znajomymi nagle słysząc pisk/wrzask (niepotrzebne skreślić). Na scenę wyszedł zespół Sofa, wokalista miał coś w rodzaju irokeza na głowie, w dodatku był blondynem i z daleka można było go pomylić z J, ale żeby ci pod sceną tez go pomylili? Buahaha.

Po Sofie, uzupełnieniu płynów i opróżnieniu pęcherza, mogłyśmy udać się w tłum.

Znajdowałyśmy się dość blisko sceny, może nie jakoś wybitnie ale dość blisko, na tyle żeby mieć świetny widok na to co się na niej działo. N.E.R.D. pojawiło się na scenie, dali dość fajny popis nigdy nie myślałam, że będę się tak dobrze bawić na koncercie hip hopowym. Pomijam pomyłkę Pharella, który zamiast „Hello Cracow” pierdalnął „Hello Warsaw”. Fail koleś. Reasumując: z jakiegoś 30 rzędu dotarłyśmy do trzeciego prawie pod samą sceną. I FAILEM TEZ BYLO SKROPIENIE NAS SWOIM POTEM Z KOSZULKI TY DRUGI IDIOTO ZE SCENY KTOREGO NIE ZNAM!

Zaczęły się ostatnie minuty do wkroczenia Marsów na scenę, a tłum coraz bardziej napierał na ludzi z przodu. Kiedy zaczęło się kiwanie tłumu na prawo i lewo, ja czekałam aż się wszyscy przewrócimy, na szczęście ustało, więc można było spróbować wyjść. Ciągnąc za sobą Kokę i Jedi, wypchnęłam się z tłumu, chociaż miałam ochotę porządnie przywalić kilku laskom, które z tekstem „pchajcie się do przodu! pod scene!” usiłowały pchać się w przeciwną stronę do nas.

Uwolnione z tłumu, ze świeżym powietrzem na spoconej twarzy, poszłyśmy uzupełnić płyny. Jak już wróciłyśmy i stanęłyśmy sobie dosłownie pod koniec tłumu zgromadzonego pod main stage, parę minut po 21 euforia ludzi i wszelkiej maści animali osiągnęła szczyt. Jeden wielki wrzask, krzyk i radość zapanowały nad miejscem festiwalu Coke Live.

1. Escape

Nigdy nie zapomnę tej radości na dźwięk pierwszych wersów piosenki. To było coś niesamowitego! Coś na co czekałam od czasów gimnazjum właśnie miało miejsce. Do dzisiaj słuchając studyjnej wersji na końcu zawsze słyszę „POOOOOŁLEEEEND!”.

2. Night of the hunter

Od tego show, jest to jedna z bardziej lubianych przeze mnie ich piosenek. Ta energia, jaką czuć podczas niej na koncercie, jest nie do opisania! Poza tym, dla mnie i Coke Team’u ta piosenka jest wyjątkowa z innego powodu. Jako, że podczas koncertu pana Pharella i spółki rozdzieliłyśmy się z Jul i Smokiem, one postarały się o to, aby nasza koszulka trafiła na scenę. Tak, to czym macha Jared na początku piosenki to właśnie nasza koszulka! ale o tym dowiedziałam się dopiero po koncercie

3. Attack

Serce zabiło mi mocniej na pierwsze dźwięki mojego budzika. Totalne szaleństwo, darłyśmy się z tyłu, wrzeszczałyśmy, a Jedi przekrzykiwała Jareda. Coś niesamowitego.

4. Vox Populi

Piosenka, która od samego początku dodawała mi siły i chęci do walki o marzenia. Nadal tak jest. Móc ją usłyszeć i nie pomylić z We will rock you było czymś wspaniałym.

5. Search and destroy

Nigdy za nią nie przepadałam, w sumie nadal nie przepadam, jednak słowa J podczas wykonywania tej piosenki były strasznie uszczęśliwiające.

„Sometimes, sometimes I stop just because there’s not enough people jumping, but this time I stop because my fuckin’ god, every single person is off the ground”

„I hope you don’t mind but from this day for I gonna consider myself a polish man”

„Poland, we love you, we love you, we love you so much!”

6. A beautiful lie.

Druga, chyba piosenka w której J gra na 2 w kolejności najpiękniejszej gitarze świata przynajmniej jak dla mnie, na Pythagorasie. Piosenka sama w sobie świetna, ale jakichś specjalnych uczuć do niej nie żywię.

7. This is war

Kto mnie zna, ten wie, że nigdy jakoś specjalnie nie lubiłam tej piosenki. Nie brzmi mi ona na koncertach, ani akustycznie, jedynie studyjnie, ale świetnie było móc ją dosłownie wywrzeszczeć podczas tego koncertu.

8. 100 suns

Uroczo spieprzone przez szacownego pana wokalistę. Moja mina była wprost genialna kiedy po raz któryś powtózył jeden wers i pominął inny. Mimo wszystko to takie urocze mi się wydaje teraz.

9. L490

Chwała ci o wielki Shannonie, że nie wyciągnąłeś te swojej michy do mieszania zupy, bo byś przyprawił jakieś 40 tys ludzi o ból głowy. Jednak to co zagrałeś, miało w sobie jakąś magię, dawało chwilę odpoczynku od wiecznego darcia się.

10. From yesterday

Szczerze mam ochotę komuś przyłożyć za to. Wielbię tę piosenkę ponad miarę, jednak dlaczego była zagrana akustycznie?! Jak można było nie zagrać jej full bandem? Przecież to zbrodnia! tak, to bodajże jedyny minus koncertu Wielkie brawa jednak należą się tutaj wszystkim, którzy śpiewali, bo wyszło to wprost genialnie szczególnie przy tej piosence.

11. The Story

Piosenka najbliższa mi odkąd pamiętam. Od zawsze marzyłam, aby usłyszeć ją na żywo, marzyłam aby usłyszeć ją kiedyś na koncercie w Polsce, a od ogłoszenia daty na Coke, marzyłam aby usłyszeć ją tam. Moje marzenie się spełniło. Pamiętam jak przy pierwszych dźwiękach nie dowierzałam, a jak wreszcie uwierzyłam czułam jak mi się nogi uginają ze szczęścia. Zaczełam śpiewać tak głośno jak tylko potrafiłam. Nie potrafię opisać tego co czułam wtedy. Obawiam się, że nigdy nie będę umiała, taka byłam szczęśliwa w tym momencie.

12. Alibi

Ta piosenka to właściwie idealny wyciskacz łez. Perfekcja w każdym dźwięku, słowie. Wyjątkowości dodaje jej wykonanie „kołkowe”, gdzie masa ludzi śpiewa, wyprówając sobie niemal struny głosowe, już i tak nadwyrężone podczas całego gigu. Jakby tego było mało na zakończenie oznajmiono nam o powrocie Marsów do Polski w grudniu! Zaledwie 4 miesiące po Coke!

13. The Kill

Perfekcyjne połączenie dwóch świetnie brzmiących wersji, akustycznej i full bandu. Total madness. Czego chcieć więcej?

W tym momencie wyszłam z tłumu, bo zmartwił mnie telefon od Jul. Nie mogłam już się bawić martwiąc się o nią, dlatego ostatnie dwie piosenki stałam z tyłu obserwując. Jednak jakby tego było mało J, kolejny raz w ciągu koncertu dał upust swojej radości.

“I never knew, I never, never, never knew, I never knew  that Poland was a place that I’m gonna come back for the rest of my entire life. We’re the luckiest band in the world, we get to play in front all of you, the moon is out, the sky is beautiful and you guys are the best in the fuckin’ world! Thank you so much!”

14. Closer to the edge

Zanim piosenka się rozpoczęła J zaczął zagrzewać ludzi do „NO! NO!”, a potem oświadczył, że będą nagrani. Zastanawia mnie tylko, po co? Pewnie dowiemy się SOON geeezzz, jak ja nienawidzę tego słowa. Nie obyło się również bez straszenia bejsbolem, jednak wszyscy szaleli, więc nie musiał zostać użyty. Sama piosenka ma niesamowitą siłę i to dzięki niej byłam tak nagrzana na ten koncert. W stwierdzeniu, że to nie piosenka tylko modlitwa, jest coś. To jest modlitwa, nasza modlitwa o marzenia.

15. Kings and queens

Piękne, choć z początku mi się nie podobało. Nie za wiele pamiętam z tej piosenki, bo podczas niej zrozumiałam, że to na co tyle czekałam, o czym marzyłam właśnie się kończy. Czułam łzy w oczach, bo tej jednej nocy spełniły się moje marzenia, o których jeszcze pół roku prędzej nie myślałam, że się spełnią.

Skończyło się. Na scenie wciąż pozostali ci „wybrani”, a ludzie zaczynali się powoli rozchodzić. Czekałam na Kokę i Jedi, by chwilę potem jechać po Jul i Smoka.

A co potem? Potem czekała nas jazda taksówką w 6 osób! Łącznie z panem kierowcą. Smok zdecydowaną większością głosów została zmuszona położyć się na kolanach z zadkiem wypiętym w moją stronę. Nie powiem żeby mi się to podobało, ale w efekcie nasze kolana okazały się bardzo głośne i rozmowne (szczególnie w chwilach podszczypywania).

Zlądowałyśmy do pensjonatu koło 1. Wykończone psychicznie i fizycznie padłyśmy na łóżka, jednak zaledwie półgodziny później szłyśmy ulicą Długą w stronę Rynku Głównego. Zaszłyśmy niemal na Wawel, ale w porę się zawróciłyśmy i przysiadłyśmy sobie na ławce. Jakiś nawalony facet w czerwonej koszulce chciał sobie zrobić z nami zdjęcie. Oczywiście zgody na takowe nie uzyskał, ale to nie przeszkodziło mu aby wbić między nas. Momentalnie wstałyśmy a Smok jako chyba najbardziej wyszczekana zaczęła się z nim kłócić, na odchodne rzucając mu pięknym tekstem „Jak ja jestem Emo to ty z ery pingwinów jesteś”.

Gdzieś pomiędzy „Roman, gdzie jesteś” a udawaniem scenicznego tańca Jareda, stanęłyśmy przy fortepianie, który miał związek chyba z rokiem Chopinowskim. Smok puściła cover Bad Romance, a reszta się wygłupiała. Co za to robiła Alex? Sprawdzała swoje dziwne uczucie, że ktoś nas obserwuje. Nie myliłam się.

W jednym z ogródków piwnych siedział ktoś w niebieskiej bluzie, z kapturem założonym na łeb i dwiema blondynkami, perfidnie nas obserwując. Bynajmniej nie miałam w tym momencie w głowie dziada czy kogokolwiek.

Alex: Ten facet się na nas gapi.

Jedi: To nie on.

No nie chodziło mi o niego, ale cóż. Idąc dalej przechodziłyśmy obok szacownego pana, stwierdzając, że jedna z blondynek bardzo przypomina Emmę. Kochana Jedi wraz z Koką zatrzymały się dosłownie jakieś 2m od niego i zaczęły perfidnie przyglądać. „To nie Jared, on się gimnastykuja na jakiejś 15 latce w hotelu” pozostanie w mojej głowie jako najbardziej zapamiętany tekst Jedi. Zaraz po nim spojrzałam znowu w stronę tajemniczego kaptura. W głowie miałam kompletną pustkę a jedyne co mi przeleciało przez głowę to takie „to on”, jednak mój szok nie pozwolił mi się odezwać choć próbowałam powiedzieć o wystających spod kaptura blond włosach i niebieskich oczach.

Niestety jednak wróciłyśmy do pensjonatu, po drodze wstępując do maca na herbatę. Spać poszłyśmy coś między 4 a 5, żeby potem wstać około 8 i przygotować się do powrotu do domu.

Nasza wspólna przygoda zaczęła dobiegać końca. A szkoda.

Ja wiem, że część z was powie, że Jared mówi ciągle te same teksty na każdym koncercie, ale mówcie sobie. Dla mnie to co mówił na Coke było szczere, bo widać na jego twarzy jak jest zachwycony. Poza tym czułam tą szczerość podczas koncertu, czuło się radość Marsów, bo oni wlewali ją w muzykę, przekazywali ją nam. Shann dawał z siebie 200% grając na swojej kochance, Tomo skacząc niemal bez przerwy, a J śpiewając. Ten wieczór był spełnieniem marzeń tysięcy Echelonów, ten wieczór zmienił życie wielu z nich.

Dziękuję mojemu kochanemu Coke Team’owi, bo bez nich to nie byłoby to samo. Z wami przeżyłam najwspanialszą przygodę życia, z wami spełniły się moje marzenia, z wami zmieniło się moje życie. Dziękuję. ❤

Nigdy nie zapomnę miny mojej mamy, kuzyna i siostry, którzy przyjechali po mnie na stację. „Ona coś brała? Zachowuje się jakby była na haju”. Byłam na haju. Na muzycznym haju, którzy trzymał mnie jeszcze przez długi czas, który wywołał łzy szczęścia na mojej twarzy, kiedy oglądałam jak Jared łapie naszą koszulkę, kiedy oglądam The Story, albo kiedy oglądam zdjęcia. Wierzę, że to co się zmieniło w moim życiu wtedy to zaledwie początek dużo większych zmian, bo czuję całym moim sercem, że tak naprawdę ta przygoda się jeszcze nie skończyła.