71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Second one with my bestie. #concert #Echelon #MARSarmy #marsinpoland #Poland #Rybnik #polishgirls #friends

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Me & red devil from @creepsbycubbins gang in Kraków. #cracow #creeps #redhead #reddevil #polishgirl

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Reklamy

63. The future belongs to those who believe in the beauty of their dreams.

Chyba pora na małe podsumowanie roku, wykorzystując chwilę czasu zrobię to z małą pomocą instagrama. Koniec roku 2013 już za tydzień, więc najwyższa pora zastanowić się nad tym, co przyniósł ze sobą.

Uhm, yes. We're watching movies on the toilet.

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Pierwszy post ze stycznia. Fragment sylwestrowej nocy, którą spędziłyśmy ze Smokiem na oglądaniu filmów, podczas gdy nasze towarzystwo drzemało w pokoju. Chcąc dać im trochę spokoju i nie obudzić, postanowiłyśmy zając wygodne miejsce w toalecie i tam coś obejrzeć. Tą ostatnią a zarazem pierwszą noc roku – sylwester, spędziłam z grupą najbliższych przyjaciół dzięki którym rok rozpoczął się genialnie, za co jestem im bardzo wdzięczna.

Love me, kill me, change me... if you love me chase me. #selfportrait #lips #bored #photography #instagram

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

W lutym, w miesiącu moich urodzin, otrzymałam kolejną nauczkę. Cios, który miałam na długo zapamiętać udowodnił mi tylko, że większość ludzi może mówić, obiecywać, ale nie pojawią się wtedy, kiedy będziesz na nich czekać i ich potrzebować. Zawód w moje urodziny bolał, jednak potwierdził zasadę „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

 

Yeah I know I suck in Spanish. #jaredleto #spanish #exam #school

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Marzec.  Pierwsze poważne egzaminy na studiach i ten najbardziej stresujący – z hiszpańskiego. Nauka do tego właśnie przedmiotu upłynęła pod hasłem zdegustowania ocenami,ale na szczęście zdałam bez problemu! No dobra, z małym problemem.

Best reaction ever @littlemaryhadalamb ❤ #excitement #happy #twitter #feels

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Również w marcu rozpoczęło się zasypywanie mnie pozytywną energią. Pierwsze replies od zespołu, któremu tyle zawdzięczam, a potem w kwietniu kolejna fala. Nigdy nie zapomnę reakcji Maryś, kiedy to konto zespołu zrobiło mi drugie RT w ciągu 3 dni. Priceless. Ta reakcja byłą pierwszym, co wtedy zobaczyłam w swoich interakcjach.

First thing you see after leaving main train station in warsaw. #pkin #warsaw #poland #finallywithoutsnow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

maju chyba najmniej się działo. Prócz spotkania przy okazji VyRTa, wygrania konkursu Universal (Shit) Music Polska, wartym wspomnienia jest powrót do Warszawy i rozpoczęcie kolejnej przygody w tym mieście.

Mars is red Smurfs are blue? #30secondstomars #UpInTheAir #echelon

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Impact Festival w czerwcu niósł ze sobą morze nadziei. Niestety, pozostawił po sobie jedynie przyjemne wspomnienia samego koncertu i totalne PCD, którego przez długi czas się nie mogłam pozbyć. Przynajmniej pozwiedzałam wreszcie trochę więcej stolicy.

Melting... even at night. But looks like next few days will be better.

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Lipiec w tym roku stanowił synonim słowa piekarnik. Zdecydowanie.

The blood is the life. #quote #dracula #starbucks #icedtea

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wakacje! Wakacje u rodziny i przyjazd Maryś w sierpniu wspominam  cudownie! Po trzech latach znajomości, mogłam ją wreszcie uściskać w realu, a nie wirtualnie. Poza tym, zawdzięczam jej okazję do innego spojrzenia na moje własne miasto. Coś we mnie pękło, a może po prostu klapki jakiegoś zaślepienia spadły mi z oczu?

On our way home. #train #station #trip

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Nowa praca i wyjazdy. Tym był wrzesień – początkiem pracy i nowych znajomości oraz wyjazdem na wesele, a tydzień później na 18stkę. Upewniłam się też, że mimo tego, jak bardzo jestem związana z moją rodziną (mówię o całości, nie tylko tej najbliższej), to nie czuję się tak, jak powinnam. Będąc wśród nich jestem w pełni świadoma, jak bardzo nie pasuję do tego „miejsca”. Moje tzw. „miejsce na świecie” jest gdzieś indziej i może kiedyś je odnajdę na dłużej niż przelotną chwilę jak do tej pory. W tym samym miesiącu pojawiła się przede mną szansa wyjazdu do Londynu, co teraz daje mi do myślenia, bo właśnie w Londynie czułam się w jakiś sposób na swoim miejscu.

Won bracelet with this quote. #quote #dreams #missiu

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Jeśli w maju działo się mało, to październik był istnym pogrzebem. Jednak nie, wróć. Październik minął mi pod hasłem dochodzenia do mnie informacji o moim wyjeździe do Londynu, więc nie. Nie był ani trochę pogrzebowy.

O2. Place where some of my dreams came true. #london #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

O2 Arena w Londynie jest dla mnie od listopada symbolem spełnionych marzeń. Tyle się tam działo, tyle myśli przelatywało przez głowę, a ja nie potrafię tego opisać inaczej niż jednym słowem, bo przez te kilka dni w Londynie byłam naprawdę SZCZĘŚLIWA.

Koniec roku przyniósł obiecującą nadzieję na kolejny. Oby tylko to grudniowe ogłoszenie spełniło przynajmniej połowę pokładanych w nim planów.

“Use your imagination not to scare yourself to death but to inspire you to live.”

62. Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

Szaleństwo zaczęło się w przedostatni dzień pracy, przed wylotem, kiedy to oczekując na moją zmianę posłałam w przestrzeń tweeta, w którym pytałam Tomo, czy cieszy się na ich show w Londynie. Serce mi zamarło, kiedy zobaczyłam fragment powiadomienia w telefonie pisanego capslockiem.

Nie potrafiłam się ogarnąć i nie dochodziło do mnie, że już za kilkadziesiąt godzin znajdę się w samolocie, żeby udać się w pierwszą zagraniczną podróż. To było trochę jak sen, bo z jednej strony wiedziałam, że to się dzieje, ale z drugiej coś tłumiło to uczucie. Wieczór przed wylotem czułam wykręcające mi się na wszystkie strony wnętrzności, ten parszywy ucisk w żołądku. Nie mogłam spać, budząc się średnio co godzinę z natłokiem myśli. Na całe szczęście wczesny poranek uwolnił mnie od nerwów, by pozostawić miejsce jedynie niepokojowi.

Pozdrawiam pana taksówkarza, który sam zaczął nas zagadywać, a jak już postanowiłyśmy ładnie podyskutować zamilknął, jak zatkana kanalizacja. Na szczęście wszystko na lotnisku poszło sprawnie i wraz ze Smokiem mogłyśmy wylecieć na spotkanie nowej przygody.

Bałam się samego lotu. Kurewsko się bałam tej świadomości, że pode mną nie ma nic prócz paru pierwiastków chemicznych, które wcale nie powstrzymują działania siły grawitacji. Niesamowitym zaskoczeniem stało się dla mnie odprężenie, jakie czułam podczas podróży. Przecudne widoki wschodzącego słońca, czy miasta w dole mieniącego się tysiącem świateł zapamiętam na długo. Gdybym miała wybrać ulubioną część lotu, zdecydowanie wskazałabym lądowanie.

DSC_0896Pierwszy dzień pobytu minął nam na zwiedzaniu Natural History Museum i Museum of Science. Trochę pogadałyśmy z kościstymi kolegami, pobawiłyśmy się zabawkami i mogłyśmy udać się na jedzonko. Nie pamiętam nazwy potrawy, ale wiem, że jadłam ryż z sosem z białego wina, grzybami, cebulą i jeszcze czymś. Pychota!

Kolejnym dniem był ten, na który czekałyśmy. Jeśli jest coś cięższego niż wstanie po tygodniu pełnym niewysypiania się, ze świadomością, że dzień, który ma się zacząć będzie długi, to chętnie poznam, co to jest. Razem ze Smokiem nie mogłyśmy zwlec się z łóżka, a co dopiero wyjść i dojechać do Millennium Dome. Świadomość zobaczenia chłopaków jednak pomogła i po godzinie 11, po zjedzonym śniadaniu, siedziałyśmy w pociągu jadącym na Waterloo, gdzie czekała nas przesiadka na metro. Dotarcie do O2 nie przysporzyło nam problemów, tak samo jak odnalezienie grupki Echelonu, wśród której była osoba z biletem dla Smoka. Podczas kiedy ona robiła wymianę, ja podeszłam do Mimi, poznanej przez twittera spory czas temu. Wreszcie mogłam ją uściskać! Wspaniałe uczucie!

Poszukiwanie wejście na O2 Arena może nie należało do wielce skomplikowanych, ale trochę nas zakręciło. Widziałyśmy rozkładające się stoisko z merchem, oblegane zaraz po koncercie, a parę minut później stałyśmy już pod samą areną, badając wzrokiem kolejkę mających general tickets. Dojrzałyśmy grupkę z Polski, jednak nasze głowy zajmował soundcheck. Do 13 zostało niewiele czasu i musiałyśmy zająć miejsce w kolejce do odebrania opasek umożliwiających wstęp. Nie obyło się bez lekkiego zamieszania i nerwów.

Samo oczekiwanie na soundcheck było długie i diabelnie zimne. Przed nami stała Marylin, ta sama, która na koncercie dostała się na scenę, a za nami Mimi i cała masa ludzi spragnionych wejścia na soundcheck. Czekanie umiliła wszystkim pizza rozdana przez team AIW. Niby najprostsza pizza z serem, a przyniosła tyle radości! Przynajmniej mieliśmy, można powiedzieć, zapewniony obiad. W każdym razie, po 2 lub 3 godzinach marznięcia nadszedł ten wyczekiwany moment.

Soundcheck spędziłyśmy przy wybiegu dla J’a. Może nie zaszczycili nas żadnym bardziej pożądanym utworem, ale nawet to kilkukrotne Vox Populi czy Bright Lights było czymś, co wspaniale było usłyszeć. Sam fakt, że mieliśmy daną szansę, żeby choć w tycim stopniu zobaczyć, jak się przygotowują do koncertów, jest dla mnie bardzo wyjątkowym wspomnieniem.

DSC_0970Stali tak bliziutko! Na zawsze zapamiętam „blah blah blu bli”, które ze Smokiem przedrzeźniałyśmy, albo moment wkroczenia na scene Artemisa. Słodka matulu! Słyszałam moje maleństwo na czysto, bez żadnego podkładku, perkusji, drugiej gitary czy basu. ARTEMIS SOLO. Jedno z marzeń spełnione. Gdybym jeszcze tak mogła go zmacać! Musi mi jednak wystarczyć to, jak bezczelnie wgapiałam się w krocze Jareda, gdyż było zakrywane przez Artemisa właśnie. Nie zwracałam uwagi na jego twarz, na ruchy, tylko na palce sunące po gryfie i te szarpiące struny.

Potem wszystko poszło bardzo sprawnie. Rozdzielone ze Smokiem, udałyśmy się z Agnieszką na meet & greet z zespołem. Był to dla mnie wczesny prezent urodzinowy i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie to wspominam. Zupełnie zmieniłam zdanie odnośnie tzw. „goldenów”. To jest świetny pomysł, tym bardziej jeśli ktoś nie ma szczęścia, żeby ich spotkać na ulicy. Sama możliwość stanięcia obok nich, powiedzenia chociażby głupiego „Hello” wiele znaczy i  jest warta tego, żeby za to zapłacić. Tym bardziej, jeśli zespół jest czymś więcej dla danej osoby niż tylko grupką celebrytów, których się słucha. Sama, żeby zrozumieć musiałam przeżyć to na własnej skórze. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy omal się nie rozkleiłam, albo signingu czy samego momentu zdjęcia. Może nie rejestrowałam wszystkiego, tak jak powinnam, ale to, co zapamiętałam jest dla mnie wyjątkowo cenne.

IMG_0097Co do samego koncertu… Supportem był zespół You Me At Six, wcale nie tak powalający, jak mogłoby wskazywać na to podniecenie gawiedzi. Z ich setu w ucho wpadły mi może dwa utwory Lived A Lie oraz Underdog, o ile dobrze pamiętam tytuły. W każdym razie nie mogłam się doczekać głównego punktu wieczoru. Chwilami nawet marzyłam, żeby już było po, bo dzień był strasznie długi i obfity w emocje, ale na szczęście czas do pierwszych dzwięków Birth minął bardzo szybko. Ludzi przybywało z każdą chwilą, a w momencie rozpoczęcia cała płyta, aż do samego baru na jej końcu była zajęta przez ludzi ze średnią wieku o wiele wyższą niż można zobaczyć na koncertach w Polsce.

DSC_0100

Nie myślałam, że tak za nimi się stęskniłam dopóki nie zobaczyłam kochanej trójcy na scenie. To niesamowite, jak bardzo uzależniłam się od ich koncertów, a ten był tak samo wyjątkowy, jak mój ukochany Kraków. O ile nie bardziej nawet! Piękny widok podczas City Of Angels rozpostarł się przede mną, kiedy powędrowałam wzrokiem w stronę trybun. Confetti i światła tylko uzupełniały ten koncert pełen niesamowitej atmosfery, tak innej niż koncerty, na których już byłam. Czułam się szczęśliwa, spełniona i czułam się na swoim miejscu. Tak bardzo tęskniłam za tym uczuciem. Byłam po prostu szczęśliwa. To był pierwszy koncert naprawdę wolny od zmartwień i od świadomości, że samolubnie postanowiłam spełniać własne marzenia, a nie tkwić w domu. Coś się w moim życiu odblokowało i od soboty nie mogę przestać się uśmiechać.

DSC_0103O2 na zawsze pozostanie w moim serduchu w wyjątkowym miejscu, tak samo jak Kraków. Stay wykonane tuż przed finałowym Up In The Air skradło moje serce. Było w tym coverze coś, co rozbroiło mnie jakimś emocjonalnym ładunkiem. Stałam niemal osłupiała od uczuć przelatujących mi przez głowę w tamtym momencie. Coś niesamowitego.

DSC_0104

Niedzielę spędziłyśmy na dochodzeniu do siebie po sobocie. Zjadłam najpyszniejsze penne pod słońcem i wyśmiałam się za wszystkie czasy. Chyba dopiero w poniedziałek, podczas zwiedzania doszło do mnie naprawdę, gdzie jestem. Zobaczyłam London Eye, Big Bena i uderzyło mnie to, jak realny jest fakt, że jestem w Londynie. Po raz pierwszy poza Polską. Holy moly.

DSC_0127 DSC_0129 DSC_0143 DSC_0145 DSC_0165 DSC_0167 DSC_0172 DSC_0177 DSC_0181 DSC_0182 DSC_0184 DSC_0190 DSC_0198 DSC_0202 DSC_0210 DSC_0211 DSC_0216 DSC_0217 DSC_0977 DSC_0983 DSC_0993 DSC_1001 DSC_1002 DSC_1004 DSC_1006 DSC_1008 DSC_1010 DSC_1014 DSC_1017 DSC_1026 DSC_1029 DSC_1033Niesamowitym uczuciem było znaleźć się na Trafalgar Square, gdzie rozgrywa się akcja książki, którą niedawno się czytało. Możliwość wyobrażenia sobie poszczególnych scen dała tyle radości, ile małemu dziecku daje lizak! Szkoda, że tyle czasu zeszło nam na szukanie Starbucksa, bo może zobaczyłybyśmy więcej, ale tak, przynajmniej mamy też wyjątkowe wspomnienie dotyczące tejże kawiarni.

Może nie zobaczyłyśmy wszystkiego, ale to, co nas najbardziej interesowało owszem. Zawsze mamy po co wrócić, skoro nie zobaczyłyśmy wszystkiego.

IMG_0140Stokrotnie dziękuję Agnieszcze, za tą możliwość, za ten wyjazd. Prawdopodobnie będę dziękować przez najbliższe pół roku jeszcze, ale nie potrafię wyrazić słowami, jak wdzięczna jestem za to, co dla mnie zrobiłaś! Postaram ci się jakoś odwdzięczyć.

Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

london-2

58. Illusion.

Nigdy nie myślałam, że zobaczę własną historię w telewizji. A jednak. Chociaż w sumie, nie do końca moja, ale w każdym odcinki Catfish widzę część własnej historii. Poznałam faceta (tutaj celowo mam na myśli to słowo, a nie „mężczyznę”) przez czat telewizyjny w kwietniu, po miesiącu wyznawałam mu miłość ach te nastolatki, a on mnie wyśmiał, co nie przeszkodziło mu, żeby w grudniu tego samego roku nazwać mnie swoją dziewczyną. I co? Przeżyłam całkiem szczęśliwe 6 lat swojego życia, w międzyczasie zaliczając dwa razy piekło na ziemi, co najmniej dwa razy ratując mu życie i niezliczoną ilość razy zmieniałam się w studentkę fizjoterapii robiąc prezentacje, czy przepisując jakieś prace. Skończyło się trzecim piekłem na ziemi, najgorszym, z którego wyszłam tylko dzięki muzyce pewnego zespołu. Śmiać mi się chce, bo na ten sam zespół, o ironio, kupił mi bilet w 2010 roku.

Fame is an illusion

Wpadłam. Totalnie wpadłam w kilka seriali. Jak powszechnie wiadomo, jesień to początek sezonu na seriale. Może nie jestem serialowym geekiem, jednak mam swoje ulubione, a ostatnio nawet ich przybyło. Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w Betrayal opowiadającym o parze kochanków, którzy nie mogą zapanować nad pożądaniem i miotają się pomiędzy swoim rodzinnym życiem, a tym czego sami pragną. Impulsem do obejrzenia był Stewart Townsend uwielbiany przeze mnie od roli Lestata w Queen of the Damned. Co więcej, jak nigdy potrafiłam wczuć się w postaci.

Drugi serial również rozpoczęty tej jesieni to Sleepy Hollow, czyli historia jeźdźca bez głowy w nieco innej, bardziej współczesnej i pokręconej wersji. Serce już od pierwszego odcinka skrada Ichabod Crane, w tej roli Tom Mison, który w sposób po prostu czarujący posługuje się językiem angielskim.

Ostatnia moja perełka to posiadający już trzy sezony serial Suits. Czy muszę wspominać, że jednym z plusów jest miasto, gdzie rozgrywa się akcja? Nowy Jork, do tego dodać garnitury, plus szczyptę humoru, a jako truskawkę bo nie lubię wiśni Gabriela Machta, to w efekcie otrzymujemy bardzo smakowity tort bezowy, z dużą ilością pysznych brzowskwiń, ananasów i truskawek. W dodatku, ten tort nie tuczy!

Teraz czekam na Dracule pod koniec października i na rozwinięcie się nowego wątku w The Vampire Diaries, wreszcie uwolnionego od Klausa. Swoją drogą muszę przyznać, że z łakomstwa na kasę i zrodzonego z tego serialu The Originals wyszło coś dobrego. Drogi braci Salvatore i pierwotnej hybrydy powinni się rozdzielić już pod koniec trzeciego sezonu.

Success is the best revenge.

36 dni do mojego wylotu do Londynu. Czuję niesamowite podniecenie, a zarazem strach. Boję się lotu, boję się tego wielkiego molocha, jakim jest arena O2, ale jeszcze bardziej boje się zawodu. Mimo wszystko, myślę pozytywnie i ten wyjazd w tej chwili trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Wstaję na 4 rano do pracy z głową przepełnioną wyjazdem. W poniedziałek tak mnie pochłonęły myśli, że nie pamiętam drogi z przystanku do pracy, bo zaginęłam gdzieś po drodze przenosząc się do Los Angeles. Poważnie! Zamiast ulicy mojego miasta widziałam Sunset Boulevard, a zamiast wielkich ulicznych latarni miałam przed oczami palmy. Nie wspominając nawet o wewnętrznych dialogach, jakie toczyłam.

Żeby tylko wszystko się dobrze ułożyło…

45. WARsaw part II. The final cut.

Kilkadziesiąt godzin temu zlądowałam do domu. Wróciłam z Warszawy – miasta, do którego zaczęłam się przekonywać, po tym, jak zobaczyłam więcej niż tylko centrum i starówkę zimą. Stolica nie jest w cale taka brzydka. Mogę się skusić na stwierdzenie, że jest całkiem ładna. I bardziej zielona niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Szkoda tylko tych dni z dość pochmurną i deszczową pogodą, bo przecież można było tyle zobaczyć. Anyway…

W niedzielę byłam z Julianem na lotnisku. Od tak, przejechać się. Byłam ciekawa, jak to lotnisko wygląda. No, a że był akurat lot z Berlina popatrzyłyśmy na ludzi przylatujących, no bo a nuż? Zamiast Marsa zobaczyłyśmy naszą rodzimą Anje Rubik przechodzącą dwa metry od nas, a zza naszych pleców wyskoczyła zgraja paparazzich. Potem przewinął się również słynny polski detektyw – pozer, jeszcze niższy i z bardziej kwadratową czupryną niż w telewizji. Marcin Tyszka też się całkiem niższy wydawał… WYDAWAŁ.

Do poniedziałkowego wieczora czas zleciał. Później jednak zaczęło się szaleństwo. W trójkę poczłapałyśmy do miasta na spacer po starówce. Mijał nas wysoki, lekko podchmielony chyba pan fotograf wymieniony przeze mnie chwilę wcześniej. Według Smoka ładnie pachniał. Mi się rzuciło raczej w oczy to, jak szedł. Model na wybiegu. Serio.

Do domu wróciłyśmy pierwszym tramwajem, po godzinie 5 rano. Stolica jest magiczna wieczorem, zwłaszcza starówka. Wcześniej tego wieczora, jakiś debil prawie by nas przejechał, bo się musiał popisać swoim gratem po tuningu.

2 godziny snu to nieco za mało, ale koncertowa adrenalina zaczęła krążyć w żyłach. Kolejny spacer po starówce zaowocował kolejnym widokiem Anji Rubik…

W każdym razie, koncert miał się zacząć o 22. Na Bemowo dotarłyśmy w połowie koncertu Paramore. Akurat zaczęli grać Decode. Omamusiu. Jak to genialnie brzmi, tak dawno tego nie słuchałam. Potem jeszcze moje kochane Let the flames begin. OH, LORD. Może i przejadłam się tym zespołem, ale miło było usłyszeć te dwa kawałki na żywo.

Stereophonics nie zwaliło mnie z nóg, chociaż grali całkiem miło dla ucha. Miła dla ucha, ale nic poza tym. Serce mocniej mi zabiło, kiedy w niedługiej ciszy po koncercie walijskiego zespołu, rozbrzmiały pierwsze dźwięki Birth. Nie myślałam, że da się za czymś tak mocno tęsknić, a jednak.

1. Birth

Birth nie wywołuje aż takich ciarek jak Escape, ale pasuje na początek takiego show. Sama melodia przypomina mi trochę taki cyrkowy klimat, jakby za chwilę miał się rozpocząć spektakl z udziałem akrobatów.

2. Conquistador

Conquistador jest niesamowicie energetycznym kawałkiem. Myślę, że można nazwać to drugim Night Of The Hunter. Nogi same rwały się do skakania.

3. Kings & Queens

Pierwsze dźwięki wywołały jęk protestu. Utwór średni i jak dla mnie, zdecydowanie lepiej brzmi na płycie niż na żywo, ale to moja opinia. Pięknie za to na żywo brzmi moment „The age of man is over„.

4. This Is War

Najsłabsza piosenka chyba ze wszystkich płyt. Na koncertach brzmi koszmarnie, ale za to ma łatwy tekst idealny do śpiewania przez publikę.

5. Night Of The Hunter

Parę wspomnień mi się z nią wiąże. Usłyszeć ją na żywo po półtora roku to świetna sprawa. Tym bardziej, że na pierwszym koncercie w Krakowie związała się ona nierozerwalnie z moim życiem, i nie tylko moim.

6. Search & Destroy

Przykład na to ile utwór może zyskać w wykonaniu live. Szkoda tylko, że zatrzymanie ludzi było tak strasznie sztuczne.

7. City Of Angels

Piosenka, która uratowała mi w grudniu życie została premierowo zagrana w Polsce. Muszę wspominać ile to dla mnie znaczyło? Moja reakcja przypominała tą z Krakowa z 2010, gdzie z początku nie dowierzałam w to, co słyszę. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zaskoczenie, by chwilę później w moich oczach zaszkliły się łzy. Ryczałam całą piosenkę nie będąc nawet w stanie jej odśpiewać. The silver of a lake at night The hills of hollywood on fire A boulevard of hope and dreams Streets made of desire… Moja dusza przez te kilka minut była w niebie. Cały ból zadawany mi przez otaczający mnie świat zniknął, a ja byłam w tej samej chwili na festiwalu Impact oraz w Mieście Aniołów. Słuchać tego utworu na żywo z zamkniętymi oczami to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie mogłam doświadczyć w życiu.

8. Vox Populi

Woks popjulaj, to jeden z utworów przeze mnie bardzo lubianych. Niestety, tutaj zabrzmiał raczej jak niepotrzebny dodatek. Zabrakło mi momentu z przykładaniem latarki do serducha… Oh well.

9. End Of All Days

Czy możemy zatrzymać się tu na chwilę, żeby docenić piękno tej piosenki? Jejku, to jest genialne zwłaszcza na żywo. Nic dodać, nic ująć.

10. Pyres Of Varanasi

Lub Pyry z wakacji, zależy jak kto woli. Fajny motyw z akrobatami. Dobre na chwilę odsapnięcia od full bandowego szaleństwa, jednak chyba wolałam Shannonowe L490 (oczywiście bez michy).

11. The Kill

Niemal perfekcyjnie. Niemal, bo początek totalnie schrzaniony. W każdym razie, połączenie akustycznej wersji z full bandem nastąpiło w idealnym momencie. Chylę pokłony za to.

12. Do Or Die

Kolejny energetyczny kawałek. And the story goes on… Jest świetny zarówno w wersji studyjnej, jak i live. Nie dziwie się Julianowej miłości do tego kawałka.

13. Alibi

„I promise you that we will be returning to this city very very soon”

OH MY FEELS. Alibi grane full bandem, to coś, co trzeba usłyszeć na żywo przynajmniej raz w życiu. Piękne, piękne i jeszcze raz piękne. „Welcome home” wyskandowane przez tłum przy pierwszych dźwiękach przyprawia mnie o łzy wzruszenia.

14. Closer To The Edge

Od Coke to chyba jedna z niewielu rzeczy, jaka przy trasie promującą nową płytę się nie zmieniła. Od czasu trasy promującej This Is War utwór ten znajdował się zawsze tuż przed finałowym.

15. Up In The Air

Kiedy Delish powiedziała, że będzie to genialne na koniec zamiast nużącego już Kings & Queens przyznałam jej racje. Up In The Air jest genialne jako zwieńczenie półtorej godzinnego show.

goldpolandwar-tx

Biorąc na podsumowanie, koncert na Impact Fest był rewelacyjnym show, mimo ciągnących się przerw między utworami i drobnych wpadek. Ci, których to był pierwszy koncert, powinni być zadowoleni. Nie było może atmosfery z Coke, czy setlisty z pierwszego dnia w Łodzi, ale mimo to, publiczność bawiła się świetnie, a nowe utwory porywały nawet fanów Rammstein.

„My grandpa’a favourite polish meal was kielbasa, mine is pierogies & Shannnon’s are polish girls.”

Wspomnienie Jareda o ulubionych potrawach było nieco niedopasowane. A może to był jeden z bardzo niewielu spontanicznych momentów? W każdym razie mamy się z czego śmiać. Zdjęcie z tłumem i złotą płytą, jaką zarobiło Love Lust Faith + Dreams mogłoby zawisnąć na mojej ścianie.

Z mojej strony ten koncert jest najbardziej osobistym doświadczeniem. Generalnie całość koncertu strasznie wydawała mi się, jakby ktoś chciał powtórzyć w jakiś sposób Coke, jakby ten koncert wzorowany był na tamtym sprzed prawie trzech lat. Mogę się mylić, ale takie miałam odczucia podczas niemal całego show. City Of Angels oraz Alibi rozbroiły mój system psychiczny przez co teraz odczuwam gigantyczne PCD. Tak, po raz pierwszy w życiu odczuwam Post Concert Depression. Cieszę się jednak, że moje podziękowanie zaraz po show zostało zauważone.

654Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią tego wypadu do stolicy. Tym, którzy byli na koncercie i tym, którzy wytrzymywali ze mną. See you very very soon!

40. LOVE LUST FAITH + DREAMS

Zdziwiona byłam, kiedy szperając po necie nigdzie nie mogłam znaleźć Love Lust Faith + Dreams leak’u. Mówiłam sobie, że przecież coraz mniej czasu do premiery, a przecież tyle albumów pojawiało się na długo przed premierą. Anyway, dzisiaj, jak tylko zobaczyłam plotkę o wycieku – ruszyłam do akcji. Zajrzałam na moją stronkę informującą i znalazłam wskazówkę, gdzie powinnam szukać. Były problemy, oczywiście. Jeden z utworów okazał się fragmentem Gangman style, ale cóż, teraz słuchając całego albumu mogę się wypowiedzieć.

tumblr_mjvm51U1111qmu619o1_500

LOVE LUST FAITH + DREAMS to czwarty studyjny album zespołu THIRTY SECONDS TO MARS znanego szerzej, jako nieco prostsze 30 Seconds To Mars. (Tak, nadal nie rozumiem dlaczego bawią się w zmienianie nazwy.) Nie spodziewałam się niczego w starym stylu, bo nie jestem z tych, co uczepią się jednego nurtu muzycznego, czy tych, co lubią przyczepiać artystom etykietki. Zachowałam umysł otwarty, opłacało się.

W grudniu, kiedy podczas VyRTa usłyszeliśmy fragmenciki, jeszcze surowe, kilku piosenek, nie myślałam ile będą dla mnie znaczyć, a jednak. Niespełna tydzień później rozpoczął się koszmarny okres mojego życia. Wszystko legło w gruzach i na tych gruzach musiałam odbudować swoje życie na nowo. Jakieś tam filary pozostały, ale nadal było tego za mało, żeby wierzyć w lepsze jutro.

Co mi pomogło? Niemal na okrągło słuchałam dwóch utworów, właściwie to raczej ich fragmentów. Bright Lights oraz City Of Angels. Już wtedy miałam świadomość tego, jak osobisty będzie dla mnie ten album. Z tego też powodu nie mogłam się doczekać, kiedy go usłyszę. Oczywiście, zaopatrzę się w moją kopię, najpierw jednak uzbieram pieniążki na wyjazd do Warszawy.

Co do okładki, muszę przyznać, iż pasuje do całości albumu. Z pozoru taka kolorowa, jasna i pozytywna, ale kryje się za nią jakieś drugie dno. Każdy kolor jest symbolem jednego z czterech tytułowych słów, a odcień sugeruje ich intensywność.

1. Birth

Poznane już przy okazji clipu do pierwszego singla z tej płyty. Nie wsłuchiwałam się wtedy. Birth – narodziny, symbol początku, czegoś co się rozpoczyna. Nowego życia. Piosenka zapowiada to, jak brzmi album, wzmaga głód usłyszenia całości.

2. Conquistador

Dobry, energiczny kawałek. W jakiś sposób jest dla mnie motywacją do walki. Do walki o to nowe życie, które rozpoczęło się w grudniu. Jest w niej parę fragmentów, zapadających mi mimowolnie w pamięć. A trojan whore – osoba przez nas kochana, posiadająca nasze zaufanie, nasze serce, a mimo to postanawiająca nas zdradzić, zostawić, rozerwać od środka. Jak Grecy podbili Troję ukrywając się w drewnianym koniu, tak ludzie pod pozorem miłości czy przyjaźni niszczą nas od środka. Rozrywają nasze serca na strzępy. We will rise again – ale mu powstaniemy. Musimy. Nie możemy im pokazać, jak bardzo nas to bolało. Musimy uczestniczyć w tej swoistej bitwie do usranej śmierci, jakkolwiek miałaby ona nastąpić.

3. Up In The Air

Jeden w bardziej popowych kawałków. Dobrze się do niego sprząta. Serio. Chociaż sama musiałam jej wielokrotnie słuchać, aby przekonać się do tego brzmienia. W każdym razie, piosenka dla mnie jest o upajaniu się. Nazwałabym to nawet byciem na haju, niekoniecznie narkotykowym. Upoić można się miłością, muzyką… niemal wszystkim. I’ve been up in the air Is this the end I feel? Up in the air Chasing a dream so real – bujałam w obłokach będąc pewna, że moje marzenia są bliskie spełnienia, ale nie. Mój świat się zawalił. Serce pękło na miliony maleńkich kawałków, zdawało mi się, że to koniec. A thousand times I tempted fate A thousand times I played this game – tyle razy przeżywałam coś podobnego. Tyle razy coś chrzaniłam swoim zachowaniem, całą sobą. Szkoda tylko, że tym razem to we mnie uderzyło tak mocno. Take no more.

4. City Of Angels

Magiczna piosenka od samego początku. Słuchając jej mam wrażenie, że jestem w Los Angeles – tytułowym mieście aniołów, spaceruję bulwarem zachodzącego słońca, wspinam się na hollywood hills… Coś naprawdę niesamowitego. Niewiele utworów jest w stanie dać mi tak silne przeżycia, a jeszcze mniej potrafi mnie przenieść w czasie i przestrzeni do zupełnie innego miejsca, niż to w jakim jestem. Miasto aniołów – miasto spełnianych marzeń, symbol domu, jako miejsca gdzie człowiek czuje się najlepiej. Dla mnie samej – symbol tego właśnie miejsca na ziemi, gdzie czuję, że powinnam być. Chciałabym kiedyś powiedzieć z czystym sumieniem I am home, jednak w tej chwili mimo całej mojej miłości do bliskich oraz tego miejsca, wiem, że tu nie pasuję. To nie jest TO miejsce.

5. The Race

Od pierwszego przesłuchania przypadła mi do gustu. Muzyka współgra z tekstem, całość łatwo wpada w ucho. Dwukrotnie poraziła mnie dobitność tej piosenki… You saved my life with blood and through sacrifice – może niektórzy powiedzą, co to zerwanie, miłość przychodzi i odchodzi, to nie powód by tracić chęć życia. Fakt, może tak jest, ale nie dla mnie. Jestem zbyt uczuciową osobą i zbyt wiele z siebie dałam, żeby od tak umieć się pogodzić ze stratą. Kiedy już nie miałam siły były przy mnie osoby, które mi pomogły, jednak najwięcej wiary w życie zaszczepiła we mnie muzyka. Idealnie pasujący tekst do mojej sytuacji oraz dawanie mi poczucia tego, że gdzieś tam jest moje miejsce i kiedyś je znajdę. Love is a dangerous game to play Hearts are made for breaking and for pain – to jest jedno z najbardziej prawdziwych fragmentów piosenek z jakimi się kiedykolwiek spotkałam. Miłość to ryzyko, nie ważne czego dotyczy. Czy chodzi o faceta, dziewczynę, zwierzaka, czy o pasję. Wszelkie rozczarowania bolą i ranią serce, jeśli tylko tej miłości oddało się siebie. Kochając – ryzukujemy.

6. End Of All Days

Albumowy wyciskacz łez można powiedzieć. Piękny w każdym calu. All we need is faith – bo wiara czyni cuda i wszyscy jej potrzebujemy.

7. Pyres Of Varanasi

Jeśli dobrze pamiętam, to chyba utwór autorstwa Shannona. Nie powiem, podoba mi się, dużo bardziej niż L490. Ma w sobie to coś, czego w tamtym brakowało. Dodatkowy plus: głowa od tego nie boli, tak jak od słynnej shannonowej michy.

8. Bright Lights

Drugi kawałek towarzyszący mi w najczarniejszym momencie mojej dotychczasowej egzystencji. Aktualnie mój faworyt z całego albumu. She dreams of love – marzę, śnię o miłości, o tym, żeby być kochaną. Żeby jedna i druga strona dawała z siebie tyle ile może. I forgive Had enough Time to live Time to love – jeszcze nie wybaczyłam, ale nadal próbuję. Za bardzo to boli, jednak za bardzo mi też zależy, żeby móc sobie pozwolić na stratę przyjaciela. Mimo to jestem przekonana, że nadeszła pora, żeby zacząć na nowo żyć i kochać.

9. Do Or Die

Skoczny, przyjemny kawałek.  And the story goes on! (…) Time to be alive – życie idzie do przodu, więc nie możemy zostawać w tyle. Czas by wreszcie zacząć żyć. I will never forget the moment, the moment – każdy ma takie momenty w życiu, które, choćby roztrzaskał sobie głowę, będzie pamiętał. Raz są to pozytywne momenty, innym razem negatywne. Pamiętam Coke i każdy wyjazd z batonami w tle. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nazwał mnie swoją dziewczyną, a potem każdy kolejny łamiący mi serce, aż w końcu ten, który wyssał ze mnie całą chęć życia. Pamiętam ogłoszenie każdego batonowego koncertu i własną reakcję. Pamiętam spacer po krakowskim rynku, niebieską bluzę i ślepia, fortepian, erę pingwinów. Pamiętam pierwsze opowiadanie oraz te będące dla mnie powodem poznania Juliana. Wiele rzeczy pamiętam.

10. Covergence

Przerywnik. Chwila oddechu od energicznego brzmienia. Odprężające bardzo.

11. Northern Lights

Przez ostatnie dni, od momentu usłyszenia Jareda śpiewającego to na ławce w nowojorskim parku, oczekiwałam tej piosenki i umierałam z potrzeby usłyszenia całej. Spodziewała się nieco innej melodii, chociaż przyznaję – podoba mi się. I cannot wait to dance upon your grave They don’t even have a soul left to be saved – tak, już ja wiem na czyim grobie bym chętnie zatańczyła.

12. Depuis Le Début

Słucham tego i wyobrażam sobie scenkę, kiedy facet siedzi sobie na werandzie swojego pokoju na typowej amerykańskiej wsi, z gitarą w dłoniach i zaczyna śpiewać. Tak jest z początku, ale zaraz potem utwór zmienia się. Słowa znikają, pozostaje sama muzyka. Cały album kończy melodia z pozytywki będąca niczym innym, jak fragmentem Jeziora Łabędziego Piotra Czajkowskiego.

Podsumowując: cały album jest dla mnie bardzo ważny. Jedne utwory są mi bliższe, a inne ciut dalsze. Mimo wszystko, jak do tej pory, LOVE LUST FAITH + DREAMS jest albumem najbardziej osobistym dla mnie. Myślę, że mogę powiedzieć iż ten album mnie uratował i pomaga mi stanąć na nogi, mimo tego całego gówna, jakie ma miejsce w moim życiu od kilku miesięcy.