71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Reklamy

66. Dare to live.

Za nami gala rozdanie Złotych Globów. Zarwałam noc, oglądałam, ale było warto. Dopingowałam własnych faworytów i się nie zawiodłam, choć całość była dość przewidywalna. Serce miałam rozdarte przy nominacjach aktorów drugoplanowych, gdzie do moich faworytów zaliczałam zarówno Micheala Fassbendera, jak i Jareda Leto. Wygrał ten drugi, choć w przypadku pierwszego też byłabym zadowolona. Kilka dni później ogłoszone zostały nominacje do Oscarów. Również bez niespodzianek, choć tutaj ze zdobyciem nagrody dla Leto może być ciut gorzej. Nie jest tajemnicą, że Nagrody Akademii Filmowej zdobywają głównie osoby lubiane w Hollywood, te mające plecy. 2 marca przekonamy się czy występ w Dallas Buyers Club przyniesie mu statuetkę. jedno jest pewne, sama nominacja podniesie jego znaczenie jako aktora.

Pełna humoru, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia człowieka, który nie zamierza żegnać się z życiem. Ron żyje z dnia na dzień. Pali jak smok, lubi bourbon, kobiety i rodeo. Nic ponad szybkie i proste przyjemności. Wiadomość o tym, że jest nosicielem wirusa HIV to dla niego szokujący wyrok, z którym nie chce się pogodzić. Jedzie do Meksyku, z którego zamierza szmuglować zakazane w USA leki. Po powrocie niespodziewanie zdobywa sojusznika w osobie queerowego transseksualisty Rayona. Ten pozornie niedobrany duet wspólnie zaczyna prowadzić klub, w którym inni szukają ratunku. [opis dystrybutora]

Film obejrzałam po gali Złotych Globów. Do lekkich nie należy, dla mnie był raczej dość ciężki. Nie przepadam za filmami opowiadającymi o latach pomiędzy 1980 a 1990, tym bardziej jeśli wpleciono w nie tematykę rodeo. Film obejrzałam z ciekawości, czy faktycznie Leto wcielił się tak cudownie w swoją rolę, bo w samo poświęcenie dla roli nie wątpiłam, poza tym aktorem jest dobrym. Mimo wszystko musiałam przekonać się na własne oczy, czy opinie, jakie krążą są trafne.

Z nieskrywaną przyjemnością oglądałam Matthew McConaughey’a w roli innej niż rola beznadziejnie przesłodzonego księcia na białym koniu z jakiejś komedii romantycznej. Pokazał tu klasę aktora przed duże „A” i został doceniony kilkoma nagrodami krytyków filmowych. Poświęcił się dla roli, wcielił się w nią całym sobą. Pokazał, jak człowiek w obliczu śmierci potrafi zmienić siebie i swoje nastawienie do otaczającego go świata. Kiedy życie rzuca mu gruz pod nogi, on się nie poddaje, zdeterminowany prze do przodu.

Swój udział w tej zmianie, moim zdaniem, ma też postać Rayon grana przez Leto. Rayon to transseksualista, którego kocha się od pierwszych chwil pojawienia się na ekranie, gdy pojawia się i próbuje nawiązać znajomość z Ronem – zatwardziałym homofobem. Pomiędzy dwójką zawiązuje się przyjaźń pełna uszczypliwości, jednak przyjaźń. Tak samo jak McConaughey, Leto również poświęcił się dla roli drastycznie zrzucając wagę. Pierwotnie postać Rayon miała być transwestytą, jednak zamysł zmienił się, jak tylko zdjęcia miały się rozpocząć. Stereotyp można powiedzieć, transseksualny narkoman mający HIV, ale pełen uroku.

Masa nominacji i nagród, jakie się posypały dla obu aktorów, jest w pełni zasłużona. Z całego serca trzymam kciuki (mimo rozdartego serducha przy nominacjach) za Oscarową galę, która odbędzie się 2 marca. Obaj panowie zasłużyli, żeby ich wyróżnić.

Hell is the cry of a starving infant. Hell is the begging for mercy then denied. Hell is the betrayals between man and wife. The lies between father and child. Hell is where the heart is.

Nigdy nie myślałam, że wejście do pierwszej lepszej taniej księgarni przyniesie mi książki za bezcen, które będę czytać z wielką przyjemnością. Do takich z pewnością mogę zaliczać Devil’s Kiss („Pocałunek Anioła Ciemności”) autorstwa Sarwata Chadda oraz The Iron Hunt („Pocałunek łowcy”) autorstwa Marjorie M. Liu. Nie jest to literatura ani ambitna, ani napisana pięknym stylem, jednak mają w sobie coś, co sprawia, że chętnie przeczytam kolejną część każdej.

Devil’s Kiss zainteresowało mnie polskim tytułem oraz opisem. Pomijając moją słabość do słów „Anioł Ciemności”, awersję do dziwnego imienia bohaterki – Billi, opis mówiący o zakonie Templariuszy był tym czego szukałam. Dodatkowym plusem jest Londyn, gdzie dzieje się akcja książki. W środku znajdziemy typowy problem współczesnej nastolatki, czyli problem porozumienia się z rodzicami, lecz tutaj pomiędzy Billi a jej ojcem sprawa ta ma mniej błahy powód.

Expect the unexpected, my mother once said. Because the unexpected most certainly will be expecting you.

W przeciwieństwie do historii Billi, kupno The Iron Hunt nie należało do decyzji podjętych szybko. W którymś momencie pomiędzy „chyba biorę” a „nie, to chyba nie to”, do głosu doszło moje poczucie czasu przypominające mi o tym, jaki jest on cenny. Przestałam się zastanawiać i udałam się do kasy. Nie żałuję. Z początku czytania miałam problem z przyzwyczajeniem się do dość średniego stylu, jakim jest ona napisana, ale moje serce skradły te małe skrzaty ożywające po zmroku i pomagające Maxine walczyć z demonami. Dodatkowo sama postać łowczyni demonów bardzo mi przypadła do gustu, tak jak parę pozostałych osób pojawiających się w ważniejszych momentach. Spodobał mi się tez pomysł, bo oto mamy przedstawiony świat z pozoru taki jak nasz, pełen ludzi, zwierzątek i wielkich miast, ale jeśli tylko móc na niego spojrzeć oczami Maxine, można by zobaczyć ukrywające się w ludzkich ciałach demony, żywiące się bólem i agresją. Trochę to daje do myślenia, bo czy aby na pewno znamy nasz świat na wylot? Przecież nie mamy pojęcia, co kryje się za rogiem.

Don’t judge me. Po prostu ta piosenka, jest naprawdę cool. Brzmi całkiem przyjemnie i miło dla ucha. Nie wiem dlaczego, ale trochę podjeżdża mi klimatem świątecznym. W każdym razie, obiektywnie oceniając, podoba mi się i myślę, że warto się z nią zapoznać, jeśli ktoś tego jeszcze nie zrobił.

47. Mr. Nobody – review.

Hi there. Few days ago I wrote this little review of Mr. Nobody as an assignment for writing classes. I know it’s not as good as it should be, but I’m still learning. I decided to study english philology to improve my english, so yeah. Let me know if you enjoy the review or not. It had to be a bit more than 400 words long, so I didn’t include everything in it, and it also had to be focused on message of the movie. Well, I hope I did at least a good job. Btw, I have no idea why, but I was laughing everytime I thought about including name of Jared Leto in this.

Mr. Nobody – review.

“Mr. Nobody” is a 2009 science fiction drama directed and written by Jaco Van Dormael, produced by Philippe Godeau, and starred Diane Kruger, Sarah Polley and Jared Leto. Film’s premiere took place at Venice Film Festival on September 12, 2009 where it received a ten-minute standing ovation from audience. The film won Biografilm Award and Golden Osella at Venice Film Festival in 2009, Best Cinematography at Stockholm Film Festival in 2009, Best Make-Up at Stiges – Catalonian International Film Festival also in 2009, and Audience Award at European Film Awards in 2010. Critic reviews described this film as thrilling (“The Hollywood Reporter”), phenomenal (“Première”) and as a masterpiece (“Brazil”).

120-years old Nemo Nobody tells the story of his life to young journalist. He is the oldest living men on Earth and the last mortal what makes him a very interesting object to write about. As old people usually do, Nemo raves and describes many people, places and events that seem to have no connections with each other. Those apparently different stories, symbolizing the choices that he had to make, mostly take place at the same time. However all of them are true. Nemo was able to live his life in all those ways without deciding which life path he wants to follow. He stayed with his father but in the same time he goes with his mother. He married three woman and each of them stayed the only one for him. He had a beautiful house with a swimming pool and other story he was homeless. Nemo Nobody experienced all alternative solutions, made all the possible choices.

The message of the film is that everything remains possible until the choice is made. At the beginning of the film and at the end as well, Nemo is surrounded by white things, like walls of hospital’s room and clothes, what shows us that the fate leads him back to the origins where the card of choices is blank and everything is possible because no choice was made for future.

We are bounded to our choices and our life can be whatever we want, we just have to make the right choices. Young Nemo had to decide with who he wanted to stay after his parent’s divorce. He chose his father as well as his mother. Every choice was heading him to another and every decision that he made has an impact on his life. By choosing we eliminate useless possibilities, so until the choice is made everything is possible.

“Mr. Nobody” is effective puzzle-film, every recipient can have an own interpretation but there’s no way to build the whole picture. For one the message is very clear and simple, when others are looking for deeper meaning. Like in life also here every meaning is possible until we choose which one we want to follow.

~~~

Hope this will help me pass writing classes. Today I had a final exam, and it didn’t go very well, even tho the name of Nobody was in one of exam tasks. Oh! Be proud! I passed my conversation classes, with the highest mark possible. It was a hell to wait before I drew the question. A huge relief knocked to my heart after I saw that it’s exactly the question, for which I was preparing a short statement last night. So yes, last day at uni before summer break wasn’t that bad.

xo

45. WARsaw part II. The final cut.

Kilkadziesiąt godzin temu zlądowałam do domu. Wróciłam z Warszawy – miasta, do którego zaczęłam się przekonywać, po tym, jak zobaczyłam więcej niż tylko centrum i starówkę zimą. Stolica nie jest w cale taka brzydka. Mogę się skusić na stwierdzenie, że jest całkiem ładna. I bardziej zielona niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Szkoda tylko tych dni z dość pochmurną i deszczową pogodą, bo przecież można było tyle zobaczyć. Anyway…

W niedzielę byłam z Julianem na lotnisku. Od tak, przejechać się. Byłam ciekawa, jak to lotnisko wygląda. No, a że był akurat lot z Berlina popatrzyłyśmy na ludzi przylatujących, no bo a nuż? Zamiast Marsa zobaczyłyśmy naszą rodzimą Anje Rubik przechodzącą dwa metry od nas, a zza naszych pleców wyskoczyła zgraja paparazzich. Potem przewinął się również słynny polski detektyw – pozer, jeszcze niższy i z bardziej kwadratową czupryną niż w telewizji. Marcin Tyszka też się całkiem niższy wydawał… WYDAWAŁ.

Do poniedziałkowego wieczora czas zleciał. Później jednak zaczęło się szaleństwo. W trójkę poczłapałyśmy do miasta na spacer po starówce. Mijał nas wysoki, lekko podchmielony chyba pan fotograf wymieniony przeze mnie chwilę wcześniej. Według Smoka ładnie pachniał. Mi się rzuciło raczej w oczy to, jak szedł. Model na wybiegu. Serio.

Do domu wróciłyśmy pierwszym tramwajem, po godzinie 5 rano. Stolica jest magiczna wieczorem, zwłaszcza starówka. Wcześniej tego wieczora, jakiś debil prawie by nas przejechał, bo się musiał popisać swoim gratem po tuningu.

2 godziny snu to nieco za mało, ale koncertowa adrenalina zaczęła krążyć w żyłach. Kolejny spacer po starówce zaowocował kolejnym widokiem Anji Rubik…

W każdym razie, koncert miał się zacząć o 22. Na Bemowo dotarłyśmy w połowie koncertu Paramore. Akurat zaczęli grać Decode. Omamusiu. Jak to genialnie brzmi, tak dawno tego nie słuchałam. Potem jeszcze moje kochane Let the flames begin. OH, LORD. Może i przejadłam się tym zespołem, ale miło było usłyszeć te dwa kawałki na żywo.

Stereophonics nie zwaliło mnie z nóg, chociaż grali całkiem miło dla ucha. Miła dla ucha, ale nic poza tym. Serce mocniej mi zabiło, kiedy w niedługiej ciszy po koncercie walijskiego zespołu, rozbrzmiały pierwsze dźwięki Birth. Nie myślałam, że da się za czymś tak mocno tęsknić, a jednak.

1. Birth

Birth nie wywołuje aż takich ciarek jak Escape, ale pasuje na początek takiego show. Sama melodia przypomina mi trochę taki cyrkowy klimat, jakby za chwilę miał się rozpocząć spektakl z udziałem akrobatów.

2. Conquistador

Conquistador jest niesamowicie energetycznym kawałkiem. Myślę, że można nazwać to drugim Night Of The Hunter. Nogi same rwały się do skakania.

3. Kings & Queens

Pierwsze dźwięki wywołały jęk protestu. Utwór średni i jak dla mnie, zdecydowanie lepiej brzmi na płycie niż na żywo, ale to moja opinia. Pięknie za to na żywo brzmi moment „The age of man is over„.

4. This Is War

Najsłabsza piosenka chyba ze wszystkich płyt. Na koncertach brzmi koszmarnie, ale za to ma łatwy tekst idealny do śpiewania przez publikę.

5. Night Of The Hunter

Parę wspomnień mi się z nią wiąże. Usłyszeć ją na żywo po półtora roku to świetna sprawa. Tym bardziej, że na pierwszym koncercie w Krakowie związała się ona nierozerwalnie z moim życiem, i nie tylko moim.

6. Search & Destroy

Przykład na to ile utwór może zyskać w wykonaniu live. Szkoda tylko, że zatrzymanie ludzi było tak strasznie sztuczne.

7. City Of Angels

Piosenka, która uratowała mi w grudniu życie została premierowo zagrana w Polsce. Muszę wspominać ile to dla mnie znaczyło? Moja reakcja przypominała tą z Krakowa z 2010, gdzie z początku nie dowierzałam w to, co słyszę. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zaskoczenie, by chwilę później w moich oczach zaszkliły się łzy. Ryczałam całą piosenkę nie będąc nawet w stanie jej odśpiewać. The silver of a lake at night The hills of hollywood on fire A boulevard of hope and dreams Streets made of desire… Moja dusza przez te kilka minut była w niebie. Cały ból zadawany mi przez otaczający mnie świat zniknął, a ja byłam w tej samej chwili na festiwalu Impact oraz w Mieście Aniołów. Słuchać tego utworu na żywo z zamkniętymi oczami to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie mogłam doświadczyć w życiu.

8. Vox Populi

Woks popjulaj, to jeden z utworów przeze mnie bardzo lubianych. Niestety, tutaj zabrzmiał raczej jak niepotrzebny dodatek. Zabrakło mi momentu z przykładaniem latarki do serducha… Oh well.

9. End Of All Days

Czy możemy zatrzymać się tu na chwilę, żeby docenić piękno tej piosenki? Jejku, to jest genialne zwłaszcza na żywo. Nic dodać, nic ująć.

10. Pyres Of Varanasi

Lub Pyry z wakacji, zależy jak kto woli. Fajny motyw z akrobatami. Dobre na chwilę odsapnięcia od full bandowego szaleństwa, jednak chyba wolałam Shannonowe L490 (oczywiście bez michy).

11. The Kill

Niemal perfekcyjnie. Niemal, bo początek totalnie schrzaniony. W każdym razie, połączenie akustycznej wersji z full bandem nastąpiło w idealnym momencie. Chylę pokłony za to.

12. Do Or Die

Kolejny energetyczny kawałek. And the story goes on… Jest świetny zarówno w wersji studyjnej, jak i live. Nie dziwie się Julianowej miłości do tego kawałka.

13. Alibi

„I promise you that we will be returning to this city very very soon”

OH MY FEELS. Alibi grane full bandem, to coś, co trzeba usłyszeć na żywo przynajmniej raz w życiu. Piękne, piękne i jeszcze raz piękne. „Welcome home” wyskandowane przez tłum przy pierwszych dźwiękach przyprawia mnie o łzy wzruszenia.

14. Closer To The Edge

Od Coke to chyba jedna z niewielu rzeczy, jaka przy trasie promującą nową płytę się nie zmieniła. Od czasu trasy promującej This Is War utwór ten znajdował się zawsze tuż przed finałowym.

15. Up In The Air

Kiedy Delish powiedziała, że będzie to genialne na koniec zamiast nużącego już Kings & Queens przyznałam jej racje. Up In The Air jest genialne jako zwieńczenie półtorej godzinnego show.

goldpolandwar-tx

Biorąc na podsumowanie, koncert na Impact Fest był rewelacyjnym show, mimo ciągnących się przerw między utworami i drobnych wpadek. Ci, których to był pierwszy koncert, powinni być zadowoleni. Nie było może atmosfery z Coke, czy setlisty z pierwszego dnia w Łodzi, ale mimo to, publiczność bawiła się świetnie, a nowe utwory porywały nawet fanów Rammstein.

„My grandpa’a favourite polish meal was kielbasa, mine is pierogies & Shannnon’s are polish girls.”

Wspomnienie Jareda o ulubionych potrawach było nieco niedopasowane. A może to był jeden z bardzo niewielu spontanicznych momentów? W każdym razie mamy się z czego śmiać. Zdjęcie z tłumem i złotą płytą, jaką zarobiło Love Lust Faith + Dreams mogłoby zawisnąć na mojej ścianie.

Z mojej strony ten koncert jest najbardziej osobistym doświadczeniem. Generalnie całość koncertu strasznie wydawała mi się, jakby ktoś chciał powtórzyć w jakiś sposób Coke, jakby ten koncert wzorowany był na tamtym sprzed prawie trzech lat. Mogę się mylić, ale takie miałam odczucia podczas niemal całego show. City Of Angels oraz Alibi rozbroiły mój system psychiczny przez co teraz odczuwam gigantyczne PCD. Tak, po raz pierwszy w życiu odczuwam Post Concert Depression. Cieszę się jednak, że moje podziękowanie zaraz po show zostało zauważone.

654Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią tego wypadu do stolicy. Tym, którzy byli na koncercie i tym, którzy wytrzymywali ze mną. See you very very soon!

40. LOVE LUST FAITH + DREAMS

Zdziwiona byłam, kiedy szperając po necie nigdzie nie mogłam znaleźć Love Lust Faith + Dreams leak’u. Mówiłam sobie, że przecież coraz mniej czasu do premiery, a przecież tyle albumów pojawiało się na długo przed premierą. Anyway, dzisiaj, jak tylko zobaczyłam plotkę o wycieku – ruszyłam do akcji. Zajrzałam na moją stronkę informującą i znalazłam wskazówkę, gdzie powinnam szukać. Były problemy, oczywiście. Jeden z utworów okazał się fragmentem Gangman style, ale cóż, teraz słuchając całego albumu mogę się wypowiedzieć.

tumblr_mjvm51U1111qmu619o1_500

LOVE LUST FAITH + DREAMS to czwarty studyjny album zespołu THIRTY SECONDS TO MARS znanego szerzej, jako nieco prostsze 30 Seconds To Mars. (Tak, nadal nie rozumiem dlaczego bawią się w zmienianie nazwy.) Nie spodziewałam się niczego w starym stylu, bo nie jestem z tych, co uczepią się jednego nurtu muzycznego, czy tych, co lubią przyczepiać artystom etykietki. Zachowałam umysł otwarty, opłacało się.

W grudniu, kiedy podczas VyRTa usłyszeliśmy fragmenciki, jeszcze surowe, kilku piosenek, nie myślałam ile będą dla mnie znaczyć, a jednak. Niespełna tydzień później rozpoczął się koszmarny okres mojego życia. Wszystko legło w gruzach i na tych gruzach musiałam odbudować swoje życie na nowo. Jakieś tam filary pozostały, ale nadal było tego za mało, żeby wierzyć w lepsze jutro.

Co mi pomogło? Niemal na okrągło słuchałam dwóch utworów, właściwie to raczej ich fragmentów. Bright Lights oraz City Of Angels. Już wtedy miałam świadomość tego, jak osobisty będzie dla mnie ten album. Z tego też powodu nie mogłam się doczekać, kiedy go usłyszę. Oczywiście, zaopatrzę się w moją kopię, najpierw jednak uzbieram pieniążki na wyjazd do Warszawy.

Co do okładki, muszę przyznać, iż pasuje do całości albumu. Z pozoru taka kolorowa, jasna i pozytywna, ale kryje się za nią jakieś drugie dno. Każdy kolor jest symbolem jednego z czterech tytułowych słów, a odcień sugeruje ich intensywność.

1. Birth

Poznane już przy okazji clipu do pierwszego singla z tej płyty. Nie wsłuchiwałam się wtedy. Birth – narodziny, symbol początku, czegoś co się rozpoczyna. Nowego życia. Piosenka zapowiada to, jak brzmi album, wzmaga głód usłyszenia całości.

2. Conquistador

Dobry, energiczny kawałek. W jakiś sposób jest dla mnie motywacją do walki. Do walki o to nowe życie, które rozpoczęło się w grudniu. Jest w niej parę fragmentów, zapadających mi mimowolnie w pamięć. A trojan whore – osoba przez nas kochana, posiadająca nasze zaufanie, nasze serce, a mimo to postanawiająca nas zdradzić, zostawić, rozerwać od środka. Jak Grecy podbili Troję ukrywając się w drewnianym koniu, tak ludzie pod pozorem miłości czy przyjaźni niszczą nas od środka. Rozrywają nasze serca na strzępy. We will rise again – ale mu powstaniemy. Musimy. Nie możemy im pokazać, jak bardzo nas to bolało. Musimy uczestniczyć w tej swoistej bitwie do usranej śmierci, jakkolwiek miałaby ona nastąpić.

3. Up In The Air

Jeden w bardziej popowych kawałków. Dobrze się do niego sprząta. Serio. Chociaż sama musiałam jej wielokrotnie słuchać, aby przekonać się do tego brzmienia. W każdym razie, piosenka dla mnie jest o upajaniu się. Nazwałabym to nawet byciem na haju, niekoniecznie narkotykowym. Upoić można się miłością, muzyką… niemal wszystkim. I’ve been up in the air Is this the end I feel? Up in the air Chasing a dream so real – bujałam w obłokach będąc pewna, że moje marzenia są bliskie spełnienia, ale nie. Mój świat się zawalił. Serce pękło na miliony maleńkich kawałków, zdawało mi się, że to koniec. A thousand times I tempted fate A thousand times I played this game – tyle razy przeżywałam coś podobnego. Tyle razy coś chrzaniłam swoim zachowaniem, całą sobą. Szkoda tylko, że tym razem to we mnie uderzyło tak mocno. Take no more.

4. City Of Angels

Magiczna piosenka od samego początku. Słuchając jej mam wrażenie, że jestem w Los Angeles – tytułowym mieście aniołów, spaceruję bulwarem zachodzącego słońca, wspinam się na hollywood hills… Coś naprawdę niesamowitego. Niewiele utworów jest w stanie dać mi tak silne przeżycia, a jeszcze mniej potrafi mnie przenieść w czasie i przestrzeni do zupełnie innego miejsca, niż to w jakim jestem. Miasto aniołów – miasto spełnianych marzeń, symbol domu, jako miejsca gdzie człowiek czuje się najlepiej. Dla mnie samej – symbol tego właśnie miejsca na ziemi, gdzie czuję, że powinnam być. Chciałabym kiedyś powiedzieć z czystym sumieniem I am home, jednak w tej chwili mimo całej mojej miłości do bliskich oraz tego miejsca, wiem, że tu nie pasuję. To nie jest TO miejsce.

5. The Race

Od pierwszego przesłuchania przypadła mi do gustu. Muzyka współgra z tekstem, całość łatwo wpada w ucho. Dwukrotnie poraziła mnie dobitność tej piosenki… You saved my life with blood and through sacrifice – może niektórzy powiedzą, co to zerwanie, miłość przychodzi i odchodzi, to nie powód by tracić chęć życia. Fakt, może tak jest, ale nie dla mnie. Jestem zbyt uczuciową osobą i zbyt wiele z siebie dałam, żeby od tak umieć się pogodzić ze stratą. Kiedy już nie miałam siły były przy mnie osoby, które mi pomogły, jednak najwięcej wiary w życie zaszczepiła we mnie muzyka. Idealnie pasujący tekst do mojej sytuacji oraz dawanie mi poczucia tego, że gdzieś tam jest moje miejsce i kiedyś je znajdę. Love is a dangerous game to play Hearts are made for breaking and for pain – to jest jedno z najbardziej prawdziwych fragmentów piosenek z jakimi się kiedykolwiek spotkałam. Miłość to ryzyko, nie ważne czego dotyczy. Czy chodzi o faceta, dziewczynę, zwierzaka, czy o pasję. Wszelkie rozczarowania bolą i ranią serce, jeśli tylko tej miłości oddało się siebie. Kochając – ryzukujemy.

6. End Of All Days

Albumowy wyciskacz łez można powiedzieć. Piękny w każdym calu. All we need is faith – bo wiara czyni cuda i wszyscy jej potrzebujemy.

7. Pyres Of Varanasi

Jeśli dobrze pamiętam, to chyba utwór autorstwa Shannona. Nie powiem, podoba mi się, dużo bardziej niż L490. Ma w sobie to coś, czego w tamtym brakowało. Dodatkowy plus: głowa od tego nie boli, tak jak od słynnej shannonowej michy.

8. Bright Lights

Drugi kawałek towarzyszący mi w najczarniejszym momencie mojej dotychczasowej egzystencji. Aktualnie mój faworyt z całego albumu. She dreams of love – marzę, śnię o miłości, o tym, żeby być kochaną. Żeby jedna i druga strona dawała z siebie tyle ile może. I forgive Had enough Time to live Time to love – jeszcze nie wybaczyłam, ale nadal próbuję. Za bardzo to boli, jednak za bardzo mi też zależy, żeby móc sobie pozwolić na stratę przyjaciela. Mimo to jestem przekonana, że nadeszła pora, żeby zacząć na nowo żyć i kochać.

9. Do Or Die

Skoczny, przyjemny kawałek.  And the story goes on! (…) Time to be alive – życie idzie do przodu, więc nie możemy zostawać w tyle. Czas by wreszcie zacząć żyć. I will never forget the moment, the moment – każdy ma takie momenty w życiu, które, choćby roztrzaskał sobie głowę, będzie pamiętał. Raz są to pozytywne momenty, innym razem negatywne. Pamiętam Coke i każdy wyjazd z batonami w tle. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nazwał mnie swoją dziewczyną, a potem każdy kolejny łamiący mi serce, aż w końcu ten, który wyssał ze mnie całą chęć życia. Pamiętam ogłoszenie każdego batonowego koncertu i własną reakcję. Pamiętam spacer po krakowskim rynku, niebieską bluzę i ślepia, fortepian, erę pingwinów. Pamiętam pierwsze opowiadanie oraz te będące dla mnie powodem poznania Juliana. Wiele rzeczy pamiętam.

10. Covergence

Przerywnik. Chwila oddechu od energicznego brzmienia. Odprężające bardzo.

11. Northern Lights

Przez ostatnie dni, od momentu usłyszenia Jareda śpiewającego to na ławce w nowojorskim parku, oczekiwałam tej piosenki i umierałam z potrzeby usłyszenia całej. Spodziewała się nieco innej melodii, chociaż przyznaję – podoba mi się. I cannot wait to dance upon your grave They don’t even have a soul left to be saved – tak, już ja wiem na czyim grobie bym chętnie zatańczyła.

12. Depuis Le Début

Słucham tego i wyobrażam sobie scenkę, kiedy facet siedzi sobie na werandzie swojego pokoju na typowej amerykańskiej wsi, z gitarą w dłoniach i zaczyna śpiewać. Tak jest z początku, ale zaraz potem utwór zmienia się. Słowa znikają, pozostaje sama muzyka. Cały album kończy melodia z pozytywki będąca niczym innym, jak fragmentem Jeziora Łabędziego Piotra Czajkowskiego.

Podsumowując: cały album jest dla mnie bardzo ważny. Jedne utwory są mi bliższe, a inne ciut dalsze. Mimo wszystko, jak do tej pory, LOVE LUST FAITH + DREAMS jest albumem najbardziej osobistym dla mnie. Myślę, że mogę powiedzieć iż ten album mnie uratował i pomaga mi stanąć na nogi, mimo tego całego gówna, jakie ma miejsce w moim życiu od kilku miesięcy.

35. Love, lust, faith and dreams are foundation stones of life.

Long time no see. Brak czasu, oj tak. Chwała za dodatkowy weekend wolności od szkoły teraz. Mogę nieco nadrobić zaległości internetowe. Zacząć powinnam od moich ficów, ale prawda jest taka, że jak tylko siadam do ich pisania, moje pokłady chęci znikają. Będę się starać dodać coś tak szybko jak się uda ale nic nie mogę obiecać… Anyway, czy mi się zdaje, czy objętość moich włosów się jeszcze bardziej zmniejszyła? Zaczynam się obawiać, że tabletki nie działają, dammit.

Love, lust, faith and dreams are foundation stones of life.” – Jared Leto w wywiadzie dla Teraz Rock

Zgrzeszyłam dzisiaj zajrzawszy do kiosku w celu zakupu gum do żucia, gdyż natknęłam się tam na pięknie uśmiechającą się do mnie okładkę Teraz Rock. Kupiłam, a co mi tam! W środku można znaleźć bardzo ciekawy wywiad z samym panem Leto oraz z Ville Valo. Mi jednak pozostaje nadal kombinować nad pre-orderem LLF+D.

W trakcie mojej nieobecności tutaj doczekaliśmy się premiery teledysku do Up In The Air. Szczerze powiedziawszy klip mnie nieco zaskoczył, bo był nadzwyczaj dobry, jak na tę piosenkę, która przecież oswoiła mój mózg ze sobą na długo po swojej premierze.

Klip jest sklecony z masy krótkich ujęć, które normalnie można by uznać za totalny bajzel bez ładu i składu, jednak tutaj ten bajzel ma sens. Sama piosenka od początku kojarzy mi się z takim byciem na haju. Człowiek myśli, że może wszystko – nawet latać. Na początku klipu pojawia się sekwencja słów tworzących nazwę czwartego krążka zespołu, gdzie przy słowie DREAMS możemy ujrzeć zbliżenie na usta w których pojawia się tabletka. Sceny zmontowane w klipie przewijają nam się przed oczami dość szybko, co również może się wiązać właśnie z działaniem pod wpływem, kiedy to wszystko się robi szybciej, a człowieka aż rozsadza energia.

Największym plusem teledysku jest Shannon za perkusją, którego pasja jest niemal namacalna. Scena, kiedy Jared wskakuje na perkusję strasznie dobrze wyszła, przez chwilę miałam wrażenie, jakby skokiem przesunął perkusję dopiero po chwili zauważyłam, że to trik z kamerą. Zaskoczona byłam słysząc o tym, że pojawia się tam również Dita Von Teese. Ze swoją charakterystyczną urodą wpasowała się, ale nadal nie rozumiem, dlaczego ubrano ją akurat na różowo, bo bardziej wyrazisty kolor bardziej by pasował, a tak, sceny z nią były dość mdłe. Zaangażowanie olimpijskich gimnastyczek było dość ambitne muszę przyznać, podchodziłam do tego dość sceptycznie, a teraz muszę przyznać, że sceny z ich udziałem stanowiły jedne z najlepszych w całym clipie.

Moją ulubioną scenę jest scena bitwy na farby w proszku? Kredę? Nie mam szczerze pojęcia czego użyli, ale wygląda to niesamowicie. Ktoś na twitterze podsumował to hasłem: MAKE ART NOT WAR. Niesamowicie trafnym. Może i motyw takiej bitwy jest według niektórych często spotykany w popowych teledyskach, ale tutaj wyszedł świetnie. Cieszy mnie fakt, że z tego czego się dowiedziałam z pierwszej ręki właściwie, mimo wcześniejszych obaw co do ilości pozostałego na kręcenie czasu, udało się tę bitwę nakręcić łącznie ze zbliżeniami.

Find The Argus Apocraphex

Thirty Seconds To Mars - Up In The Air[22-21-40]

Korzystając z odrobiny czasu obejrzałam również film nakręcony na podstawie książki Stephenie Meyer The Host. Szczerze powiedziawszy jestem zawiedziona, bo film jakoś nie zachwycił mnie. Akcji tam brak, nie licząc odrobiny na początku, kiedy Wagabunda ucieka z miasta, oraz potem, kiedy ludzie wracają z zaopatrzeniem do obozu i są ścigani. A tak? Ot taka historyjka o zyskiwaniu zaufania i sile przyjaźni. Jeśli ktoś chce jęczeć na Zmierzch, jaki to koszmarnie nudny film jest niech obejrzy Intruza. Ogólnie film ogląda się przyjemnie, ale nic poza tym. Największym plusem jest Diane Kruger, lecz niestety nie błyszczy tutaj zbytnio jej osoba. Saroise Ronan również nie zachwyca mimo swojego talentu, a może po prostu nie pasuje mi do tej roli… Anyway, jeśli szukamy kunsztu aktorskiego, porywającej akcji lub chcemy interesująco spędzić wieczór, odradzam ten film. Jest średni i to ze sporym przymknięciem oka.

Romance does give you motive. Somebody’s always lovin’ somebody they shouldn’t be lovin’.

Zaczynam czuć to podniecenie na myśl, że za miesiąc będę prawdopodobnie pakować się do wyjazdu. Podekscytowanie miesza się u mnie z obawą, dlatego jest to raczej dość przygaszone uczucie. Chcę, żeby wszystko wypaliło, żeby udało się ogarnąć to, co jest do ogarnięcia. HOLYFUCKINGUACAMOLEY! Tylko 5 tygodni…

Sometimes a crime of passion is not realizing the passion in time. While other times the crime is not seeing the world as it is.