71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Reklamy

62. Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

Szaleństwo zaczęło się w przedostatni dzień pracy, przed wylotem, kiedy to oczekując na moją zmianę posłałam w przestrzeń tweeta, w którym pytałam Tomo, czy cieszy się na ich show w Londynie. Serce mi zamarło, kiedy zobaczyłam fragment powiadomienia w telefonie pisanego capslockiem.

Nie potrafiłam się ogarnąć i nie dochodziło do mnie, że już za kilkadziesiąt godzin znajdę się w samolocie, żeby udać się w pierwszą zagraniczną podróż. To było trochę jak sen, bo z jednej strony wiedziałam, że to się dzieje, ale z drugiej coś tłumiło to uczucie. Wieczór przed wylotem czułam wykręcające mi się na wszystkie strony wnętrzności, ten parszywy ucisk w żołądku. Nie mogłam spać, budząc się średnio co godzinę z natłokiem myśli. Na całe szczęście wczesny poranek uwolnił mnie od nerwów, by pozostawić miejsce jedynie niepokojowi.

Pozdrawiam pana taksówkarza, który sam zaczął nas zagadywać, a jak już postanowiłyśmy ładnie podyskutować zamilknął, jak zatkana kanalizacja. Na szczęście wszystko na lotnisku poszło sprawnie i wraz ze Smokiem mogłyśmy wylecieć na spotkanie nowej przygody.

Bałam się samego lotu. Kurewsko się bałam tej świadomości, że pode mną nie ma nic prócz paru pierwiastków chemicznych, które wcale nie powstrzymują działania siły grawitacji. Niesamowitym zaskoczeniem stało się dla mnie odprężenie, jakie czułam podczas podróży. Przecudne widoki wschodzącego słońca, czy miasta w dole mieniącego się tysiącem świateł zapamiętam na długo. Gdybym miała wybrać ulubioną część lotu, zdecydowanie wskazałabym lądowanie.

DSC_0896Pierwszy dzień pobytu minął nam na zwiedzaniu Natural History Museum i Museum of Science. Trochę pogadałyśmy z kościstymi kolegami, pobawiłyśmy się zabawkami i mogłyśmy udać się na jedzonko. Nie pamiętam nazwy potrawy, ale wiem, że jadłam ryż z sosem z białego wina, grzybami, cebulą i jeszcze czymś. Pychota!

Kolejnym dniem był ten, na który czekałyśmy. Jeśli jest coś cięższego niż wstanie po tygodniu pełnym niewysypiania się, ze świadomością, że dzień, który ma się zacząć będzie długi, to chętnie poznam, co to jest. Razem ze Smokiem nie mogłyśmy zwlec się z łóżka, a co dopiero wyjść i dojechać do Millennium Dome. Świadomość zobaczenia chłopaków jednak pomogła i po godzinie 11, po zjedzonym śniadaniu, siedziałyśmy w pociągu jadącym na Waterloo, gdzie czekała nas przesiadka na metro. Dotarcie do O2 nie przysporzyło nam problemów, tak samo jak odnalezienie grupki Echelonu, wśród której była osoba z biletem dla Smoka. Podczas kiedy ona robiła wymianę, ja podeszłam do Mimi, poznanej przez twittera spory czas temu. Wreszcie mogłam ją uściskać! Wspaniałe uczucie!

Poszukiwanie wejście na O2 Arena może nie należało do wielce skomplikowanych, ale trochę nas zakręciło. Widziałyśmy rozkładające się stoisko z merchem, oblegane zaraz po koncercie, a parę minut później stałyśmy już pod samą areną, badając wzrokiem kolejkę mających general tickets. Dojrzałyśmy grupkę z Polski, jednak nasze głowy zajmował soundcheck. Do 13 zostało niewiele czasu i musiałyśmy zająć miejsce w kolejce do odebrania opasek umożliwiających wstęp. Nie obyło się bez lekkiego zamieszania i nerwów.

Samo oczekiwanie na soundcheck było długie i diabelnie zimne. Przed nami stała Marylin, ta sama, która na koncercie dostała się na scenę, a za nami Mimi i cała masa ludzi spragnionych wejścia na soundcheck. Czekanie umiliła wszystkim pizza rozdana przez team AIW. Niby najprostsza pizza z serem, a przyniosła tyle radości! Przynajmniej mieliśmy, można powiedzieć, zapewniony obiad. W każdym razie, po 2 lub 3 godzinach marznięcia nadszedł ten wyczekiwany moment.

Soundcheck spędziłyśmy przy wybiegu dla J’a. Może nie zaszczycili nas żadnym bardziej pożądanym utworem, ale nawet to kilkukrotne Vox Populi czy Bright Lights było czymś, co wspaniale było usłyszeć. Sam fakt, że mieliśmy daną szansę, żeby choć w tycim stopniu zobaczyć, jak się przygotowują do koncertów, jest dla mnie bardzo wyjątkowym wspomnieniem.

DSC_0970Stali tak bliziutko! Na zawsze zapamiętam „blah blah blu bli”, które ze Smokiem przedrzeźniałyśmy, albo moment wkroczenia na scene Artemisa. Słodka matulu! Słyszałam moje maleństwo na czysto, bez żadnego podkładku, perkusji, drugiej gitary czy basu. ARTEMIS SOLO. Jedno z marzeń spełnione. Gdybym jeszcze tak mogła go zmacać! Musi mi jednak wystarczyć to, jak bezczelnie wgapiałam się w krocze Jareda, gdyż było zakrywane przez Artemisa właśnie. Nie zwracałam uwagi na jego twarz, na ruchy, tylko na palce sunące po gryfie i te szarpiące struny.

Potem wszystko poszło bardzo sprawnie. Rozdzielone ze Smokiem, udałyśmy się z Agnieszką na meet & greet z zespołem. Był to dla mnie wczesny prezent urodzinowy i muszę przyznać, że bardzo pozytywnie to wspominam. Zupełnie zmieniłam zdanie odnośnie tzw. „goldenów”. To jest świetny pomysł, tym bardziej jeśli ktoś nie ma szczęścia, żeby ich spotkać na ulicy. Sama możliwość stanięcia obok nich, powiedzenia chociażby głupiego „Hello” wiele znaczy i  jest warta tego, żeby za to zapłacić. Tym bardziej, jeśli zespół jest czymś więcej dla danej osoby niż tylko grupką celebrytów, których się słucha. Sama, żeby zrozumieć musiałam przeżyć to na własnej skórze. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy omal się nie rozkleiłam, albo signingu czy samego momentu zdjęcia. Może nie rejestrowałam wszystkiego, tak jak powinnam, ale to, co zapamiętałam jest dla mnie wyjątkowo cenne.

IMG_0097Co do samego koncertu… Supportem był zespół You Me At Six, wcale nie tak powalający, jak mogłoby wskazywać na to podniecenie gawiedzi. Z ich setu w ucho wpadły mi może dwa utwory Lived A Lie oraz Underdog, o ile dobrze pamiętam tytuły. W każdym razie nie mogłam się doczekać głównego punktu wieczoru. Chwilami nawet marzyłam, żeby już było po, bo dzień był strasznie długi i obfity w emocje, ale na szczęście czas do pierwszych dzwięków Birth minął bardzo szybko. Ludzi przybywało z każdą chwilą, a w momencie rozpoczęcia cała płyta, aż do samego baru na jej końcu była zajęta przez ludzi ze średnią wieku o wiele wyższą niż można zobaczyć na koncertach w Polsce.

DSC_0100

Nie myślałam, że tak za nimi się stęskniłam dopóki nie zobaczyłam kochanej trójcy na scenie. To niesamowite, jak bardzo uzależniłam się od ich koncertów, a ten był tak samo wyjątkowy, jak mój ukochany Kraków. O ile nie bardziej nawet! Piękny widok podczas City Of Angels rozpostarł się przede mną, kiedy powędrowałam wzrokiem w stronę trybun. Confetti i światła tylko uzupełniały ten koncert pełen niesamowitej atmosfery, tak innej niż koncerty, na których już byłam. Czułam się szczęśliwa, spełniona i czułam się na swoim miejscu. Tak bardzo tęskniłam za tym uczuciem. Byłam po prostu szczęśliwa. To był pierwszy koncert naprawdę wolny od zmartwień i od świadomości, że samolubnie postanowiłam spełniać własne marzenia, a nie tkwić w domu. Coś się w moim życiu odblokowało i od soboty nie mogę przestać się uśmiechać.

DSC_0103O2 na zawsze pozostanie w moim serduchu w wyjątkowym miejscu, tak samo jak Kraków. Stay wykonane tuż przed finałowym Up In The Air skradło moje serce. Było w tym coverze coś, co rozbroiło mnie jakimś emocjonalnym ładunkiem. Stałam niemal osłupiała od uczuć przelatujących mi przez głowę w tamtym momencie. Coś niesamowitego.

DSC_0104

Niedzielę spędziłyśmy na dochodzeniu do siebie po sobocie. Zjadłam najpyszniejsze penne pod słońcem i wyśmiałam się za wszystkie czasy. Chyba dopiero w poniedziałek, podczas zwiedzania doszło do mnie naprawdę, gdzie jestem. Zobaczyłam London Eye, Big Bena i uderzyło mnie to, jak realny jest fakt, że jestem w Londynie. Po raz pierwszy poza Polską. Holy moly.

DSC_0127 DSC_0129 DSC_0143 DSC_0145 DSC_0165 DSC_0167 DSC_0172 DSC_0177 DSC_0181 DSC_0182 DSC_0184 DSC_0190 DSC_0198 DSC_0202 DSC_0210 DSC_0211 DSC_0216 DSC_0217 DSC_0977 DSC_0983 DSC_0993 DSC_1001 DSC_1002 DSC_1004 DSC_1006 DSC_1008 DSC_1010 DSC_1014 DSC_1017 DSC_1026 DSC_1029 DSC_1033Niesamowitym uczuciem było znaleźć się na Trafalgar Square, gdzie rozgrywa się akcja książki, którą niedawno się czytało. Możliwość wyobrażenia sobie poszczególnych scen dała tyle radości, ile małemu dziecku daje lizak! Szkoda, że tyle czasu zeszło nam na szukanie Starbucksa, bo może zobaczyłybyśmy więcej, ale tak, przynajmniej mamy też wyjątkowe wspomnienie dotyczące tejże kawiarni.

Może nie zobaczyłyśmy wszystkiego, ale to, co nas najbardziej interesowało owszem. Zawsze mamy po co wrócić, skoro nie zobaczyłyśmy wszystkiego.

IMG_0140Stokrotnie dziękuję Agnieszcze, za tą możliwość, za ten wyjazd. Prawdopodobnie będę dziękować przez najbliższe pół roku jeszcze, ale nie potrafię wyrazić słowami, jak wdzięczna jestem za to, co dla mnie zrobiłaś! Postaram ci się jakoś odwdzięczyć.

Thank you for the dreams. Thank you for the memories.

london-2

45. WARsaw part II. The final cut.

Kilkadziesiąt godzin temu zlądowałam do domu. Wróciłam z Warszawy – miasta, do którego zaczęłam się przekonywać, po tym, jak zobaczyłam więcej niż tylko centrum i starówkę zimą. Stolica nie jest w cale taka brzydka. Mogę się skusić na stwierdzenie, że jest całkiem ładna. I bardziej zielona niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Szkoda tylko tych dni z dość pochmurną i deszczową pogodą, bo przecież można było tyle zobaczyć. Anyway…

W niedzielę byłam z Julianem na lotnisku. Od tak, przejechać się. Byłam ciekawa, jak to lotnisko wygląda. No, a że był akurat lot z Berlina popatrzyłyśmy na ludzi przylatujących, no bo a nuż? Zamiast Marsa zobaczyłyśmy naszą rodzimą Anje Rubik przechodzącą dwa metry od nas, a zza naszych pleców wyskoczyła zgraja paparazzich. Potem przewinął się również słynny polski detektyw – pozer, jeszcze niższy i z bardziej kwadratową czupryną niż w telewizji. Marcin Tyszka też się całkiem niższy wydawał… WYDAWAŁ.

Do poniedziałkowego wieczora czas zleciał. Później jednak zaczęło się szaleństwo. W trójkę poczłapałyśmy do miasta na spacer po starówce. Mijał nas wysoki, lekko podchmielony chyba pan fotograf wymieniony przeze mnie chwilę wcześniej. Według Smoka ładnie pachniał. Mi się rzuciło raczej w oczy to, jak szedł. Model na wybiegu. Serio.

Do domu wróciłyśmy pierwszym tramwajem, po godzinie 5 rano. Stolica jest magiczna wieczorem, zwłaszcza starówka. Wcześniej tego wieczora, jakiś debil prawie by nas przejechał, bo się musiał popisać swoim gratem po tuningu.

2 godziny snu to nieco za mało, ale koncertowa adrenalina zaczęła krążyć w żyłach. Kolejny spacer po starówce zaowocował kolejnym widokiem Anji Rubik…

W każdym razie, koncert miał się zacząć o 22. Na Bemowo dotarłyśmy w połowie koncertu Paramore. Akurat zaczęli grać Decode. Omamusiu. Jak to genialnie brzmi, tak dawno tego nie słuchałam. Potem jeszcze moje kochane Let the flames begin. OH, LORD. Może i przejadłam się tym zespołem, ale miło było usłyszeć te dwa kawałki na żywo.

Stereophonics nie zwaliło mnie z nóg, chociaż grali całkiem miło dla ucha. Miła dla ucha, ale nic poza tym. Serce mocniej mi zabiło, kiedy w niedługiej ciszy po koncercie walijskiego zespołu, rozbrzmiały pierwsze dźwięki Birth. Nie myślałam, że da się za czymś tak mocno tęsknić, a jednak.

1. Birth

Birth nie wywołuje aż takich ciarek jak Escape, ale pasuje na początek takiego show. Sama melodia przypomina mi trochę taki cyrkowy klimat, jakby za chwilę miał się rozpocząć spektakl z udziałem akrobatów.

2. Conquistador

Conquistador jest niesamowicie energetycznym kawałkiem. Myślę, że można nazwać to drugim Night Of The Hunter. Nogi same rwały się do skakania.

3. Kings & Queens

Pierwsze dźwięki wywołały jęk protestu. Utwór średni i jak dla mnie, zdecydowanie lepiej brzmi na płycie niż na żywo, ale to moja opinia. Pięknie za to na żywo brzmi moment „The age of man is over„.

4. This Is War

Najsłabsza piosenka chyba ze wszystkich płyt. Na koncertach brzmi koszmarnie, ale za to ma łatwy tekst idealny do śpiewania przez publikę.

5. Night Of The Hunter

Parę wspomnień mi się z nią wiąże. Usłyszeć ją na żywo po półtora roku to świetna sprawa. Tym bardziej, że na pierwszym koncercie w Krakowie związała się ona nierozerwalnie z moim życiem, i nie tylko moim.

6. Search & Destroy

Przykład na to ile utwór może zyskać w wykonaniu live. Szkoda tylko, że zatrzymanie ludzi było tak strasznie sztuczne.

7. City Of Angels

Piosenka, która uratowała mi w grudniu życie została premierowo zagrana w Polsce. Muszę wspominać ile to dla mnie znaczyło? Moja reakcja przypominała tą z Krakowa z 2010, gdzie z początku nie dowierzałam w to, co słyszę. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zaskoczenie, by chwilę później w moich oczach zaszkliły się łzy. Ryczałam całą piosenkę nie będąc nawet w stanie jej odśpiewać. The silver of a lake at night The hills of hollywood on fire A boulevard of hope and dreams Streets made of desire… Moja dusza przez te kilka minut była w niebie. Cały ból zadawany mi przez otaczający mnie świat zniknął, a ja byłam w tej samej chwili na festiwalu Impact oraz w Mieście Aniołów. Słuchać tego utworu na żywo z zamkniętymi oczami to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie mogłam doświadczyć w życiu.

8. Vox Populi

Woks popjulaj, to jeden z utworów przeze mnie bardzo lubianych. Niestety, tutaj zabrzmiał raczej jak niepotrzebny dodatek. Zabrakło mi momentu z przykładaniem latarki do serducha… Oh well.

9. End Of All Days

Czy możemy zatrzymać się tu na chwilę, żeby docenić piękno tej piosenki? Jejku, to jest genialne zwłaszcza na żywo. Nic dodać, nic ująć.

10. Pyres Of Varanasi

Lub Pyry z wakacji, zależy jak kto woli. Fajny motyw z akrobatami. Dobre na chwilę odsapnięcia od full bandowego szaleństwa, jednak chyba wolałam Shannonowe L490 (oczywiście bez michy).

11. The Kill

Niemal perfekcyjnie. Niemal, bo początek totalnie schrzaniony. W każdym razie, połączenie akustycznej wersji z full bandem nastąpiło w idealnym momencie. Chylę pokłony za to.

12. Do Or Die

Kolejny energetyczny kawałek. And the story goes on… Jest świetny zarówno w wersji studyjnej, jak i live. Nie dziwie się Julianowej miłości do tego kawałka.

13. Alibi

„I promise you that we will be returning to this city very very soon”

OH MY FEELS. Alibi grane full bandem, to coś, co trzeba usłyszeć na żywo przynajmniej raz w życiu. Piękne, piękne i jeszcze raz piękne. „Welcome home” wyskandowane przez tłum przy pierwszych dźwiękach przyprawia mnie o łzy wzruszenia.

14. Closer To The Edge

Od Coke to chyba jedna z niewielu rzeczy, jaka przy trasie promującą nową płytę się nie zmieniła. Od czasu trasy promującej This Is War utwór ten znajdował się zawsze tuż przed finałowym.

15. Up In The Air

Kiedy Delish powiedziała, że będzie to genialne na koniec zamiast nużącego już Kings & Queens przyznałam jej racje. Up In The Air jest genialne jako zwieńczenie półtorej godzinnego show.

goldpolandwar-tx

Biorąc na podsumowanie, koncert na Impact Fest był rewelacyjnym show, mimo ciągnących się przerw między utworami i drobnych wpadek. Ci, których to był pierwszy koncert, powinni być zadowoleni. Nie było może atmosfery z Coke, czy setlisty z pierwszego dnia w Łodzi, ale mimo to, publiczność bawiła się świetnie, a nowe utwory porywały nawet fanów Rammstein.

„My grandpa’a favourite polish meal was kielbasa, mine is pierogies & Shannnon’s are polish girls.”

Wspomnienie Jareda o ulubionych potrawach było nieco niedopasowane. A może to był jeden z bardzo niewielu spontanicznych momentów? W każdym razie mamy się z czego śmiać. Zdjęcie z tłumem i złotą płytą, jaką zarobiło Love Lust Faith + Dreams mogłoby zawisnąć na mojej ścianie.

Z mojej strony ten koncert jest najbardziej osobistym doświadczeniem. Generalnie całość koncertu strasznie wydawała mi się, jakby ktoś chciał powtórzyć w jakiś sposób Coke, jakby ten koncert wzorowany był na tamtym sprzed prawie trzech lat. Mogę się mylić, ale takie miałam odczucia podczas niemal całego show. City Of Angels oraz Alibi rozbroiły mój system psychiczny przez co teraz odczuwam gigantyczne PCD. Tak, po raz pierwszy w życiu odczuwam Post Concert Depression. Cieszę się jednak, że moje podziękowanie zaraz po show zostało zauważone.

654Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią tego wypadu do stolicy. Tym, którzy byli na koncercie i tym, którzy wytrzymywali ze mną. See you very very soon!

10. Are you trying to save my soul?

Zbliża się rok 2013. Dla mnie będzie to rok życiowych zmian, czuję to. Właściwie to nie tylko zmian, ale też pogoni za marzeniami, bo wreszcie w pełni mogę oddać się gonitwie za tym czego pragnę. Może jedne moje marzenia legły w gruzach, jednak są jeszcze te inne, prawda? Te, których nie mogłam spełniać wtedy a mogę zacząć po nie sięgać teraz. W tej chwili, mimo ciężkiego okresu w życiu, jestem pełna pozytywnego nastawienia to tego, co wkrótce ma się zacząć dziać. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, sama zaczynam się powoli godzić z tym, co się stało. Pora zająć się sobą, swoimi pragnieniami i marzeniami.

Sleep. Dream. Wake. Attack. Create. Fight. Fuck. Win. Sleep. Dream.

Znacie koncertowy rozkład jazdy na nadchodzący rok? Oto kilka naciekawszych.

20 marca – Klub Palladium w Warszawie – Hurts

31 maja do 2 czerwca – URSYNALIA – Kampus SGGW w Warszawie – H.I.M., Bullet For My Valentine

4 czerwca – IMPACT FESTIVAL – Lotnisko Bewmowo w Warszawie – Rammstein

5 czerwca – IMPACT FESTIVAL – Lotnisko Bewmowo w Warszawie – 30 Seconds To Mars

18 czerwca – Atlas Arena w Łodzi – Green Day

19 czerwca – PGE Arena w Gdańsku – Bon Jovi

3 do 6 lipca – HEINEKEN OPEN’ER FESTIVAL – Lotnisko Gdynia-Kosakowo – Blur, Kings Of Leon, Queens Of The Stone Age, Arctic Monkeys

6 lipca  – Klub Stodoła w Warszawie – Joe Satriani

25 lipca – Stadion Narodowy w Warszawie – Depeche Mode

Sporo jak narazie, prawda? A to dopiero początek ogłoszeń na przyszłe lato. Czerwiec zapowiada się mega intensywnie dla mnie. Zaczynając od Ursynaliów, przez Impact Fest, a na łódzkiej Atlas Arenie skończywszy. Aż się boję, co może przybyć na CLMF w Krakowie. Pomijam, że w czerwcu również mam sesję zaliczeniową na uczelni, a do kin wchodzi Man of steel, którego nie mogę się doczekać. Jedyne, co pozostaje, to znaleźć fundusze na te podróże.

“There was one great tomb more lordly than all the rest; huge it was, and nobly proportioned. On it was but one word, DRACULA.” ― Bram Stoker, Dracula

Plany. Marzenia. Marzenia. Plany. Tak ciężko odróżnić od siebie te dwie sprawy. Dlatego ja mam zamiar połączyć jedno z drugim. Marząc planuję i planując marzę. Zaczynam zbierać na podróż do Rumunii razem ze Smokiem, a może nawet z Jul. W każdym razie marzę, aby zobaczyć ten kraj, zwiedzić Bran, Rasnov i jeszcze parę miejsc…

What a mystery this world, one day you love them and the next day you want to kill them a thousand times over.

The Fall, czyli po polsku Magia Uczuć. Jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam. Surrealistyczny, momentami zalatujacy inspiracją w twórczości Salvadora Dali, wzruszający, a co najważniejsze strasznie wciągający.

5 letnia Alexandria podczas pobytu w szpitalu poznaje kaskadera Roy’a Walker’a, który z powodu poważnych obrażeń odniesionych na planie filmowym jest przykuty do łóżka. Mężczyzna opowiada małej historię pełną miłości i zdrady, jednak jak się później okazuje, ta bajka ma też drugie dno.

Sama nadal próbuję poukładać sobie wrażenia po obejrzeniu tego filmu, jednak nadal jestem pod ogromnym wrażeniem. Gra aktorska na bardzo wysokim poziomie, dostosowana do każdej postaci. Catinca Untaru grająca Alexandrię była wprost przeurocza z tym swoim akcentem, a mimo 8 lat jakie wówczas miała, zagrała bardzo dobrze jak na dziecko. Na temat Lee Pace’a nie powinnam się wypowiadać, bo aktualnie przeżywam istną fascynację jego osobą, ale to co pokazał w tym filmie zasługuje na pochwałę.

Why so serious?

W święta planuję zabrać się za parę filmów, które mam przygotowane do oglądania. Wśród nich znajduje się The Dark Knight RisesTown Creek oraz The Amazing Spider Man. Może te święta nie będą tak tragiczne, jak się zapowiadają. Zobaczymy.

7. Until we meet again.

Notka z dnia 12 grudnia 2011:

Jeśli Jared Leto mówi, że ma niespodziankę, to wiedz jedno: na 99% chodzi o kolejny show. Tym razem jednak było nieco inaczej. Jednym z dwóch sekretów, owszem była data, ale drugi miał wkrótce wywołać u mnie nieopisane emocje.

The secret is out.

300 show zbliżał się wielkimi krokami, a ludzie wciąż prosili o live stream z koncertu. Darmowy oczywiście, bo nikt nie miał zamiaru płacić, jednak zespół z szanownym panem Leto na czele ogłosił inaczej. 15$, tyle właśnie kosztowała ludzi przyjemność oglądania tego wyjątkowego gigu na żywo z Nowego Jorku (miasta moich marzeń). W pierwszej chwili uznałam to za chory pomysł. Płacić ok. 50zł za zwyczajny stream? O nie, nic z tego! Co jak się zatnie? Co jeśli łącze/modem/internet zastrajkuje? Po dłuższym zastanowieniu i rozważeniu całej sprawy uznałam, że jeśliby oglądać nawet w jakieś 5 osób to te 10zł to nie jest majątek, więc dlaczego nie? W grupie raźniej, a złożyć się to przecież nie problem. Cały stream nosił tajemniczą i z niczym nie kojarzącą się wtedy jeszcze nazwę – VyRT.

Siedząc u cioteczki i pilnując babci dowiedziałam się, że Sophie (30STMVOTE) ma do rozdania bilet na VyRT. Zgłosiłam się stwierdzając, co mi szkodzi, nie mam nic do stracenia. Na pytanie w formularzu dlaczego bilet miały trafić do mnie odpowiedziałam szczerze, że to dla  NYC to miasto moich marzeń i chciałabym kiedyś być tam na ich koncercie, a poza tym wspaniale byłoby obejrzeć Mars300 wraz z przyjaciółmi (planowałam wtedy pokombinować z Karoliną żeby obejrzeć wspólnie).

Po części nawet zapomniałam o moim zgłoszeniu, jednak kiedy Sophie rozpoczęła wybór wygranych i wysyłanie DMów, ja nie liczyłam na takowego, jednak skrzynkę sprawdzałam dla własnego spokoju. Już miałam iść spać, kiedy po raz ostatni sprawdziłam i o mało się nie wydarłam. Ucieszyłam się z wygranej tak jak wtedy kiedy wygrałam płytę AFI. Problem biletu był załatwiony…

Koniec końców umówiłyśmy się z Demonem, że to u niego obejrzymy. We trójkę powinno nam być wprost idealnie, ale wtedy postanowiła się do nas dołączyć Auga. Umówieni, mogliśmy już tylko odliczać do godziny 0:00 w nocy z 7 na 8 grudnia.

Wreszcie nadszedł 7 grudnia. Od rana spędziłam dzień poza domem, planując, że popołudniu się prześpię, gdyż z Karoliną umówiona byłam na 21. Dzień ciągnął się niemiłosiernie, a ja czułam się jak przed prawdziwym koncertem. Podekscytowanie mieszało się z uczuciem szczęścia i słodkiego oczekiwania. Oczywiście nie było szans, żeby się wyspać. Przeleżałam może z pół godziny w łbem w poduszce i to musiało mi wystarczyć na całą noc.

Po 21 razem z Karoliną wyszłyśmy z domu, zaopatrzone w prowiant na nasz nocny koncert i wsiadłyśmy w autobus linii 82. Na przystanku, gdzie wysiadłyśmy spotkałyśmy się z Augą i ruszyłyśmy dalej. W deszczu po lekkich trudach dotarłyśmy na TĄ ulicę. Stojąc i czekając aż Demon odbierze telefon rozglądałyśmy się po okolicy. Pominę może fakt, że musiałyśmy po ulicy gonić uciekające mandarynki, a na jednym z balkonów czyhał morderca z czymś w ręku. Koniec końców trafiłyśmy do mieszkania naszego kolegi.

Gospodarz zaoferował nam herbatkę oraz wspólne oglądanie finału Tap Szpadl z jego współlokatorami. Anyway, po 23 zaczęło się oczekiwanie na koncert. Rozwaleni na kanapie, z masą żarcia przed sobą i zalogowani na ustream mogliśmy rozkoszować się tym co miało nastąpić. Nie obyło się bez spekulacji na temat setlisty.

Can I macu macu your Artemis?

Spodziewaliśmy się czegoś starszego, z uwagi, że to swojego rodzaju pożegnanie przed przerwą. Karolina uparcie przekonywała jakoby miało się pojawić The Story, a ja pragnęłam znów zobaczyć Artemisa. Noc zapowiadała się cudownie, a to przecież był dopiero początek. W międzyczasie dowiedzieliśmy się o problemach ekipy krakowskiej, która uzyskała błędny kod i nie mogła się do końca zalogować, jednak koniec końców udało im się to i mogli obejrzeć show.

Dokładnie o północy na ekranie monitora pojawiły się dwie pocieszne mordki – młodszego Leto i Tomo. Potem Shannon na wyrku do masażu, wyglądający jakby się nieźle najarał… Stream się zacinał chwilami, ale po jakimś czasie zmniejszyliśmy jakość z high na low i nie widząc praktycznie różnicy mogliśmy oglądać dalszą część streamu bez niepotrzebnych przerw.

Zdaje mi się, że było coś koło 2:30, kiedy rozpoczął się pamiętny 300show.

1. Escape

Widziec „od kuchni” jak się zaczyna koncert to coś wspaniałego. Sam utwór jest moim zdaniem idealny na otwarcie koncertu, a widząc jak Jared zaczyna śpiewać, jeszcze nie pojawiwszy się na scenie, racząc przy tym widzów jednym ze swoich firmowych eyefucków.

2. A Beautiful Lie

Moje pytanie brzmi: Gdzie NOTH?! Nie pasuje mi takie otwarcie koncertu… Może to z przyzwyczajenia, bo na każdym show w Polsce grali NOTH jako drugie? Anyway, cudownie było usłyszeć ją znowu, w pewnym sensie, na żywo.

3. This is War

Czyli piosenka, której niecierpię na koncercie. Nie brzmi mi ona zbyt dobrze, muzyka jest jakaś taka nijaka, a wokal ledwo słychać. Fakt faktem, że tekst ma świetny do wydzierania się, jednak i tak nie jestem do niej do końca przekonana.

4. 100 suns

Piękne uzupełnienie poprzedniej. Coś wspaniałego.

5. Search and Destroy

Piosenka jak piosenka. Dla mnie nie jest jakoś wybitna, wiąże się jednak ze wspaniałymi wspomnieniami. Biorąc jednak pod uwagę ten konkretny show, brzmiała świetnie. Co by to było, gdyby muzyka nie została wstrzymana, a Jared nie zmuszałby publiki do większej zabawy? Musiał to zrobić, trzeba też przyznać, że podziałało. Z początku drętwa publika rozkręcała się od tego momentu.

6. Vox Populi

Piosenka marzeń, jak to sobie o niej mówię. Wytupywanie jej łącznie z klaskaniem powodowało uczucie współczucia dla sąsiadów mieszkających piętro niżej.

7. Night of the Hunter

To co powinno zostać zagrane raczej jako drugi utwór było siódme. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Mimo wszystko w tym momencie przypomniały mi się polskie koncerty, od Krakowa począwszy, na Łodzi skończywszy. Cała piosenka była przez nas zaśpiewana bardzo donośnie, aż uśmiech cisnął mi się na twarz.

8. L490

Miska na scenie i Shanimal gotujący zupkę. Utwór ma coś w sobie i to nie tylko w wersji jaką słyszałam do tej pory na żywo, ale też w tej. Muzyka sprawia, że ciężko skupić się na czymś innym, porywa duszę w głębię odczuć. Niesamowite.

9. Kings and Queens

Mały fragmencik, jednak wystarczał aby przypomnieć jak cudownie ta piosenka brzmi w wersji akustycznej.

10. Alibi

 Jeśli piosenkę można nazwać wyciskaczem łez, to jest nim zdecydowanie Alibi. Osobiście uważam wykonanie akustyczne za nie wyciągające z niej pełni mocy.

11. Was it a dream?

Cudna, szkoda, że grana dość rzadko.

12. Hurricane

Sama nie wiem, czy wolę akustycznie czy full bandem, jednak mimo wszystko ten utwór jest  hipnotyzujący w jakiś sposób.

13. The Kill

Czysta perfekcja. Utwór grany w połowie akustycznie, w połowie full bandem. Nic dodać, nic ująć. Leto rozstępujący tłum, niczym Mojżesz Może Czerwone, przeciskający się przez tłum i wyciągany przez ochronę z niego… Koszulka praktycznie zerwana… Szaleństwo.

14. Closer to the edge

To już nie piosenka, to modlitwa. Ojj tak. To dzięki tej piosence tak bardzo nakręciłam się na koncert w Krakowie. Coś niesamowitego.

15. The Story

Przeryczana od początku do końca. Mało tego, że zagrali to full bandem, to jeszcze na Artemisie. Ci co mnie znają wiedzą jakie ja żywię uczucia do tego gitarowego cudu. Jeszcze słowa Jareda przed piosenką, a potem cytująca go znajoma tweetująca „Artemis is a very loving guitar, he likes you too plus The Story (just like for @Alex_Joker_H)„. Mój ryk się pogłębił. Martyna na początku piosenki pisząca mi smsa „THE STORY!„, a ja jej na to jakże ambitnym „KU*WA WIEM!„.

16. Buddha For Mary

FULL BANDEM! Mój mózg ledwo zdołał się zacząć zbierać po poprzednim utworze, a już został zbombardowany czymś tak wspaniałym! Szczęka na podłodze ledwo się od niej odkleiła.

17. Capricorn

Mother of God. Oni chyba chcieli wyprawić mnie na tamten świat. Choć przy tym utworze już nie miałam takich „lotów” jak przy dwóch poprzednich.

18. Oblivion

Fragment, fragment, który zabił do reszty. Czy tak trudno grać to na innych koncertach?

19. Kings and Queens

Piosenka zakończenie, podsumowanie wieczoru. Tym razem niemile urozmaicona chwilami grozy. Całe szczęście, wszystko okazało się skończyć dobrze.

I want everybody right now for this next song to promise themselves and me, that you’re gonna let go of everything. Let go of yesterday, let go of your job, let go of your boyfriend, of your girlfriend, your boss, of all your troubles. You’re gonna be with us here and together we’re gonna have the best night of our entire fucking lives. – Jared leto @ Mars300

Podsumowując. Koncert nie urwał dupy setlistą. Raczej zawiódł, bo jak na koncert bijący rekord to coś cienko. Biorąc jednak pod uwagę dodatek w postaci czterech utworów przez finałem, ten koncert to marzenie!

Słodkie dzieciaczki, które pojawiły się na scenie, rozmawiające z Jaredem i dostające od Shannona pałeczki były przeurocze! Chłopak trzymany na rękach podczas Kings and Queens mnie rozczulił. Doszło do mnie, że nie ważne jak się ze sobą nie zgadzamy, jak bardzo się kłócimy, sprzeczamy, Echelon jest niesamowitą globalną rodziną, która potrafi się zjednoczyć w odpowiedniej chwili.

2 letnia przygoda zakończyła się. W ciągu tego czasu zmieniłam się wewnętrznie, zaczęłam postrzegać świat nieco inaczej. Dziękuję wszystkim, którzy byli tego częścią, wszystkim, których spotkałam w ciągu tego czasu i tych, z którymi się zbliżyłam.

For over two years we have traveled this miraculous planet. Pushing relentlessly over mountains and seas, exploring this earth in the most unique of ways. All the while learning about this world, and ourselves, through all of you.

Thank you for the dreams. Thank you for the memories. And thank you for sharing this unforgettable adventure with us. It was the journey of a lifetime and we are so grateful to you all for that.

Please remember

Be brave
Fight for what you believe in
And make your dreams
Your reality.

-JL

Provehito In Altum
2011

Jestem pewna, że niedługo znowu będziemy mieć okazję uczestniczenia w Night to remember i to być może prędzej niż się tego spodziewamy.

Thank you for these past few years of my life on the road muddafuggaz!! – Shannon on twitter.

I ONLY WANT TO SAY THANK YOU TO EVERYONE FOR WHAT HAS BEEN THE MOST UNFORGETTABLE JOURNEY OF MY LIFE. AS JARED SAID, UNTIL WE MEET AGAIN… – Tomo on twitter

xoxo

5. I believe in Poland. Do you believe in me?

Notka z dnia 11 listopada 2011:

We will return. – Jared (Warsaw 12/14/2010)

Jak obiecał tak zrobili. Wrócili do kraju nad Wisłą, do Łodzi, na dwa koncerty. Na jeden z nich miałam bilet i nie darowałabym sobie gdybym tam nie pojechała, tak więc, w niedzielny wieczór razem ze Smokiem byłyśmy gotowe do wyjazdu po północy.

Podróż pociągiem minęła nadzwyczaj szybko i wcale się nie ciągnęła jak ta do Krakowa. Łódź przywitała nas chłodem listopadowego poranka i dworcem w stanie dość nieciekawym. Przy okazji pozdrawiam grupkę panienek w wieku poniżej 17 lat schodzącą przed nami ze schodów, która zaczęła się wydzierać jak zażynane świenie na widok plakatu Batonowego koncertu. Nawet ja i Smok się tak nie wydarłyśmy witając się z Julkiem, a przecież nie widziałyśmy się trochę czasu. W każdym razie, Juliana spotkałyśmy po małym nieporozumieniu. My poszłyśmy po nią pod Atlas Arene a ona po nas na dworzec. Dotarcie do naszego Hoteliku Relax zajęło nam trochę czasu, ale dałyśmy radę. Tam ugościła nas Jedi, gdzie razem ze Smokiem przekimałyśmy dobre dwie godziny odsypiając podróż.

Około godziny 15 może 16 we czwórkę pojechałyśmy znów pod Atlas Arenę, gdzie spotkałyśmy się z resztą wspaniałych znajomych. Tego wieczoru zadaniem naszej trójki (moim, Smoka i Jul) było pilnowanie kurtek tym udającym się pod barierki, gdyż same nie miałyśmy biletu. Jeszcze przed otwarciem wejść postanowiłyśmy wrócić do hoteliku, do naszego chłodnego pokoiku, żeby przesiedzieć tam trochę, bo niezbyt nam się uśmiechało przesiedzieć dwa supporty pod halą. Sprytnie pomyślanym było, żeby schować kurtki do Smoczej walizki i z nią udać się pod Atlas Arenę.

Nie wiem jakim cudem, ale zdążyłyśmy dosłownie dojść do wejścia numer 1, kiedy ze środka dobiegły nas pierwsze dźwięki Escape. Przysięgam, że nie wiem jakim cudem się tak stało, bo show zaczął się punktualnie co do minuty. Znalazłszy dogodne miejsce postanowiłyśmy przysłuchać się dźwiękom dochodzącym z zewnątrz. Julian miała szklanki w oczach słuchając bębnienia Shanna, a my ze Smokiem nie mogłyśmy wyjść z szoku w jakiej świetnej formie jest głos Jareda. Jeszcze większym zdziwieniem przypłaciłyśmy solówki Tomo, na które przecież nigdy sobie nie pozwalał. Swoją drogą, ja mogłam robić to o czym po cichu marzyłam, update’owałam na twitterze całą setlistę (wierzcie mi, mega uczucie móc to robić na bierząco).

I believe in Poland. Do you believe in me? – Jared (Łódź 11/07/2011)

Ten koncert pod względem muzycznym przebił nawet Coke, które było niesamowite. Zespół każdą piosenke wykonywał jakoś inaczej, z większą pasją niż zwykle, jakoś tak lepiej. Całego powera tego koncertu czuło się nawet na zewnątrz. Jared popisywał się wymową nazwy miasta, chwalił polską publikę i pierogi.

PIERRRRRRRDOL SIE – Jared (Łódź 11/07/2011)

Taaak, to słowo już nigdy nie będzie brzmiało tak samo.

Polish Echelon po ciężkich staraniach doprosił się wreszcie upragnionej Buddhy. Osobiście zbrzydła mi już ta piosenka, przez to ciągłe marudzenie o niej. Nie uważam jej za jakąś genialną, bo w repertuarze Marsów są lepsze utwory, ale fakt, że została jednak zagrana w Polsce bardzo mnie ucieszył.

Wszystko wokół przestało dla mnie istnieć w momencie, kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki The Story. Zagrali mi moją ukochaną piosenkę FULL BANDEM! Częściej przecież grają akustycznie. Możecie sobie wyobrazić mój wrzask z radości i te szklanki w oczach, wiedząc jak ważna dla mnie jest ta piosenka. Przeryczałam całą nie mogąc nawet posłać porządnego tweeta, tylko wsłuchiwałam się w utwór. Po raz kolejny poryczałam się po koncercie, kiedy Kabelek oznajmiła mi, że Jared grał na Artemisie (jeśli można byc fangirlem gitary to ja jestem fangirlem Artemisa). Muzycznie niebo, inaczej tego określić nie można.

Nigdy tego nie zapomnę, bo choć nie byłam wewnątrz Atlas Areny ten koncert jest najlepszym na jakim mogłam być (bo jakby nie patrzeć to byłam i to za darmo!).

It sounds like „Dzięki Jared” – Jared (Łódź 11/07/2011)

Łódź nocą jest przerażająco opustoszała. Przekonałam się o tym spacerując z pierodżisami przez Piotrkowską do Manufaktury o 3 w nocy. Ciarki po plecach przechodziły mi przy każdej ciemnej bramie, przy każdym nieoświetlonym zaułku.

Drugi dzień w Łodzi rozpoczęłyśmy od spaceru po Piotrkowskiej do Cofee Heaven i poszukiwań pasmanterii, by po powrocie do hotelu przygotować się na Neon Night. Jak tylko moje spragnione barierek pierodżisy pojechały zająć miejsca w kolejce do wejścia, ja postanowiłam poprawić pewien błąd na mojej koszulce. Sama pod Atlas Arenę wybrałam się po 17 z Agatką, gdyż nie spieszyło nam się w tłum.

Pominę opis mojego wnerwa, kiedy przed wejściem na halę okazało się, że za moimi plecami stoi rozpieszczony bachor, na którego jestem uczulona.

Wnętrze Atlas Areny okazało się być całkiem przyjazne, głównej hali nie oddzielono od korytarzy tak jak na Torwarze, przez co nie było problemu w wyjściem po coś do picia podczas koncertu, gdyż wszystko było idealnie słychać.

Support – Our Mountain, nie urywało dupy, było dość przeciętne jak na mój gust. Zagrali podobno identycznie jak poprzedniego dnia z jedną różnicą, wokalista się przebrał. No cóż, nie dla nich ludzie przyszli.

Pierwsze dźwięki Escape usłyszeliśmy nieco po czasie, na szczęście opóźnienie to nie było jakieś duże, może około 15 minut. Zajmując sobie miejsce u szczytu schodów prowadzących na sektory miałam widok na wszystko, od sceny, przez płytę, po sektory. Lepszego miejsca chyba nie mogłam sobie znaleźć, wcale nie żałowałam zrezygnowania z płyty, bo widziałam wszystko co się działo.

Oczywiście, pojawiły się gumowe dmuchane zwierzaki (całe szczęście, że nie gumowe lale z sexshopu), piłki i triada na scenie. Chwilami miałam wrażenie, że ten koncert odbywa się według jakiegoś utartego schematu, lekko drętwo, gdyż Jared powtarzał niektóre swoje teksty z minionego dnia, a solówki Tomo zniknęły, jakby szlag jasny je trafił po poprzednim wieczorze. Z muzycznej strony coś się zepsuło, i choć do setlisty dodano A Beautiful Lie, a The Kill wykonano nie tylko akustycznie ale i full bandem, to czegoś brakowało, nie tylko Buddhy i The Story. Brakowało tego powera z minionego wieczoru, tej rodzinnej atmosfery, którą czułam stojąc na zewnątrz. Wyprzedany wieczór był zagrany pod publikę, być może miało to głębszy sens, bo zauważyłam gdzie niegdzie wokół sceny osoby z kamerami, ale nie zmienia to faktu, że koncert mogę zaliczyć jako gorszy od Coke.

Rozłożyło mnie na łopatki, kiedy wciągnięty na scenę został chłopak cały ubrany na oczowalący pomrańcz i przedstawił się jako Konrad. (coconut. lol.)

Jared Leto: What’s your name?
Boy: Conrad
Jared Leto: Coconut?
Boy: Conrad!
Jared Leto: I thought your name was coconut.

Wielki plus dla akcji z glowstickami podczas wykonywania L490 przez Shannona. Latające patyczki wyglądały cudownie

Kop w zad należy się na ten rzut gitarą podczas The Kill, ten bied przez płytę też do najmądrzejszych nie należał. Szanowny pan wielki wokalista jakimś cudem podczas L490 przeniósł się niezauważony na soundboard, gdzie wykonał set akustyczny, jednak w pewnym momencie wskoczył tłum znikając mi tym samym z oczu. Mogłam się jedynie domyślać, gdzie znajduje się Leto, po tym gdzie zmierza cały rój mrówek biegnących za nim. Ponownie ujrzałam go dopiero w momencie wyskoczenia z tłumu na barierki przy sektorach, z rozbawieniem zauważyłam, że podczas swojego biegu przez płytę stracił koszulkę.

Chyba nigdy nie zrozumiem, po co oni robią Hurricane screening na koncercie i to tuż przed ostatnią piosenką. Piski publiczności na widok gołek klaty J’a leżącego w łózku też nie należą do najbardziej na miejscu.

Kings & Queens zapadło mi w pamięć głównie przez to klękanie. Nie wiem, co odbiło Jaredowi do tego jego świeżo ostrzyżonego łba, ale rzędy z przodu na płycie z pewnością nie były zadowolone, chociaż trzeba przyznać, że wyglądało to z góry zajebiście, jak wszyscy jak okiem sięgnąć klękali. To tak jakbyśmy dziękowali za te dwa koncerty, całkiem ciekawe zwieńczenie dwóch dni. Jakby tego było mało, na K&Q też grał na Artemisie!

Łódź, jako miasto przemysłowe ma swój urok, choć dla mnie jest brzydkie i nieprzyjazne, to gdzieś tam czuje się taką swoistą magię płynącą z tego mrocznego klimatu. Właściwie jedynym ładnym miejscem jest Manufaktura, no i odcinek Piotrkowskiej. Jak to Jared w jednym z wywiadów stwierdził: „To wygląda jakby nic się tu nie zmieniło od 50 lat„.

Te trzy dni jakie spędziłam tam mogę zaliczyć do bardzo intensywnych. Przed wyjazdem, w środę, zaczęłam czuć taką ogarniającą mnie pustkę, jakbym rozstawała się z kimś bardzo i bliskim, z najbliższą rodziną, na czas nieokreślony mając nadzieję, że ten czas minie szybko. Tęsknię, tak bardzo jak nawet nie tęskniłam po Krakowie. Wtedy spełniłam swoje marzenia, to na co czekałam dobiegło końca, a teraz czuję wewnętrzną tęsknotę do czegoś co ma nastąpić, choć nie wiem co to jest. Kraków był wspaniałą przygodą i spełnieniem marzenia o ich koncercie, końcem mojej wewnętrznej przemiany. Łódź jest nowym początkiem, początkiem kolejnej przygody, która trwa i będzie trwać sama nie wiem jak długo, ale wiem, że w czasie tej przygody przeżyję coś niesamowitego i to już very very soon.

xoxo