71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Second one with my bestie. #concert #Echelon #MARSarmy #marsinpoland #Poland #Rybnik #polishgirls #friends

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Me & red devil from @creepsbycubbins gang in Kraków. #cracow #creeps #redhead #reddevil #polishgirl

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

21. How’d I let it fade away?

Scrollowałam sobie pewnego bloga i przeglądałam zamieszone na nim zdjęcia przez co popadłam w dziwny nastrój rozmarzenia, jakiego dawno nie doświadczyłam. Nie wytrzymałam, postanowiłam zrobić sobie fotograficzną notkę.

SDC11566Co tu dużo mówić przy tym zdjęciu. Zrobione jakoś w grudniu 2008 bodajże.

DSC00013Bazylika Mariacka w Krakowie. 19 sierpnia 2010 – dzień, który mogę uznać za początek mojej przygody. W samym Krakowie byłam dwa razy w życiu jak do tej pory, ale jestem w nim zakochana po uszy.  Rynek Główny jest magicznym miejscem dla mnie, wiążą się z nim wspaniałe wspomnienia. Zwłaszcza ta część przedstawiona na tym zdjęciu.
DSC00016Teatr im. Juliusza Słowackiego. 19 sierpnia 2010. Budynek mijany przez nas kilka razy dziennie podczas, gdy zmierzałyśmy na Rynek Główny. Za każdym razem teatr przyciągał moje spojrzenie i nie mogłam nasycić się jego pięknem zastanawiając się czy tak samo cudowny jest w środku.
DSC00041Wawel. 20 sierpnia 2010 – dzień owocujący w masę niesamowitych wydarzeń. Ile ja bym dała, żeby móc przeżyć jeszcze raz coś podobnego.

DSC00049DSC00048

Osławiona koszulka, którą Jared łapie podczas wykonywania Night Of The Hunter na koncercie podczas Coke Live Music Festival. 20 sierpnia 2010. Wracając z Wawelu i zmierzając w stronę dworca, przechodziłyśmy obok sklepu z pamiątkami. Na drzwiach wisiała ta koszulka. Przystanąwszy zaczęłyśmy rozmawiać, że fajnie byłoby coś takiego dać zespołowi na pamiątkę. Rozkminiałyśmy dobrą chwilę, nawet nie zauważając jak kochany Julian wczłapała do sklepu i ją kupiła. Nam pozostało jedynie się na niej podpisać, czego efekt można zobaczyć na załączonych obrazkach.

DSC00060N.E.R.D. na scenie. 20 sierpnia 2010. Nie myślałam, że kiedykolwiek będę się naprawdę dobrze bawić na takim koncercie. To nie jest uwielbiany przeze mnie typ muzyki, a jednak wyskakałam się za wszystkie czasy.

DSC00063Utwór: Escape . 20 sierpnia 2010. Moment wkroczenia na scenę zespołu. Niesamowite emocje, radość z tego, że wreszcie mogę usłyszeć na żywo zespół, którego muzyka znaczy dla mnie wiele. Śmiać mi się chce, kiedy pomyślę sobie jak długo ich słuchałam nie wiedząc czym dla mnie są, ale jakby niebiosa układały plan, bo Kraków był ich pierwszym koncertem w Polsce, a ja na niespełna rok wcześniej na nowo ich odkryłam. Wiem, nawijam jak nawiedzona, ale tak to wygląda z mojej strony. Jakby wszystko złożyło się, żeby zjawili się akurat w tym momencie mojego życia. Cóż, wiele się zmieniło od tamtego momentu jakby nie patrzeć.

Tamten wieczór, tamta noc, były momentem, kiedy spełniło się kilka moich marzeń, o których spełnieniu marzyłam. Masło maślane, jednak wiadomo, o co mi chodzi. Tamta noc wiele zmieniła, rozpoczęła kolejny etap zmian zachodzących z moim życiu, który mam nadzieję jeszcze się nie zakończył.

40358_147951345229758_100000446817003_334979_5768760_nNasze wymalowane łapki. 21 sierpnia 2010. Czekanie na pociąg powrotny nastrajało nas bardzo twórczo jak widać. Z perspektywy czasu muszę przyznać mojej mamie rację. Po tym jak odebrała mnie wraz z kuzynem z dworca, ledwo na mnie spojrzała, ja ledwo się odezwałam niemal krzycząc na cały głos z radości „Mają naszą koszulkę!”, bez powitania, mama stwierdziła, że wyglądam jak naćpana. Cóż, byłam wtedy na muzycznym haju. Śmiem twierdzić, że wszystkie byłyśmy, bo nasze rozmowy były tak przesycone pozytywną energią, tak bezmyślnie oderwane od rzeczywistości…

DSC00096Smocza triada. 21 sierpnia 2010. Podróż pociągiem była długa, ciągnęła się jak flaki z olejem. Siedziałyśmy na własnych torbach, na grzejniku, nawet stałyśmy na grzejniku w korytarzu! Zabijałyśmy nudę robiąc zdjęcia. Smok złożyła swoje łapcie w triadę na tle krajobrazu za oknem, ja pstryknęłam zdjęcie et voilà.

DSC00534Pieróg kastrujący. 14 grudnia 2010. Ten sam pluszowy pieróg, którym Shannon Leto po koncercie dostał praktycznie w krocze. Na tym zdjęciu jest tuż po operacji wypełnieniania. Załapała się nawet czyjaś skarpetka. Anyway… Sam pomysł z początku nie nastrajał mnie zbyt pozytywnie ale z czasem Jul mnie do niego przekonała. Efekt końcowy muszę przyznać był dosłownie powalający. Najbardziej z nadzienia w pamięci pozostanie mi niebieski teletubiś z napisam „Sorry Jared but we couldn’t find papa Smurf for you”.

DSC00541Utwór: Escape [2]. 14 grudnia 2010. Duchota straszna, nawiew puszczony na kilka sekund. Sama atmosfera wydawała się być jakaś taka nie do końca pozytywna. Ktoś może na mnie naskoczyć, co ja chrzanię, przecież to koncert marzenie, ale ja mam swoje zdanie. Jestem diabelnie wyczulona na atmosferę, a ta w WARszawie wydawała się dziwnie napięta.

DSC00545Tłum. 14 grudnia 2010. Z nieco wyższej perspektywy ten koncert zapierał dech w piersiach. Chodzi mi o sam widok. Tłum ludzi pod sceną, których łączyło muzyczne szaleństwo, to coś niesamowitego.
5276768589_b89de2b3f1_bThe hangover. 15 grudnia 2010. Dzień po, na muzycznym kacu, którego nie uświadczyłyśmy w Krakowie. Czułyśmy się jak stare babcie nie mogące ruszyć tyłka z fotela bez złapania zaraz zadyszki. Nic nam się nie chciało, pakować zaczęłyśmy się tuż przed upływem doby hotelowej. Każda z nas rozjechała się w swoją stronę i tym razem nie było mowy o wspólnym powrocie do domu.

DSC00341Ach ta zieleń. 15 kwietnia 2011. Poznański tramwaj na Sołaczu. Teraz rzadko uświadczy się taki w mieście.
DSC00353Zachód słońca. 15 kwietnia 2011. Zdjęcie zrobione na wsi, kiedy razem z ciotką pojechałam gdzieś, bo musiała zrobić zdjęcia jakiejś procesji. Matko, nie pamiętam już nawet, co to była za procesja. Nawet nie przypominam sobie, żebym cykała tą i poprzednią fotkę jednego dnia, oto jak musiałam być zakręcona.

DSC00441Przygotowania do ustnej matury. 3 maj 2011. Dzień przed pisemnym polskim, ja przygotowywałam się na ustny. Nie stresowałam się maturą, byłam totalnie spokojnym osobnikiem. Znajomi dziwili się dlaczego, bo wszyscy inni, których znali potrafili schizować, a ja byłam spokojna, jakbym miała przed sobą jedynie kartkówkę a nie egzamin decydujący o tym, czy będę kontynuować edukację. I tak uważam, że matura to jedna wielka bzdura, sztuka ściemniania i bycia na względnym luzie. Fakt, zdarzyły mi się chwile słabości, jednak miały miejsce przed ustnymi, a tak? Delikatny kwiat lotosu na przejrzystej tafli spokojnego jeziora, czy jak to tam idzie.

DSC00533Alex w blondzie + maleńki przeuroczy kociak. 16 czerwca 2011. Moja przygoda w blondzie zaczęła się niespodziewanie i równie szybko skończyła. Kolor włosów prawdopodobnie lasował mi mózg, nie licząc przysłonięcia czujki do gnid. W każdym razie, nie zapowiada się, żebym do tego koloru wróciła.

DSC00562Noc spełnianych marzeń. 21 czerwca 2011. Noc Kupały, przeczucia, wypisane marzenia… Siedziałyśmy tam czekając na „godzinę zero”, kiedy na ćwierkaczu batonów ogłoszone zostały dwie daty dla Ukrainy i bodajże Łotwy. Spojrzałam na A. i z całą moją powagą, przekonaniem oraz wiarą powiedziałam „Wtedy przyjadą do nas. Zobaczysz. Przyjadą na początku listopada. W okolicach tych dat.”. Znalazło się kilka osób, które uwierzyło w moje przeczucie potem, ale wtedy A. postanowiła zadzwonić do którejś ze swoich znajomych i przedstawić jej moją wizję. „Nie… Nie przyjadą.” Tak sobie teraz myślę, WHO’S THE BOSS?

DSC00584Tramposze. 28 czerwca 2011. Ze Smokiem miewamy przejawy własnej tradycji i cykamy zdjęcia własnym butom. Ot tak, dla potomności. Podczas polowania na wampira nie było inaczej.

DSC00641Zachód słońca nad Sołaczem. 7 lipca 2011. Kocham ten park, tak samo jak kocham moich bliskich. Tyle wspomnień, marzeń oraz planów łączy się z nim. Jedno z najpiękniejszych zdjęć jakie kiedykolwiek zrobiłam. Podobają mi się niebo i jego odbicie w tafli wody.

DSC00728I przepraszam. 23 lipca 2011. Filmowa noc z Julianem i Smokie, po której mój komputer padł śmiercią naturalną. Nadal uważam, że to oglądanie Jackass 3D go tak rozłożyło. Całe szczęście udało mi się go reanimować. Tak nawiasem mówiąc, w tym zdjęciu coś jest. Nie doszłam jeszcze co, ale patrząc na nie wiem, że COŚ w nim jest.

DSC00849JEDZIEMY! 2 sierpnia 2011. Oto dowód, że w Noc Kupały miałam dobre przeczucie. OH MY FEELS. Dziewczyny zadzwoniły do mnie, kiedy siedziałam z S. i powiedziały o koncercie. Nie wierzyłam. Robią sobie ze mnie jaja, stwierdziłam. Wygooglowałam. Cholery nie kłamały. Dłonie zaczęły mi drżeć, a oczy zaszkliły się od łez, kiedy oznajmiałam mamie „ONI WRACAJĄ.”. Dzień wrzucenia biletów do sprzedaży stanowi jeden z bardziej stresujących i zabieganych w moim życiu. Parę minut po 12 ze Smokiem miałyśmy zainwestować w te dwa skrawki papieru w empiku w Plazie, jednak tam, przy samiutkim stanowisku ta sklerotyczka spojrzała na mnie z durnym wyszczerzem, a ja już miałam świadomość co chce mi oznajmić. Zapomniała portfela. Rajd po mieście, kupowanie biletów przez Smoczą mamę, rezerwacja biletów na AlterArt. Sytuacja została uratowana około godziny 17, kiedy oświecenie zapukało do mojego mózgu. Pan z pewnego sklepiku w centrum uratował nam życie, odpowiadając na moje pytania o bilety, przez co na drugi dzień mogłyśmy stać się dwóch świstków papieru widocznych na zdjęciu.

DSC01388Pamiątki. 10 listopada 2011. Koncerty w Łodzi mnie rozłożyły na łopatki. Po Krakowie pozbierałam się w przeciągu kilku dni, po WARszawie jeszcze szybciej, ale Łódź trzymała mnie przez kilka tygodni. Ten wyjazd był jak istny maraton z bardzo małą ilością snu. Na odwrocie plakatu wypisałam najbardziej godne do zapamiętania momenty z wyjazdu. Na szczycie znalazło się The Story full bandem na Artemisie, kiedy ja w miarę spokojnie tweetowałam setlistę spod Atlas Areny. Moja koszulka z Neon Night zagubiła się gdzieś w szafie, będę musiała zanurkować i ją wyłowić. W każdym razie,  koncert 7 listopada był muzycznym niebem dla moich uszu, atmosferę dało się czuć nawet na zewnątrz, a 8 to było typowe odbębnienie koncertu według schematu pod publike, co nie zmienia faktu, że show było zacne.

DSC01573MARStynka. 14 luty 2012. Moja MARStynka w kształcie otwieranej Mitry wykonana dla Karo. Pomysłowa byłam wtedy, trzeba przyznać. Poza tym, neonowe kolory przywołujące na myśl Łódź…

DSC01619Tulipan. 8 marca 2012. Tradycyjnie, co roku jedyny mężczyzna w naszym domu kupuje nam tulipana. Co z tego, że to tata? Zawsze wywołuje to u mnie szeroki uśmiech, kiedy wręcza mi kwiatka z życzeniami i czekoladą. W tym roku było tak samo, tylko, że tulipan był żółty, a czekolada nadziewana truskawkowo. Yummy!

DSC01658Love & MARS. 24 marca 2012. Do niedawna dwa spośród najważniejszych aspektów w moim życiu.  Teraz został tylko jeden. Triadę dostałam od Karo na MARStynki nasze (olaboga! właśnie zorientowałam się, że tegoroczne też spędziłyśmy razem na nauce hiszpańskiego), a wisiorek z sercem dostałam od S. na pierwsze urodziny jako jego dziewczyna. W tej chwili wisiorek leży gdzieś w czeluściach szafy razem z prezentem na 18-stkę od niego. Mam niesmak w ustach ilekroć o tym myślę. Być może kiedyś mi przejdzie, ale póki co, mimo rozstania nadal czuję się raniona.

DSC01764Obcy jestem. 7 maja 2012. Cytat z drugiego tomu książek o hrabim Saint-Germain. W tej chwili, moja ulubiona wampirza seria. „Obcy jestem, zawsze i wszędzie; Śmierci jestem obcy i obcy miłości”.

DSC01874Po irlandzku. 18 czerwca 2012. Chcesz poderwać kobietę? Zrób to po irlandzku. Chłopcy z zielonej wyspy są w tym mistrzami, jednak co do skuteczności nie spodziewałabym się wielkich sukcesów. Euro 2012 obudziło we mnie miłość do tych ludzi, z którymi miałam kontakt przez niemal 2 tygodnie meczy grupowych. Sama atmosfera turnieju była niesamowita. Obyło się bez większych zadym, zamiast tego królowała zabawa i kibicowanie.

DSC01928(Nie)spełnione marzenia. 21 czerwca 2012. Pamiętam, co tam wypisałam. Pamiętam doskonale jakie marzenia znalazły się w drodze do nieba, a teraz zastanawiam się, czy naprawdę chciałam, żeby się spełniły. Czy faktycznie na drodze do szczęścia muszę tak cierpieć? I dlaczego to właśnie ja mam coś w tym układzie poświęcać? Nie bawię się tak, chciałabym wysiąść, można?

DSC02085Zachód na Kujawach. 26 sierpnia 2012. Mój ostatni pobyt tam i jedno z ostatnich zdjęć. Tak cholernie mnie boli, kiedy przypominam sobie moment wyjazdu. Spojrzałam na dom, a wtedy uderzyło mnie to zasrane przeczucie, że jestem tam po raz ostatni. Pokochałam to miejsce, czułam się tam jak w domu… Niestety, raz na zawsze się z nim pożegnałam, bo już nigdy nie będę się tam czuła tak jak wcześniej. Tęsknię, cholernie tęsknię i nawet teraz pisząc tą notkę ledwo trafiam w klawiaturę, bo łzy zasłaniają mi widok. Obawiam się, że w moim sercu nic się nie zmieniło. Nadal czuję to, co czułam 6 lat temu. Chryste, nie miałam pojęcia jaki obrót przybierze ta notka…

DSC_0082 (2)Idę sobie. 31 październik 2012. Oficjalnie studentka, w ulubionej niebieskiej bluzie, z ukochaną torbą na ramię. Lubię to zdjęcie, bo moja sylwetka nie rzuca się aż tak w oczy. Może jest na pierwszym planie, ale nie widać aż tak wyraźnie moich zbędnych kilogramów. Nie, żebym była jedną z tych, co uważają się za najgorsze paszczury świata, ale chcę w sobie coś zmienić, bo nie do końca się sama sobie podobam.

DSC_0131Sylwester. 31 grudnia 2012. Krakowska ekipa znowu razem. Najlepszy sylwester mojego życia. Zapomniałam o problemach, no i znowu uwierzyłam, że marzenia mogą się spełnić. Czułam podobną magię, jak wtedy, a to naprawdę wiele dla mnie znaczy. Chcę to powtórzyć, jak najszybciej. Rok 2013 będzie lepszy, skoro się rozpoczął tak fantastycznie. Wierzę w to całym swoim pokopanym i złamanym serduchem.

Tak właściwie zastanawiam się, dlaczego ze wszystkich zdjęć wybrałam te, których daty wykonania rozpoczynają się w sierpniu 2010. Mam dziwne wrażenie, że nie jest to wina jakości moich poprzednich zdjęć. Anyway… Mój blog to moja kapsuła czasu i dopóki istnieje internet oraz wordpress będę mogła tu wracać. Pominęłam część wspomnień bolesnych w tej chwili dla mnie, bo nie mam siły do nich wracać. Kiedyś, może to zrobię, ale jeszcze nie teraz.

1. It’s motherfuckin’ fantasy.

Tak, to już rok od Coke Live Music Festval, więc pomyślałam, że wybaczycie mi jeśli jeszcze raz przypomnę sobie jak to wyglądało.  Może nie mam wehikułu czasu, ale spróbujmy przenieść się o rok do tyłu. Muszę się wspomóc moim zeszłorocznym sprawozdaniem, które woła o pomstę do nieba. O ile wszystko na wordpressie działa dobrze, to jeśli czytacie ten post, to dokładnie w rocznicę pierwszego koncertu Marsów. Dokładnie o godzinie 21. Ja wiem, że przeżywam jak mrówka okres, ale mam co. A jak wam to przeszkadza to po prawej stronie przeglądarki jest taki ładny X, może czerwony, może inny, wiecie o co mi chodzi.

 

17-18.08.2010

Przed wyjazdem do Krakowa postanowiłam wpaść na dzień lub dwa do cioteczki, przy okazji zahaczając o fryzjera. To była wizyta w ekspresowym tempie. Przyjazd, wieczorem fryzjer i sru. nawet nie pamiętam niczego konkretnego z tego dnia, bo moje myśli były już o te kilka dni do przodu. Cóż, ale fryzurkę miałam całkiem całkiem. Muszę do niej kiedyś wrócić.

Popołudniu 18, przyjechał po mnie kuzyn, z którym pojechałam na noc do chrzestnej. Po drodze zaczepiliśmy o zalew, wiało jak diabli ale chciał mi pokazać co się zmieniło od ostatniej mojej wizyty tam. Poszłam spać około północy z poczuciem, że po 4 trzeba się zwlec z łózka, żeby zdążyć na pociąg.

19.08.2010

Godzina bodajże 4:15. Po pokoju roznoszą się pierwsze dźwięki Attack, który od ładnych paru lat służy mi za budzik jednocześnie niemiłosiernie irytując moją rodzinkę. Nadzwyczaj rozbudzona, jak na zaledwie 4 godziny snu, ubrałam się i popędziłam cichaczem do pokoju kuzyna sprawdzić czy już wstał. Nie jestem do końca pewna, ale o ile dobrze pamiętam nie było go w pokoju, a w kuchni, na dole, gdzie przygotowywał mi śniadanie. Jejku, jaki on kochany. Cała podjarana wyjazdem byłam w stanie zjeść niewiele, ale on przygotował mi prowiant na podróż, który w efekcie jadłam przez cały pobyt w Krakowie. Przed 5 wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do Rawicza, na stację z której o 5:35 odjeżdżał pociąg do Wrocławia.

Stojąc na stacji widziałam przemykający pociąg z Poznania, którym jechała Smoczek. Czułam niewypowiedzianą radość, że już niedługo zobaczę ją i resztę. Moja droga do Wrocławia dłużyła się, ale nie aż tak mocno na szczęście.

Na dworcu we Wrocławiu, jak tylko wysiadłam zobaczyłam czekającego na mnie Smoczka, a razem z nią udałyśmy się na mini polowanie. Najpierw na bilet dla niej do Krk, a potem na naszą kochaną Kokę. Pierwszy raz miałyśmy się spotkać, jednak to nie umniejszało radości ze spotkania. Punkt 8 (o ile dobrze pamietam), nasz pociąg ruszył do Krakowa.

Widoki były przecudne! Chociaż droga się dłużyła, gdzieś od Katowic do samego Krakowa, ale ile radości było z oddychania tamtejszym (w sensie krakowskim) powietrzem! I wreszcie spotkanie z kochaną Jul! Warto również wspomnieć o tym stadzie harcerzy, których pełno się szlajało po dworcu.

Następnie, „spacer” do miejsca noclegu. Słyszmy ulicą Długą strasznie dłuuuuuuuuugo, chociaż ulica wcale aż taka długa nie była. Po drodze widziałyśmy bilboard reklamujący CLMF, masę ludzi, a najgorsze w tym wszystkim były te strasznie ciężkie torby, no ale cóż… Na Łokietka złapała nas ulewa, przez co musiałyśmy się schować do jakiejś bramy (teraz niemal każda brama mi o tym przypomina).

Przytulny pokoik, sympatyczna obsługa, torby zostawione, buty zmienione i co? Można ruszać na miasto!

Poszłyśmy obczaić spotkanie Echelonu, wtedy też wbiłyśmy na wspólne zdjęcie i nawet gdzieś widziałam takowe na którym widać mnie i Smoka, a nie jestem pewna co do Jul i Koki. Tam też spotkałyśmy Paolę, Katy i Agg, a także parę innych osób.

Pozwiedzałyśmy troszkę, porobiłyśmy trochę zdjęć, zacieszałyśmy z tweeta Shannona „Hello Poland!”, poszłyśmy coś wszamać do maca….a potem co? Szukałyśmy najbliższej biedronki przez prawie godzinę, chociaż byłyśmy na początku zaledwie jakieś 500m od takowej.

Pech chciał, że po powrocie do pokoju zaczęły mi doskwierać problemy żołądkowo-wucetowe. Efekt? Smok, Jul i Koka wybyły na miasto, spotkał Shanna, mają z nim zdjęcia, a ja co? Gówno miałam! Dosłownie! Kochany Smoczek jednak odstąpiła mi autograf. Właściwie to ja w tym czasie na gg sobie gadałam dowiadując się gdzie Marsy podobno śpią.

20.08.2010

Dzień rozpoczął się od upierdliwej pobudki przez Jul, która dzwoniła, aby wyciągnąć nas około godziny 8. Wstałam i zaczęłam malować paznokcie rozmawiając z Jul (będącą w tym czasie już dawno na mieście) przez głośnik. Smok i Koka nadal spały, albo raczej przysypiały, po chwili Smok zaczął się powoli ubierać, ale wystarczyły trzy magiczne słowa, aby każda z nas była w ciągu minuty gotowa do wyjścia: „widziałam ich autobus”.

Poczłapałyśmy więc na Rynek Główny z którego dotarłyśmy nad Wisłę, a potem na Wawel. Wierzcie mi lub nie ale w jakieś 20 minut dotarłyśmy z Wawelu na dworzec PKP, aby odebrać Jedi. Chociaż w międzyczasie w sklepie z pamiątkami kupiłyśmy koszulkę „I ❤ Polish girls”. Z Jedi podreptałyśmy do pensjonatu Leo.

Podpisałyśmy koszulkę! Która w planie miała trafić do Marsów… i mogłyśmy udać się na miejsce festiwalu.

Na miejscu festiwalu, już po wejściu na teren, widziałyśmy Shanna zawieszającego i człapiącego za tym prowizorycznym odgrodzeniem. Wyglądał jak małe dziecko szykujące psikusa! Żadna jednak nie podeszła żeby podać mu koszulkę, ale to nawet dobrze biorąc pod uwagę to co potem się stało. Z Jedi i Smoczkiem zjadłyśmy kanapki na ciepło, które były wprost pyszne!

Rozsiadłyśmy się na trawę z Agg i jej znajomymi nagle słysząc pisk/wrzask (niepotrzebne skreślić). Na scenę wyszedł zespół Sofa, wokalista miał coś w rodzaju irokeza na głowie, w dodatku był blondynem i z daleka można było go pomylić z J, ale żeby ci pod sceną tez go pomylili? Buahaha.

Po Sofie, uzupełnieniu płynów i opróżnieniu pęcherza, mogłyśmy udać się w tłum.

Znajdowałyśmy się dość blisko sceny, może nie jakoś wybitnie ale dość blisko, na tyle żeby mieć świetny widok na to co się na niej działo. N.E.R.D. pojawiło się na scenie, dali dość fajny popis nigdy nie myślałam, że będę się tak dobrze bawić na koncercie hip hopowym. Pomijam pomyłkę Pharella, który zamiast „Hello Cracow” pierdalnął „Hello Warsaw”. Fail koleś. Reasumując: z jakiegoś 30 rzędu dotarłyśmy do trzeciego prawie pod samą sceną. I FAILEM TEZ BYLO SKROPIENIE NAS SWOIM POTEM Z KOSZULKI TY DRUGI IDIOTO ZE SCENY KTOREGO NIE ZNAM!

Zaczęły się ostatnie minuty do wkroczenia Marsów na scenę, a tłum coraz bardziej napierał na ludzi z przodu. Kiedy zaczęło się kiwanie tłumu na prawo i lewo, ja czekałam aż się wszyscy przewrócimy, na szczęście ustało, więc można było spróbować wyjść. Ciągnąc za sobą Kokę i Jedi, wypchnęłam się z tłumu, chociaż miałam ochotę porządnie przywalić kilku laskom, które z tekstem „pchajcie się do przodu! pod scene!” usiłowały pchać się w przeciwną stronę do nas.

Uwolnione z tłumu, ze świeżym powietrzem na spoconej twarzy, poszłyśmy uzupełnić płyny. Jak już wróciłyśmy i stanęłyśmy sobie dosłownie pod koniec tłumu zgromadzonego pod main stage, parę minut po 21 euforia ludzi i wszelkiej maści animali osiągnęła szczyt. Jeden wielki wrzask, krzyk i radość zapanowały nad miejscem festiwalu Coke Live.

1. Escape

Nigdy nie zapomnę tej radości na dźwięk pierwszych wersów piosenki. To było coś niesamowitego! Coś na co czekałam od czasów gimnazjum właśnie miało miejsce. Do dzisiaj słuchając studyjnej wersji na końcu zawsze słyszę „POOOOOŁLEEEEND!”.

2. Night of the hunter

Od tego show, jest to jedna z bardziej lubianych przeze mnie ich piosenek. Ta energia, jaką czuć podczas niej na koncercie, jest nie do opisania! Poza tym, dla mnie i Coke Team’u ta piosenka jest wyjątkowa z innego powodu. Jako, że podczas koncertu pana Pharella i spółki rozdzieliłyśmy się z Jul i Smokiem, one postarały się o to, aby nasza koszulka trafiła na scenę. Tak, to czym macha Jared na początku piosenki to właśnie nasza koszulka! ale o tym dowiedziałam się dopiero po koncercie

3. Attack

Serce zabiło mi mocniej na pierwsze dźwięki mojego budzika. Totalne szaleństwo, darłyśmy się z tyłu, wrzeszczałyśmy, a Jedi przekrzykiwała Jareda. Coś niesamowitego.

4. Vox Populi

Piosenka, która od samego początku dodawała mi siły i chęci do walki o marzenia. Nadal tak jest. Móc ją usłyszeć i nie pomylić z We will rock you było czymś wspaniałym.

5. Search and destroy

Nigdy za nią nie przepadałam, w sumie nadal nie przepadam, jednak słowa J podczas wykonywania tej piosenki były strasznie uszczęśliwiające.

„Sometimes, sometimes I stop just because there’s not enough people jumping, but this time I stop because my fuckin’ god, every single person is off the ground”

„I hope you don’t mind but from this day for I gonna consider myself a polish man”

„Poland, we love you, we love you, we love you so much!”

6. A beautiful lie.

Druga, chyba piosenka w której J gra na 2 w kolejności najpiękniejszej gitarze świata przynajmniej jak dla mnie, na Pythagorasie. Piosenka sama w sobie świetna, ale jakichś specjalnych uczuć do niej nie żywię.

7. This is war

Kto mnie zna, ten wie, że nigdy jakoś specjalnie nie lubiłam tej piosenki. Nie brzmi mi ona na koncertach, ani akustycznie, jedynie studyjnie, ale świetnie było móc ją dosłownie wywrzeszczeć podczas tego koncertu.

8. 100 suns

Uroczo spieprzone przez szacownego pana wokalistę. Moja mina była wprost genialna kiedy po raz któryś powtózył jeden wers i pominął inny. Mimo wszystko to takie urocze mi się wydaje teraz.

9. L490

Chwała ci o wielki Shannonie, że nie wyciągnąłeś te swojej michy do mieszania zupy, bo byś przyprawił jakieś 40 tys ludzi o ból głowy. Jednak to co zagrałeś, miało w sobie jakąś magię, dawało chwilę odpoczynku od wiecznego darcia się.

10. From yesterday

Szczerze mam ochotę komuś przyłożyć za to. Wielbię tę piosenkę ponad miarę, jednak dlaczego była zagrana akustycznie?! Jak można było nie zagrać jej full bandem? Przecież to zbrodnia! tak, to bodajże jedyny minus koncertu Wielkie brawa jednak należą się tutaj wszystkim, którzy śpiewali, bo wyszło to wprost genialnie szczególnie przy tej piosence.

11. The Story

Piosenka najbliższa mi odkąd pamiętam. Od zawsze marzyłam, aby usłyszeć ją na żywo, marzyłam aby usłyszeć ją kiedyś na koncercie w Polsce, a od ogłoszenia daty na Coke, marzyłam aby usłyszeć ją tam. Moje marzenie się spełniło. Pamiętam jak przy pierwszych dźwiękach nie dowierzałam, a jak wreszcie uwierzyłam czułam jak mi się nogi uginają ze szczęścia. Zaczełam śpiewać tak głośno jak tylko potrafiłam. Nie potrafię opisać tego co czułam wtedy. Obawiam się, że nigdy nie będę umiała, taka byłam szczęśliwa w tym momencie.

12. Alibi

Ta piosenka to właściwie idealny wyciskacz łez. Perfekcja w każdym dźwięku, słowie. Wyjątkowości dodaje jej wykonanie „kołkowe”, gdzie masa ludzi śpiewa, wyprówając sobie niemal struny głosowe, już i tak nadwyrężone podczas całego gigu. Jakby tego było mało na zakończenie oznajmiono nam o powrocie Marsów do Polski w grudniu! Zaledwie 4 miesiące po Coke!

13. The Kill

Perfekcyjne połączenie dwóch świetnie brzmiących wersji, akustycznej i full bandu. Total madness. Czego chcieć więcej?

W tym momencie wyszłam z tłumu, bo zmartwił mnie telefon od Jul. Nie mogłam już się bawić martwiąc się o nią, dlatego ostatnie dwie piosenki stałam z tyłu obserwując. Jednak jakby tego było mało J, kolejny raz w ciągu koncertu dał upust swojej radości.

“I never knew, I never, never, never knew, I never knew  that Poland was a place that I’m gonna come back for the rest of my entire life. We’re the luckiest band in the world, we get to play in front all of you, the moon is out, the sky is beautiful and you guys are the best in the fuckin’ world! Thank you so much!”

14. Closer to the edge

Zanim piosenka się rozpoczęła J zaczął zagrzewać ludzi do „NO! NO!”, a potem oświadczył, że będą nagrani. Zastanawia mnie tylko, po co? Pewnie dowiemy się SOON geeezzz, jak ja nienawidzę tego słowa. Nie obyło się również bez straszenia bejsbolem, jednak wszyscy szaleli, więc nie musiał zostać użyty. Sama piosenka ma niesamowitą siłę i to dzięki niej byłam tak nagrzana na ten koncert. W stwierdzeniu, że to nie piosenka tylko modlitwa, jest coś. To jest modlitwa, nasza modlitwa o marzenia.

15. Kings and queens

Piękne, choć z początku mi się nie podobało. Nie za wiele pamiętam z tej piosenki, bo podczas niej zrozumiałam, że to na co tyle czekałam, o czym marzyłam właśnie się kończy. Czułam łzy w oczach, bo tej jednej nocy spełniły się moje marzenia, o których jeszcze pół roku prędzej nie myślałam, że się spełnią.

Skończyło się. Na scenie wciąż pozostali ci „wybrani”, a ludzie zaczynali się powoli rozchodzić. Czekałam na Kokę i Jedi, by chwilę potem jechać po Jul i Smoka.

A co potem? Potem czekała nas jazda taksówką w 6 osób! Łącznie z panem kierowcą. Smok zdecydowaną większością głosów została zmuszona położyć się na kolanach z zadkiem wypiętym w moją stronę. Nie powiem żeby mi się to podobało, ale w efekcie nasze kolana okazały się bardzo głośne i rozmowne (szczególnie w chwilach podszczypywania).

Zlądowałyśmy do pensjonatu koło 1. Wykończone psychicznie i fizycznie padłyśmy na łóżka, jednak zaledwie półgodziny później szłyśmy ulicą Długą w stronę Rynku Głównego. Zaszłyśmy niemal na Wawel, ale w porę się zawróciłyśmy i przysiadłyśmy sobie na ławce. Jakiś nawalony facet w czerwonej koszulce chciał sobie zrobić z nami zdjęcie. Oczywiście zgody na takowe nie uzyskał, ale to nie przeszkodziło mu aby wbić między nas. Momentalnie wstałyśmy a Smok jako chyba najbardziej wyszczekana zaczęła się z nim kłócić, na odchodne rzucając mu pięknym tekstem „Jak ja jestem Emo to ty z ery pingwinów jesteś”.

Gdzieś pomiędzy „Roman, gdzie jesteś” a udawaniem scenicznego tańca Jareda, stanęłyśmy przy fortepianie, który miał związek chyba z rokiem Chopinowskim. Smok puściła cover Bad Romance, a reszta się wygłupiała. Co za to robiła Alex? Sprawdzała swoje dziwne uczucie, że ktoś nas obserwuje. Nie myliłam się.

W jednym z ogródków piwnych siedział ktoś w niebieskiej bluzie, z kapturem założonym na łeb i dwiema blondynkami, perfidnie nas obserwując. Bynajmniej nie miałam w tym momencie w głowie dziada czy kogokolwiek.

Alex: Ten facet się na nas gapi.

Jedi: To nie on.

No nie chodziło mi o niego, ale cóż. Idąc dalej przechodziłyśmy obok szacownego pana, stwierdzając, że jedna z blondynek bardzo przypomina Emmę. Kochana Jedi wraz z Koką zatrzymały się dosłownie jakieś 2m od niego i zaczęły perfidnie przyglądać. „To nie Jared, on się gimnastykuja na jakiejś 15 latce w hotelu” pozostanie w mojej głowie jako najbardziej zapamiętany tekst Jedi. Zaraz po nim spojrzałam znowu w stronę tajemniczego kaptura. W głowie miałam kompletną pustkę a jedyne co mi przeleciało przez głowę to takie „to on”, jednak mój szok nie pozwolił mi się odezwać choć próbowałam powiedzieć o wystających spod kaptura blond włosach i niebieskich oczach.

Niestety jednak wróciłyśmy do pensjonatu, po drodze wstępując do maca na herbatę. Spać poszłyśmy coś między 4 a 5, żeby potem wstać około 8 i przygotować się do powrotu do domu.

Nasza wspólna przygoda zaczęła dobiegać końca. A szkoda.

Ja wiem, że część z was powie, że Jared mówi ciągle te same teksty na każdym koncercie, ale mówcie sobie. Dla mnie to co mówił na Coke było szczere, bo widać na jego twarzy jak jest zachwycony. Poza tym czułam tą szczerość podczas koncertu, czuło się radość Marsów, bo oni wlewali ją w muzykę, przekazywali ją nam. Shann dawał z siebie 200% grając na swojej kochance, Tomo skacząc niemal bez przerwy, a J śpiewając. Ten wieczór był spełnieniem marzeń tysięcy Echelonów, ten wieczór zmienił życie wielu z nich.

Dziękuję mojemu kochanemu Coke Team’owi, bo bez nich to nie byłoby to samo. Z wami przeżyłam najwspanialszą przygodę życia, z wami spełniły się moje marzenia, z wami zmieniło się moje życie. Dziękuję. ❤

Nigdy nie zapomnę miny mojej mamy, kuzyna i siostry, którzy przyjechali po mnie na stację. „Ona coś brała? Zachowuje się jakby była na haju”. Byłam na haju. Na muzycznym haju, którzy trzymał mnie jeszcze przez długi czas, który wywołał łzy szczęścia na mojej twarzy, kiedy oglądałam jak Jared łapie naszą koszulkę, kiedy oglądam The Story, albo kiedy oglądam zdjęcia. Wierzę, że to co się zmieniło w moim życiu wtedy to zaledwie początek dużo większych zmian, bo czuję całym moim sercem, że tak naprawdę ta przygoda się jeszcze nie skończyła.