66. Dare to live.

Za nami gala rozdanie Złotych Globów. Zarwałam noc, oglądałam, ale było warto. Dopingowałam własnych faworytów i się nie zawiodłam, choć całość była dość przewidywalna. Serce miałam rozdarte przy nominacjach aktorów drugoplanowych, gdzie do moich faworytów zaliczałam zarówno Micheala Fassbendera, jak i Jareda Leto. Wygrał ten drugi, choć w przypadku pierwszego też byłabym zadowolona. Kilka dni później ogłoszone zostały nominacje do Oscarów. Również bez niespodzianek, choć tutaj ze zdobyciem nagrody dla Leto może być ciut gorzej. Nie jest tajemnicą, że Nagrody Akademii Filmowej zdobywają głównie osoby lubiane w Hollywood, te mające plecy. 2 marca przekonamy się czy występ w Dallas Buyers Club przyniesie mu statuetkę. jedno jest pewne, sama nominacja podniesie jego znaczenie jako aktora.

Pełna humoru, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia człowieka, który nie zamierza żegnać się z życiem. Ron żyje z dnia na dzień. Pali jak smok, lubi bourbon, kobiety i rodeo. Nic ponad szybkie i proste przyjemności. Wiadomość o tym, że jest nosicielem wirusa HIV to dla niego szokujący wyrok, z którym nie chce się pogodzić. Jedzie do Meksyku, z którego zamierza szmuglować zakazane w USA leki. Po powrocie niespodziewanie zdobywa sojusznika w osobie queerowego transseksualisty Rayona. Ten pozornie niedobrany duet wspólnie zaczyna prowadzić klub, w którym inni szukają ratunku. [opis dystrybutora]

Film obejrzałam po gali Złotych Globów. Do lekkich nie należy, dla mnie był raczej dość ciężki. Nie przepadam za filmami opowiadającymi o latach pomiędzy 1980 a 1990, tym bardziej jeśli wpleciono w nie tematykę rodeo. Film obejrzałam z ciekawości, czy faktycznie Leto wcielił się tak cudownie w swoją rolę, bo w samo poświęcenie dla roli nie wątpiłam, poza tym aktorem jest dobrym. Mimo wszystko musiałam przekonać się na własne oczy, czy opinie, jakie krążą są trafne.

Z nieskrywaną przyjemnością oglądałam Matthew McConaughey’a w roli innej niż rola beznadziejnie przesłodzonego księcia na białym koniu z jakiejś komedii romantycznej. Pokazał tu klasę aktora przed duże „A” i został doceniony kilkoma nagrodami krytyków filmowych. Poświęcił się dla roli, wcielił się w nią całym sobą. Pokazał, jak człowiek w obliczu śmierci potrafi zmienić siebie i swoje nastawienie do otaczającego go świata. Kiedy życie rzuca mu gruz pod nogi, on się nie poddaje, zdeterminowany prze do przodu.

Swój udział w tej zmianie, moim zdaniem, ma też postać Rayon grana przez Leto. Rayon to transseksualista, którego kocha się od pierwszych chwil pojawienia się na ekranie, gdy pojawia się i próbuje nawiązać znajomość z Ronem – zatwardziałym homofobem. Pomiędzy dwójką zawiązuje się przyjaźń pełna uszczypliwości, jednak przyjaźń. Tak samo jak McConaughey, Leto również poświęcił się dla roli drastycznie zrzucając wagę. Pierwotnie postać Rayon miała być transwestytą, jednak zamysł zmienił się, jak tylko zdjęcia miały się rozpocząć. Stereotyp można powiedzieć, transseksualny narkoman mający HIV, ale pełen uroku.

Masa nominacji i nagród, jakie się posypały dla obu aktorów, jest w pełni zasłużona. Z całego serca trzymam kciuki (mimo rozdartego serducha przy nominacjach) za Oscarową galę, która odbędzie się 2 marca. Obaj panowie zasłużyli, żeby ich wyróżnić.

Hell is the cry of a starving infant. Hell is the begging for mercy then denied. Hell is the betrayals between man and wife. The lies between father and child. Hell is where the heart is.

Nigdy nie myślałam, że wejście do pierwszej lepszej taniej księgarni przyniesie mi książki za bezcen, które będę czytać z wielką przyjemnością. Do takich z pewnością mogę zaliczać Devil’s Kiss („Pocałunek Anioła Ciemności”) autorstwa Sarwata Chadda oraz The Iron Hunt („Pocałunek łowcy”) autorstwa Marjorie M. Liu. Nie jest to literatura ani ambitna, ani napisana pięknym stylem, jednak mają w sobie coś, co sprawia, że chętnie przeczytam kolejną część każdej.

Devil’s Kiss zainteresowało mnie polskim tytułem oraz opisem. Pomijając moją słabość do słów „Anioł Ciemności”, awersję do dziwnego imienia bohaterki – Billi, opis mówiący o zakonie Templariuszy był tym czego szukałam. Dodatkowym plusem jest Londyn, gdzie dzieje się akcja książki. W środku znajdziemy typowy problem współczesnej nastolatki, czyli problem porozumienia się z rodzicami, lecz tutaj pomiędzy Billi a jej ojcem sprawa ta ma mniej błahy powód.

Expect the unexpected, my mother once said. Because the unexpected most certainly will be expecting you.

W przeciwieństwie do historii Billi, kupno The Iron Hunt nie należało do decyzji podjętych szybko. W którymś momencie pomiędzy „chyba biorę” a „nie, to chyba nie to”, do głosu doszło moje poczucie czasu przypominające mi o tym, jaki jest on cenny. Przestałam się zastanawiać i udałam się do kasy. Nie żałuję. Z początku czytania miałam problem z przyzwyczajeniem się do dość średniego stylu, jakim jest ona napisana, ale moje serce skradły te małe skrzaty ożywające po zmroku i pomagające Maxine walczyć z demonami. Dodatkowo sama postać łowczyni demonów bardzo mi przypadła do gustu, tak jak parę pozostałych osób pojawiających się w ważniejszych momentach. Spodobał mi się tez pomysł, bo oto mamy przedstawiony świat z pozoru taki jak nasz, pełen ludzi, zwierzątek i wielkich miast, ale jeśli tylko móc na niego spojrzeć oczami Maxine, można by zobaczyć ukrywające się w ludzkich ciałach demony, żywiące się bólem i agresją. Trochę to daje do myślenia, bo czy aby na pewno znamy nasz świat na wylot? Przecież nie mamy pojęcia, co kryje się za rogiem.

Don’t judge me. Po prostu ta piosenka, jest naprawdę cool. Brzmi całkiem przyjemnie i miło dla ucha. Nie wiem dlaczego, ale trochę podjeżdża mi klimatem świątecznym. W każdym razie, obiektywnie oceniając, podoba mi się i myślę, że warto się z nią zapoznać, jeśli ktoś tego jeszcze nie zrobił.

64. Do not talk to me of dragon fire.

Wyjazd przy okazji sylwestra bardzo się udał. Nowy rok rozpoczęłam otoczona przyjaciółmi, a także w sali kinowej. The Hobbbit: The Desolation Of Smaug zapowiadał się bardzo ciekawie. Nie jestem fanka prozy Tolkiena, dlatego film, zarówno ten, jak i część poprzednią oraz poprzedzające ja o 10 lat (?) filmy z trylogii Lort Of The Rings oceniam jedynie pod względem filmowym. The Hobbit: An Unexpected Journey spodobało mi się, kiedy miałam wreszcie okazję obejrzeć. Przyjemny film, który mimo długości nie ciągnął się ani przez chwilę. Spodziewałam się wiele po kolejnej części przygód Bilbo i bandy krasnoludów, jednak muszę przyznać, że leciutko się zawiodłam. Być może zbyt wysoko postawiłam poprzeczkę temu filmowi, ale prawda jest taka, że dla mnie jest on dobry. Tylko dobry. Całość ratuje obsada, jednak show kradną zarówno Thranduil, jak i Smaug. Cała reszta nie jest wystarczająco dobra, żebym mogła się nią zachwycać.

Po podróży zostało mi nieco nadprogramowych funduszy, które postanowiłam wykorzystać w celu wzbogacenia mojej biblioteczki. Poszukiwałam Vlad: The Last Confession, ale niestety znalazłam tylko nowsze wydanie, a mnie interesuje to starsze. Zamiast tego w jednej z mniejszych księgarń wynalazłam trzy książki. Dzisiaj dorwałam w promocji brakujące mi trzy cześci The Vampire Diaries. Broniłam się, co prawda, przed częściami napisanymi przez ghostwritera, ale 7zł to nie jest majątek, więc spróbuję, przeczytam i obiektywnie ocenię, czy mi się spodoba czy nie. W sumie na książki wydałam 51zł, bez 6 groszy. Nie dużo, prawda? A to przecież 6 dodatkowych książek do kolekcji.

DSC_0340

31. In the middle of hollywood boulevard.

Miałam ostatnio takie przemożne uczucie chęci zapalenia papierosa. Nie palę, jestem wolna od tego nałogu, ale coś mnie przez parę dni ciągnęło do tego. Może to stres, bo prawdę mówiąc nic innego nie przychodzi mi do głowy. Chociaż przyznać muszę, że teraz ciągnie mnie do czegoś innego. Do czytania. Tęsknię za poczuciem trzymania książki w dłoniach, wciąganiem się w ten inny świat.

Załatwiając sprawy w mieście, zrobiłam sobie małą wycieczkę. Chryste, zapomniałam już jakie piękne jest to miasto. Może nie umywa się do Krakowa, ale rety, tu jest tyle miejsc do zobaczenia czy pokazania. Tyle zakątków do zbadania i sfotografowania. Dajcie mi tylko dobry aparat wraz z towarzystwem.

Tak sobie myślę, niektórzy to mają wyczucie czasu, nie ma co. Gram sobie tutaj w minecrafta, buduję sobie mój zamek, aż dzwoni zastrzeżony numer. Zeschizowana, zastanawiając się, kto to, odbieram. Głos mam niepewny, lekko przestraszony, a w odpowiedzi słyszę całkiem niezły męski głos brzmiący, jakby facet bał się robić nim wydmuszkę. Trybiki w mojej głowie pracują na zdwojonych obrotach, serce rozkręca palpitacje, a impreza zaczyna się w momencie, kiedy sprzedaje samej sobie mentalnego facepalm’a. Przecież to ten ciołek Pegaz z ER. Palpitacje serca, drżenie całego ciała, kabel łączący mózg z ustami odłączony. Zdziwiłam się, kiedy Aneczka przedstawiała mnie na antenie. To, jakie bzdury z poza antenowej części rozmowy oni potrafią wyciągnąć to jest coś nienormalnego. Oczywiście, tak jak po raz drugi wygrałam w tym radiu (właściwie trzeci, ale pierwszego nie liczę…), tak po raz drugi usłyszałam, że jestem pyskata.

Przyznaję, nie lubię tego radia. Jeśli go słucham to w godzinach nocnych, wolnych od trajkotania „moich ulubieńców”. Nie wiem, dla mnie ich zachowanie jest takie paskudnie sztuczne. Niby się śmieją, żartują, ale czuć, że traktują to jak obowiązek, a nie pracę będącą przyjemnością. Nie chcę wyjść na jęczydupę, bo przecież zgarnęłam płytkę, ale po prostu takie są moje odczucia. Głosuję dla piosenek, które zasługują na to, aby pojawić się w zestawieniu. Możliwość wygranej to taki gratis.

Anyway… ER, dziękuję. Jak to się mówi, kto się czubi ten się lubi.

Przede mną weekend w szkole. Zapowiada się męcząco, zważywszy, że w niedzielę będzie trzeba siedzieć do końca. Jutro muszę poświęcić na naukę. Ogarnąć tematy, przygotować się i chociaż raz być w pełni spokojna o dzień na uczelni.

Rycie łba czas zacząć. Oglądamy Ghost Hunters International o 2 w nocy.

3. Oh, Saint-Germain, you’re such a perfect undead.

Wyobrażacie sobie sytuację, kiedy dostajecie książkę pod choinkę, czytacie pierwszy rozdział i wydaje się ona wam nieciekawa, zapominacie o niej, a po paru latach przeczytawszy opis rzucacie lekturę dawno pożądanej historii, by móc zapoznać się z tą zapomnianą? Coś takiego spotkało mnie partę dni temu, kiedy zaczytawszy się w „Draculę” Brama Stokera „rzuciłam” się na powieść Chelsea Quinn Yarbro.

„Hotel Transylvania”, bo taki tytuł nosi ów książka, urzekł mnie świetnie wykreowanymi postaciami, dymanmicznymi zwrotami akcji i wartkme tempem, niekiedy spowalnianym przez listy, czasami notatki, zostawiane przez bohaterów.

Główna postać – Hrabia Saint-Germain, to postać uosabiająca wszystkie najlepsze cechy każdego ze znanych mi do tej pory wampirów. Nie jest przesłodzony, jak osławiony Edward Cullen z sagi Stephanie Meyer, czy przesadnie pobudzony do działania, niczym Damon Salvatore wymyślony przez L.J. Smith na bite dziesięć lat przed „tłajlajtowym szaleństwem”. Saint-Germain, lub też Książę Rakoczy, jak również jest w książce nazywany, to człowiek niesamowicie obyty, wykształcony i wszechstronnie uzdolniony. Dla osiemnastowiecznej paryskiej socjety jest kimś tajemniczym, o kim nikt nic nie wie, jednak potrafi oczarować swoją elokwencją, urokiem osobistym, a także nienagannymi manierami mimo pozoru niedostępności. Z całą świadomością mogę powiedzieć, że dla mnie jest ideałem wampira, którego wizerunek ostatnimi czasy jest mocno nadużywany przez popkulturę i showbiznes.

Sama książka przedstawia historię będącą horrorem z lekkim romantycznym zabarwieniem. Otóż, wspomniany Hrabia Saint-Germain, obracający się w środowisku ludzi spędzających życie i bogactwo na codziennych przyjęciach, gdzie hazard potrafi zrujnować niejednego barona czy markiza. Któregoś dnia na jednym z przyjęć poznaje uroczą Madelaine de Montalia, krewną jego dobrej znajomej. Mimo swojego uroku osobistego, Książę Rakoczy posiada w towarzystwie również wrogów, pragnących zdemaskować go jako oszusta, a jednocześnie czyhających na bezpieczeństwo jego młodziutkiej znajomej.

Zapierająca dech w piersiach opowieść z historycznym tłem, wplatającym się wątkiem satanistycznym oraz niezwykle zgrabnymi, niemęczącymi czytelnika opisami miejsc czy też postaci.

Jeśli ktoś spodziewa się happy endu, to nie w tej książce, gdyż tego zakończenia takowym raczej nie można do końca nazwać. Dlaczego? Zachęcam do lektury, by samemu się przekonać. Osobiście „Hotel Transylvania” mogę zaliczyć do ulubionych książek, tym bardziej w tematyce wampirze. Warto wspomnieć też o tym, że autorka – Chelsea Quinn Yarbro, jest laureatką prestiżowych nagród takich jak Bram Stoker, Edgar i World Fantasy, a jej seria o hrabim Saint-Germain stawiana jest na równi z „Kronikami wampirów” Anne Rice. Moim skromnym zdaniem, książki Yarbro są dużo lepsze.

xoxo