71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Reklamy

51. Love changes. Fear is as constant as a star.

Wróciłam z wypadu na wieś ze spieczonymi z deńka ramionami oraz zakwasami w nogach po zbieraniu ziemniaków. Wszystko przez to, że za długo pozostawałam w jednej pozycji na słońcu. Zaliczyłam też przyjemne chwile w basenie, ale to ma się nijak do tego co przeżywałam wieczorami albo w wolnych chwilach, kiedy mogłam zmacać tablet wykorzystując go do czytania.

You torture others so they cannot torture you.

Zaczęłam czytać Vlad: The Last Confession (po polsku: Wład Palownik: Prawdziwa historia Drakuli) autorstwa C.C. Humphreys’a. Obiecałam sobie kiedyś, że jak tylko zdobędę ją w swoje łapki to przeczytam. Cóż, nie mam jej jeszcze, jednak tylko pogłębiam się w potrzebie posiadania tej książki. Mam fioła na punkcie wampirów, ale jeszcze większego mam na punkcie postaci będącej pierwowzorem słynnego hrabiego Draculi. Vlad Palownik jest dla mnie niesamowicie interesującą postacią nie tylko ze względu na rozsławienie przez Stokera, ale także ze względu na historię. XV wieczny hospodar Wołoszczyzny był dotychczas postrzegany przeze mnie za szaleńca, jednak czytając tą książkę zaczynam patrzeć na niego innym okiem. Dopuszczam oczywiście możliwość historii odbiegającej od prawdy, ale autor opiera się główne na faktach historycznych dając szansę poznania nam Vlada od nieco innej strony niż jest on zazwyczaj opisywany. W książce można znaleźć wyjaśnienie dla jego szaleństwa do pewnego stopnia, można spróbować go zrozumieć. Czytam nie mogąc się niemal oderwać, z wypiekami na twarzy pragnąc więcej i więcej. Ubolewam tylko nad tym, że z historii wiem, jak się skończy opowieść o Draculi, co go czeka, A szkoda, bo taka postać (i książka) mogłaby mieć interesującą przyszłość. Nadmienić trzeba również fakt, że nie pada ani razu w niej słowo „wampir” (przynajmniej przez 2/3 książki przeczytane do tej pory przeze mnie). Temat nie istnieje w tej książce, co jest ogromnym plusem, bo jesteśmy uraczeni czymś nowym.  Spojrzenie na Vlada, jako na postać historyczną to przyjemny powiew świeżości.

But when they tell your story after you are dead, do you want it to be the tale of an ass or a lion?

Z tego wszystkiego, zaraz po przeczytaniu książki, mam zamiar zabrać się za fanfici Hellsinga, które kiedyś skopiowałam sobie do plików tekstowych. Ich klimat bardzo mi się podoba. Szkoda, że nie są zakończone.

Pojawił się wreszcie oczekiwany clip do Do Or Die Marsiaków. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, gdyż klip jest zacny i zawiera wiele smacznych ujęć. Zapowiadany jako Closer To The Edge vol. 2 przewyższył nawet pierwowzór w jakimś stopniu. Może minimalnym, ale na tą chwilę podoba mi się bardziej. Miałam łzy w oczach oglądając go. Zadałam sobie sprawę, jak cholernie bardzo tęsknię za tymi wariatami, za adrenaliną koncertową, za wyjazdami, za byciem w trasie. Można się śmiać, jednak będąc w trasie przy okazji ich koncertów czuję się właśnie jakbym znalazła swoje miejsce na ziemi. Kocham to uczucie. Boję się tylko momentu, kiedy stracę możliwość uczestniczenia w tym. To te wyjazdy ładują moje baterie życiowe i dają mi siłę do walki z przeciwnościami losu.

Anyway, jutro wpada Maryś na parę dni. Odbiorę ja z dworca z obstawą. Hee hee… Rety, po 3 latach (?) znajomości wreszcie się zobaczymy. Oby tylko pogoda dopisała i nie było za gorąco, bo mam zamiar pokazać jej trochę miasta.

45. WARsaw part II. The final cut.

Kilkadziesiąt godzin temu zlądowałam do domu. Wróciłam z Warszawy – miasta, do którego zaczęłam się przekonywać, po tym, jak zobaczyłam więcej niż tylko centrum i starówkę zimą. Stolica nie jest w cale taka brzydka. Mogę się skusić na stwierdzenie, że jest całkiem ładna. I bardziej zielona niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Szkoda tylko tych dni z dość pochmurną i deszczową pogodą, bo przecież można było tyle zobaczyć. Anyway…

W niedzielę byłam z Julianem na lotnisku. Od tak, przejechać się. Byłam ciekawa, jak to lotnisko wygląda. No, a że był akurat lot z Berlina popatrzyłyśmy na ludzi przylatujących, no bo a nuż? Zamiast Marsa zobaczyłyśmy naszą rodzimą Anje Rubik przechodzącą dwa metry od nas, a zza naszych pleców wyskoczyła zgraja paparazzich. Potem przewinął się również słynny polski detektyw – pozer, jeszcze niższy i z bardziej kwadratową czupryną niż w telewizji. Marcin Tyszka też się całkiem niższy wydawał… WYDAWAŁ.

Do poniedziałkowego wieczora czas zleciał. Później jednak zaczęło się szaleństwo. W trójkę poczłapałyśmy do miasta na spacer po starówce. Mijał nas wysoki, lekko podchmielony chyba pan fotograf wymieniony przeze mnie chwilę wcześniej. Według Smoka ładnie pachniał. Mi się rzuciło raczej w oczy to, jak szedł. Model na wybiegu. Serio.

Do domu wróciłyśmy pierwszym tramwajem, po godzinie 5 rano. Stolica jest magiczna wieczorem, zwłaszcza starówka. Wcześniej tego wieczora, jakiś debil prawie by nas przejechał, bo się musiał popisać swoim gratem po tuningu.

2 godziny snu to nieco za mało, ale koncertowa adrenalina zaczęła krążyć w żyłach. Kolejny spacer po starówce zaowocował kolejnym widokiem Anji Rubik…

W każdym razie, koncert miał się zacząć o 22. Na Bemowo dotarłyśmy w połowie koncertu Paramore. Akurat zaczęli grać Decode. Omamusiu. Jak to genialnie brzmi, tak dawno tego nie słuchałam. Potem jeszcze moje kochane Let the flames begin. OH, LORD. Może i przejadłam się tym zespołem, ale miło było usłyszeć te dwa kawałki na żywo.

Stereophonics nie zwaliło mnie z nóg, chociaż grali całkiem miło dla ucha. Miła dla ucha, ale nic poza tym. Serce mocniej mi zabiło, kiedy w niedługiej ciszy po koncercie walijskiego zespołu, rozbrzmiały pierwsze dźwięki Birth. Nie myślałam, że da się za czymś tak mocno tęsknić, a jednak.

1. Birth

Birth nie wywołuje aż takich ciarek jak Escape, ale pasuje na początek takiego show. Sama melodia przypomina mi trochę taki cyrkowy klimat, jakby za chwilę miał się rozpocząć spektakl z udziałem akrobatów.

2. Conquistador

Conquistador jest niesamowicie energetycznym kawałkiem. Myślę, że można nazwać to drugim Night Of The Hunter. Nogi same rwały się do skakania.

3. Kings & Queens

Pierwsze dźwięki wywołały jęk protestu. Utwór średni i jak dla mnie, zdecydowanie lepiej brzmi na płycie niż na żywo, ale to moja opinia. Pięknie za to na żywo brzmi moment „The age of man is over„.

4. This Is War

Najsłabsza piosenka chyba ze wszystkich płyt. Na koncertach brzmi koszmarnie, ale za to ma łatwy tekst idealny do śpiewania przez publikę.

5. Night Of The Hunter

Parę wspomnień mi się z nią wiąże. Usłyszeć ją na żywo po półtora roku to świetna sprawa. Tym bardziej, że na pierwszym koncercie w Krakowie związała się ona nierozerwalnie z moim życiem, i nie tylko moim.

6. Search & Destroy

Przykład na to ile utwór może zyskać w wykonaniu live. Szkoda tylko, że zatrzymanie ludzi było tak strasznie sztuczne.

7. City Of Angels

Piosenka, która uratowała mi w grudniu życie została premierowo zagrana w Polsce. Muszę wspominać ile to dla mnie znaczyło? Moja reakcja przypominała tą z Krakowa z 2010, gdzie z początku nie dowierzałam w to, co słyszę. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zaskoczenie, by chwilę później w moich oczach zaszkliły się łzy. Ryczałam całą piosenkę nie będąc nawet w stanie jej odśpiewać. The silver of a lake at night The hills of hollywood on fire A boulevard of hope and dreams Streets made of desire… Moja dusza przez te kilka minut była w niebie. Cały ból zadawany mi przez otaczający mnie świat zniknął, a ja byłam w tej samej chwili na festiwalu Impact oraz w Mieście Aniołów. Słuchać tego utworu na żywo z zamkniętymi oczami to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie mogłam doświadczyć w życiu.

8. Vox Populi

Woks popjulaj, to jeden z utworów przeze mnie bardzo lubianych. Niestety, tutaj zabrzmiał raczej jak niepotrzebny dodatek. Zabrakło mi momentu z przykładaniem latarki do serducha… Oh well.

9. End Of All Days

Czy możemy zatrzymać się tu na chwilę, żeby docenić piękno tej piosenki? Jejku, to jest genialne zwłaszcza na żywo. Nic dodać, nic ująć.

10. Pyres Of Varanasi

Lub Pyry z wakacji, zależy jak kto woli. Fajny motyw z akrobatami. Dobre na chwilę odsapnięcia od full bandowego szaleństwa, jednak chyba wolałam Shannonowe L490 (oczywiście bez michy).

11. The Kill

Niemal perfekcyjnie. Niemal, bo początek totalnie schrzaniony. W każdym razie, połączenie akustycznej wersji z full bandem nastąpiło w idealnym momencie. Chylę pokłony za to.

12. Do Or Die

Kolejny energetyczny kawałek. And the story goes on… Jest świetny zarówno w wersji studyjnej, jak i live. Nie dziwie się Julianowej miłości do tego kawałka.

13. Alibi

„I promise you that we will be returning to this city very very soon”

OH MY FEELS. Alibi grane full bandem, to coś, co trzeba usłyszeć na żywo przynajmniej raz w życiu. Piękne, piękne i jeszcze raz piękne. „Welcome home” wyskandowane przez tłum przy pierwszych dźwiękach przyprawia mnie o łzy wzruszenia.

14. Closer To The Edge

Od Coke to chyba jedna z niewielu rzeczy, jaka przy trasie promującą nową płytę się nie zmieniła. Od czasu trasy promującej This Is War utwór ten znajdował się zawsze tuż przed finałowym.

15. Up In The Air

Kiedy Delish powiedziała, że będzie to genialne na koniec zamiast nużącego już Kings & Queens przyznałam jej racje. Up In The Air jest genialne jako zwieńczenie półtorej godzinnego show.

goldpolandwar-tx

Biorąc na podsumowanie, koncert na Impact Fest był rewelacyjnym show, mimo ciągnących się przerw między utworami i drobnych wpadek. Ci, których to był pierwszy koncert, powinni być zadowoleni. Nie było może atmosfery z Coke, czy setlisty z pierwszego dnia w Łodzi, ale mimo to, publiczność bawiła się świetnie, a nowe utwory porywały nawet fanów Rammstein.

„My grandpa’a favourite polish meal was kielbasa, mine is pierogies & Shannnon’s are polish girls.”

Wspomnienie Jareda o ulubionych potrawach było nieco niedopasowane. A może to był jeden z bardzo niewielu spontanicznych momentów? W każdym razie mamy się z czego śmiać. Zdjęcie z tłumem i złotą płytą, jaką zarobiło Love Lust Faith + Dreams mogłoby zawisnąć na mojej ścianie.

Z mojej strony ten koncert jest najbardziej osobistym doświadczeniem. Generalnie całość koncertu strasznie wydawała mi się, jakby ktoś chciał powtórzyć w jakiś sposób Coke, jakby ten koncert wzorowany był na tamtym sprzed prawie trzech lat. Mogę się mylić, ale takie miałam odczucia podczas niemal całego show. City Of Angels oraz Alibi rozbroiły mój system psychiczny przez co teraz odczuwam gigantyczne PCD. Tak, po raz pierwszy w życiu odczuwam Post Concert Depression. Cieszę się jednak, że moje podziękowanie zaraz po show zostało zauważone.

654Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią tego wypadu do stolicy. Tym, którzy byli na koncercie i tym, którzy wytrzymywali ze mną. See you very very soon!

40. LOVE LUST FAITH + DREAMS

Zdziwiona byłam, kiedy szperając po necie nigdzie nie mogłam znaleźć Love Lust Faith + Dreams leak’u. Mówiłam sobie, że przecież coraz mniej czasu do premiery, a przecież tyle albumów pojawiało się na długo przed premierą. Anyway, dzisiaj, jak tylko zobaczyłam plotkę o wycieku – ruszyłam do akcji. Zajrzałam na moją stronkę informującą i znalazłam wskazówkę, gdzie powinnam szukać. Były problemy, oczywiście. Jeden z utworów okazał się fragmentem Gangman style, ale cóż, teraz słuchając całego albumu mogę się wypowiedzieć.

tumblr_mjvm51U1111qmu619o1_500

LOVE LUST FAITH + DREAMS to czwarty studyjny album zespołu THIRTY SECONDS TO MARS znanego szerzej, jako nieco prostsze 30 Seconds To Mars. (Tak, nadal nie rozumiem dlaczego bawią się w zmienianie nazwy.) Nie spodziewałam się niczego w starym stylu, bo nie jestem z tych, co uczepią się jednego nurtu muzycznego, czy tych, co lubią przyczepiać artystom etykietki. Zachowałam umysł otwarty, opłacało się.

W grudniu, kiedy podczas VyRTa usłyszeliśmy fragmenciki, jeszcze surowe, kilku piosenek, nie myślałam ile będą dla mnie znaczyć, a jednak. Niespełna tydzień później rozpoczął się koszmarny okres mojego życia. Wszystko legło w gruzach i na tych gruzach musiałam odbudować swoje życie na nowo. Jakieś tam filary pozostały, ale nadal było tego za mało, żeby wierzyć w lepsze jutro.

Co mi pomogło? Niemal na okrągło słuchałam dwóch utworów, właściwie to raczej ich fragmentów. Bright Lights oraz City Of Angels. Już wtedy miałam świadomość tego, jak osobisty będzie dla mnie ten album. Z tego też powodu nie mogłam się doczekać, kiedy go usłyszę. Oczywiście, zaopatrzę się w moją kopię, najpierw jednak uzbieram pieniążki na wyjazd do Warszawy.

Co do okładki, muszę przyznać, iż pasuje do całości albumu. Z pozoru taka kolorowa, jasna i pozytywna, ale kryje się za nią jakieś drugie dno. Każdy kolor jest symbolem jednego z czterech tytułowych słów, a odcień sugeruje ich intensywność.

1. Birth

Poznane już przy okazji clipu do pierwszego singla z tej płyty. Nie wsłuchiwałam się wtedy. Birth – narodziny, symbol początku, czegoś co się rozpoczyna. Nowego życia. Piosenka zapowiada to, jak brzmi album, wzmaga głód usłyszenia całości.

2. Conquistador

Dobry, energiczny kawałek. W jakiś sposób jest dla mnie motywacją do walki. Do walki o to nowe życie, które rozpoczęło się w grudniu. Jest w niej parę fragmentów, zapadających mi mimowolnie w pamięć. A trojan whore – osoba przez nas kochana, posiadająca nasze zaufanie, nasze serce, a mimo to postanawiająca nas zdradzić, zostawić, rozerwać od środka. Jak Grecy podbili Troję ukrywając się w drewnianym koniu, tak ludzie pod pozorem miłości czy przyjaźni niszczą nas od środka. Rozrywają nasze serca na strzępy. We will rise again – ale mu powstaniemy. Musimy. Nie możemy im pokazać, jak bardzo nas to bolało. Musimy uczestniczyć w tej swoistej bitwie do usranej śmierci, jakkolwiek miałaby ona nastąpić.

3. Up In The Air

Jeden w bardziej popowych kawałków. Dobrze się do niego sprząta. Serio. Chociaż sama musiałam jej wielokrotnie słuchać, aby przekonać się do tego brzmienia. W każdym razie, piosenka dla mnie jest o upajaniu się. Nazwałabym to nawet byciem na haju, niekoniecznie narkotykowym. Upoić można się miłością, muzyką… niemal wszystkim. I’ve been up in the air Is this the end I feel? Up in the air Chasing a dream so real – bujałam w obłokach będąc pewna, że moje marzenia są bliskie spełnienia, ale nie. Mój świat się zawalił. Serce pękło na miliony maleńkich kawałków, zdawało mi się, że to koniec. A thousand times I tempted fate A thousand times I played this game – tyle razy przeżywałam coś podobnego. Tyle razy coś chrzaniłam swoim zachowaniem, całą sobą. Szkoda tylko, że tym razem to we mnie uderzyło tak mocno. Take no more.

4. City Of Angels

Magiczna piosenka od samego początku. Słuchając jej mam wrażenie, że jestem w Los Angeles – tytułowym mieście aniołów, spaceruję bulwarem zachodzącego słońca, wspinam się na hollywood hills… Coś naprawdę niesamowitego. Niewiele utworów jest w stanie dać mi tak silne przeżycia, a jeszcze mniej potrafi mnie przenieść w czasie i przestrzeni do zupełnie innego miejsca, niż to w jakim jestem. Miasto aniołów – miasto spełnianych marzeń, symbol domu, jako miejsca gdzie człowiek czuje się najlepiej. Dla mnie samej – symbol tego właśnie miejsca na ziemi, gdzie czuję, że powinnam być. Chciałabym kiedyś powiedzieć z czystym sumieniem I am home, jednak w tej chwili mimo całej mojej miłości do bliskich oraz tego miejsca, wiem, że tu nie pasuję. To nie jest TO miejsce.

5. The Race

Od pierwszego przesłuchania przypadła mi do gustu. Muzyka współgra z tekstem, całość łatwo wpada w ucho. Dwukrotnie poraziła mnie dobitność tej piosenki… You saved my life with blood and through sacrifice – może niektórzy powiedzą, co to zerwanie, miłość przychodzi i odchodzi, to nie powód by tracić chęć życia. Fakt, może tak jest, ale nie dla mnie. Jestem zbyt uczuciową osobą i zbyt wiele z siebie dałam, żeby od tak umieć się pogodzić ze stratą. Kiedy już nie miałam siły były przy mnie osoby, które mi pomogły, jednak najwięcej wiary w życie zaszczepiła we mnie muzyka. Idealnie pasujący tekst do mojej sytuacji oraz dawanie mi poczucia tego, że gdzieś tam jest moje miejsce i kiedyś je znajdę. Love is a dangerous game to play Hearts are made for breaking and for pain – to jest jedno z najbardziej prawdziwych fragmentów piosenek z jakimi się kiedykolwiek spotkałam. Miłość to ryzyko, nie ważne czego dotyczy. Czy chodzi o faceta, dziewczynę, zwierzaka, czy o pasję. Wszelkie rozczarowania bolą i ranią serce, jeśli tylko tej miłości oddało się siebie. Kochając – ryzukujemy.

6. End Of All Days

Albumowy wyciskacz łez można powiedzieć. Piękny w każdym calu. All we need is faith – bo wiara czyni cuda i wszyscy jej potrzebujemy.

7. Pyres Of Varanasi

Jeśli dobrze pamiętam, to chyba utwór autorstwa Shannona. Nie powiem, podoba mi się, dużo bardziej niż L490. Ma w sobie to coś, czego w tamtym brakowało. Dodatkowy plus: głowa od tego nie boli, tak jak od słynnej shannonowej michy.

8. Bright Lights

Drugi kawałek towarzyszący mi w najczarniejszym momencie mojej dotychczasowej egzystencji. Aktualnie mój faworyt z całego albumu. She dreams of love – marzę, śnię o miłości, o tym, żeby być kochaną. Żeby jedna i druga strona dawała z siebie tyle ile może. I forgive Had enough Time to live Time to love – jeszcze nie wybaczyłam, ale nadal próbuję. Za bardzo to boli, jednak za bardzo mi też zależy, żeby móc sobie pozwolić na stratę przyjaciela. Mimo to jestem przekonana, że nadeszła pora, żeby zacząć na nowo żyć i kochać.

9. Do Or Die

Skoczny, przyjemny kawałek.  And the story goes on! (…) Time to be alive – życie idzie do przodu, więc nie możemy zostawać w tyle. Czas by wreszcie zacząć żyć. I will never forget the moment, the moment – każdy ma takie momenty w życiu, które, choćby roztrzaskał sobie głowę, będzie pamiętał. Raz są to pozytywne momenty, innym razem negatywne. Pamiętam Coke i każdy wyjazd z batonami w tle. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nazwał mnie swoją dziewczyną, a potem każdy kolejny łamiący mi serce, aż w końcu ten, który wyssał ze mnie całą chęć życia. Pamiętam ogłoszenie każdego batonowego koncertu i własną reakcję. Pamiętam spacer po krakowskim rynku, niebieską bluzę i ślepia, fortepian, erę pingwinów. Pamiętam pierwsze opowiadanie oraz te będące dla mnie powodem poznania Juliana. Wiele rzeczy pamiętam.

10. Covergence

Przerywnik. Chwila oddechu od energicznego brzmienia. Odprężające bardzo.

11. Northern Lights

Przez ostatnie dni, od momentu usłyszenia Jareda śpiewającego to na ławce w nowojorskim parku, oczekiwałam tej piosenki i umierałam z potrzeby usłyszenia całej. Spodziewała się nieco innej melodii, chociaż przyznaję – podoba mi się. I cannot wait to dance upon your grave They don’t even have a soul left to be saved – tak, już ja wiem na czyim grobie bym chętnie zatańczyła.

12. Depuis Le Début

Słucham tego i wyobrażam sobie scenkę, kiedy facet siedzi sobie na werandzie swojego pokoju na typowej amerykańskiej wsi, z gitarą w dłoniach i zaczyna śpiewać. Tak jest z początku, ale zaraz potem utwór zmienia się. Słowa znikają, pozostaje sama muzyka. Cały album kończy melodia z pozytywki będąca niczym innym, jak fragmentem Jeziora Łabędziego Piotra Czajkowskiego.

Podsumowując: cały album jest dla mnie bardzo ważny. Jedne utwory są mi bliższe, a inne ciut dalsze. Mimo wszystko, jak do tej pory, LOVE LUST FAITH + DREAMS jest albumem najbardziej osobistym dla mnie. Myślę, że mogę powiedzieć iż ten album mnie uratował i pomaga mi stanąć na nogi, mimo tego całego gówna, jakie ma miejsce w moim życiu od kilku miesięcy.

31. In the middle of hollywood boulevard.

Miałam ostatnio takie przemożne uczucie chęci zapalenia papierosa. Nie palę, jestem wolna od tego nałogu, ale coś mnie przez parę dni ciągnęło do tego. Może to stres, bo prawdę mówiąc nic innego nie przychodzi mi do głowy. Chociaż przyznać muszę, że teraz ciągnie mnie do czegoś innego. Do czytania. Tęsknię za poczuciem trzymania książki w dłoniach, wciąganiem się w ten inny świat.

Załatwiając sprawy w mieście, zrobiłam sobie małą wycieczkę. Chryste, zapomniałam już jakie piękne jest to miasto. Może nie umywa się do Krakowa, ale rety, tu jest tyle miejsc do zobaczenia czy pokazania. Tyle zakątków do zbadania i sfotografowania. Dajcie mi tylko dobry aparat wraz z towarzystwem.

Tak sobie myślę, niektórzy to mają wyczucie czasu, nie ma co. Gram sobie tutaj w minecrafta, buduję sobie mój zamek, aż dzwoni zastrzeżony numer. Zeschizowana, zastanawiając się, kto to, odbieram. Głos mam niepewny, lekko przestraszony, a w odpowiedzi słyszę całkiem niezły męski głos brzmiący, jakby facet bał się robić nim wydmuszkę. Trybiki w mojej głowie pracują na zdwojonych obrotach, serce rozkręca palpitacje, a impreza zaczyna się w momencie, kiedy sprzedaje samej sobie mentalnego facepalm’a. Przecież to ten ciołek Pegaz z ER. Palpitacje serca, drżenie całego ciała, kabel łączący mózg z ustami odłączony. Zdziwiłam się, kiedy Aneczka przedstawiała mnie na antenie. To, jakie bzdury z poza antenowej części rozmowy oni potrafią wyciągnąć to jest coś nienormalnego. Oczywiście, tak jak po raz drugi wygrałam w tym radiu (właściwie trzeci, ale pierwszego nie liczę…), tak po raz drugi usłyszałam, że jestem pyskata.

Przyznaję, nie lubię tego radia. Jeśli go słucham to w godzinach nocnych, wolnych od trajkotania „moich ulubieńców”. Nie wiem, dla mnie ich zachowanie jest takie paskudnie sztuczne. Niby się śmieją, żartują, ale czuć, że traktują to jak obowiązek, a nie pracę będącą przyjemnością. Nie chcę wyjść na jęczydupę, bo przecież zgarnęłam płytkę, ale po prostu takie są moje odczucia. Głosuję dla piosenek, które zasługują na to, aby pojawić się w zestawieniu. Możliwość wygranej to taki gratis.

Anyway… ER, dziękuję. Jak to się mówi, kto się czubi ten się lubi.

Przede mną weekend w szkole. Zapowiada się męcząco, zważywszy, że w niedzielę będzie trzeba siedzieć do końca. Jutro muszę poświęcić na naukę. Ogarnąć tematy, przygotować się i chociaż raz być w pełni spokojna o dzień na uczelni.

Rycie łba czas zacząć. Oglądamy Ghost Hunters International o 2 w nocy.