71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Second one with my bestie. #concert #Echelon #MARSarmy #marsinpoland #Poland #Rybnik #polishgirls #friends

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Me & red devil from @creepsbycubbins gang in Kraków. #cracow #creeps #redhead #reddevil #polishgirl

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Reklamy

55. Alex vs. Alex, czyli rozmowy z alter-ego.

Jesteś szczęśliwa?

A czy ty byłbyś, gdybyś znajdował się na krawędzi załamania? Gdyby ktoś, kogo kochasz całym sercem zostawił cię pośrodku samego gówna? Gdybyś nie miał z kim o tym pogadać, bo albo byś został ochrzaniony albo by cię oceniano za twoimi plecami? Czy byłbyś szczęśliwy mając świadomość, że twoje marzenia nigdy się nie spełnią, bo jesteś zbyt słaby, żeby stawać do walki z Goliatem?

Musi być coś, co daje ci szczęście.

Jej wzrok powędrował w przestrzeń sięgając daleko za grube szpitalne mury. Przez ułamek sekundy widział, jak błyszczą widząc to, czego on nigdy nie dojrzy. Blask orzechowych tęczówek zniknął na dobre w chwili, gdy spojrzała na niego ponownie.

Fakt, jest coś, co sprawia, że jestem szczęśliwa.

Co to jest?

To samo, co przypomina o bezsilności i słabości.

Przynajmniej daje ci chwile radości.

Co z tego, skoro w następnej chwili mi to zabiera?

Możesz to zmienić o ile chcesz, wystarczy tylko odrobina wysiłku.

Potrząsnęła głową przymykając oczy.

Nie mogę tego zmienić.

Dlaczego?

Bo jestem tchórzem. — Znów na niego patrzyła, a szczerość tej wypowiedzi biła z jej oczu wbijając w jego umysł bolesną szpilę niepokoju.

Nie jesteś tchórzem, tylko potrzebujesz zmotywowania.

Kasztanowe włosy zatrzęsły się w ponownym zaprzeczeniu.

Boję się porażki i zawodu. — Spojrzenie miała tym razem puste, jakby patrzyła we własne wnętrze. — Boję się ludzi, a raczej ich nienawidzę. W jednej chwili mówią do ciebie uśmiechając się najpiękniejszym uśmiechem świata, jednocześnie oceniając cię w zakamarkach swojego umysłu, a w następnej chwili obgadują cię nim jeszcze miejsce zajmowane przez ciebie obok nich na ławce ostygnie.

Milczeli przez chwilę. On przyglądał się jej profilowi usiłując zrozumieć wszystko to, czym się z nim dzieliła.

Nienawidzę siebie, bo jestem człowiekiem i robię wszystko to, czego nienawidzę. Oceniam ludzi, ulegam pokusom i sprawiam ból bliskim.

To nasza natura…

Sprzeciwiamy się naturze budując samoloty i nimi podróżując, nosząc ubrania, używając wszystkich nowinek technologicznych, więc dlaczego nie możemy sprzeciwić się temu? Bo jesteśmy leniwi i zbyt słabi. Jesteśmy głupcami nie widzącymi własnych błędów, a jeśli już je dostrzegamy, są one ignorowane i bagatelizowane.

Odpowiedz mi na jedno pytanie jeszcze. Dlaczego tu jesteś?

Tu, czyli gdzie? Bo ja jestem pośrodku niczego i to z własnej nieprzymuszonej woli, tak jakbym chciała tu być, bo nic nie robiąc właśnie na to pozwalam, czyż nie?

Pytałem o szpital. Dlaczego tu jesteś?

Straciłam wiarę. W marzenia, w Boga, w ludzi i w siebie. Byłam zbyt naiwna i im za bardzo zaufałam.

Zaufanie to nic złego.

Dopóki nie roztrzaska twojego serca i nie pozbawi cię duszy.

Nie straciłaś duszy.

Nie? To powiedz mi dlaczego w, z pozoru, najszczęśliwszych momentach życia w ustach mam pełno goryczy, a w sercu żal?

Bo stawiasz wszystkiemu zbyt wygórowane oczekiwania.

***

Przeprowadziłam tą rozmowę z moim alter-ego parę dni temu, podczas totalnego załamania sił psychicznych. Szpital jest tu przenośnią, tak samo jak całość tego dialogu.

42. WARsaw part I.

Pierwsze dni w WARszawie mijają diabelnie szybko. Za szybko bym powiedziała. Całe szczęście nie załamałam się totalnie przed wyjazdem, bo byłam w stanie gorszym niż tragiczny. Nie miałam siły na nic, ani na pakowanie, ani na sam wyjazd. Miałam ochotę usiąść i się rozbeczeć jak małe dziecko z bezsilności. Nic nie wychodziło. Totalnie nic. Właściwie, rozbeczałam się siedząc obok mamy, przeglądając internet. Na pytanie „O co chodzi?” odpowiedziałam durnym „nie wiem”, bo właściwie nie wiedziałam, co nie doprowadziło do takiego stanu. Te przeszkody, jakie napotkałam przed wyjazdem były jedynie drobiazgami, ale przez moje nerwowe rozstrojenie przeważyły szalę i pękłam. A przecież wyjad do fryzjera ze Smokiem udał się doskonale, mimo małej przygody z moją legitymacją  tą cholerną sklerozą, która tym razem miała mocno zaboleć.

Anyway… Jestem od trzech dni w Warszawie z najzajebistsymi trollami pod słońcem (tak, ja też was kocham moje skubane wariaty) i oby wszystko dalej szło pięknie. Pierwszy dzień minął jak z bicza. Wyjazd z Poznania o 5:28, całe 3 godziny z hakiem przespane w niewygodnej pozycji w pociągu TLK, potem telepanie się przez centrum stolicy na Żoliborz z naszymi końmi-walizkami. Chwila odsapnięcia i rozpakowanie się. Spotkanie z Jedi, a potem we trzy udałyśmy się po Juliana. Miałam ochotę zbić jej tyłek na kwaśne jabłko, gdyż nie obyło się bez szukania jej po metrze. Potem obiadek Julianowy i szalenie wspólnie w salonie. Tęskniłam za tym. Tyle śmiechu a to przecież dopiero początek był. 

Wczoraj od rana niemal spędziłyśmy na Starówce. Dobry przewodnik wiedział jak nas dobrze wymęczyć #wink. Wreszcie porobiłyśmy dużo zdjęć. Julian obsługiwała mój aparat, a ja Smoczy. Wieczorem za to odwiedziłyśmy Jedi i spełniłyśmy jedną z naszych pozycji na liście To do together – obejrzałyśmy The Phantom Of The Opera. Ach ten Gerard…

Matko, jak zarąbiście pisze się na tym małym białym cacku!

Wiecie, mam to cudowne poczucie, że jestem tam, gdzie powinnam w tej chwili. To jest tak piękne… Dobra, nie będę się rozklejać.

29. The atom split but left the best part of me

Nie, ja wcale nie robię wszystkiego, żeby tylko uniknąć pisania reader’s review z Hamleta. To nie moja wina, że aktualnie nawet irytacja jest ciekawsza od pisania pracy. Korci mnie, żeby zasiąść do pisania kolejnych rozdziałów na bloga, ale oczywiście nie mam na to czasu. Dammit

A sun spot, I’m atomic energy
The atom split but left the best part of me
It’s not static, just electricity

28. I never promised you an open heart or charity.

Właśnie dobiega końca jeden z gorszych dni, jakie mogłam sobie wymyślić. Zastanawiam się, ilu kochanych przeze mnie ludzi muszę stracić, żeby znaleźć kogoś, kto nie zostawi mnie przez to, że będę mówić co myślę, albo nie będę udawać kogoś kim nie jestem? Prawdopodobnie długie poszukiwania przede mną.

Tak, wiem, popełniam błędy, ale potrafię się do tego przyznać i tego też oczekuję od innych. Często przesadzam, jednak potrafię przeprosić i wielokrotnie nie wytrzymuję wyciągając dłoń na zgodę w jakikolwiek sposób. Chociażby zaczynając zwyczajną rozmowę. 

Jestem zazdrosna, cholernie nawet, ale to przez strach przed stratą ukochanej osoby. Ilekroć czułam się zagrożona, miałam ku temu powody, więc chyba to raczej zaleta skoro umiem wyczuć, kiedy ktoś się ode mnie oddala?

Każde związki z drugim człowiekiem opierają się na szczerości, zaufaniu i umiejętności wybaczania, right? W takim razie dlaczego ilekroć jestem szczera, ufam komuś, to jedyne co za to dostaję to kop w dupę i degradacja na boczną pozycję? Z dziewczyny spaść do roli przyjaciółki, z roli przyjaciółki do roli…kumpeli? Właściwie kim jestem? Mam dosyć bycia ciągle „tą kolejną”. Pragnę być dla kogoś tą najważniejszą, tą ważną lub jedną z najważniejszych. Brzmi egoistycznie, ale każdy tego przecież chce. Każdy chce być lubiany i kochany. 

Nigdy nie potrafiłam odmówić komuś pomocy. Ilekroć ktoś prosił mnie o coś, robiłam to, chyba, że było to ponad moje siły. Potrafiłam wysłuchać, starałam się doradzić, nigdy nie prosząc o nic w zamian. Tak naprawdę, nienawidzę mówić o swoich problemach, bo wtedy czuję dość niepewnie i nieswojo. Potrafiłam zawsze być dla kogoś przyjacielem, zawsze starałam się pomóc, ale nigdy nie umiałam pomóc samej sobie.

Prawdopodobnie za parę godzin włączy mi się opcja „zlew”. Spróbuję wyłączyć uczucia skupiając swoją uwagę na czymś innym, ale co z tego skoro to nic nie zmieni? Nie zmieni ani tego, jak się czuję, ani tego, że jestem praktycznie sama, bo nie potrafię się nikomu narzucać. Taa…

Anyway… Nie mam już siły użerać się z całym tym gównem, jakie mam na głowie. Jedni powiedzą „inni mają gorzej”, drudzy machną ręką uznając moje problemy za błahe, ale mnie one przerastają. Mój świat istnieje nadal tylko dzięki mojej wyobraźni i sile marzeń, do których spełnienia dążę.

Tak, a teraz pora zacząć „kurację” i łyknąć zieloną tabletkę.

xo

26. I’ll wrap my hands around your neck so tight with love, love…

Od dawna nie czułam się tak dobrze, jeśli chodzi o moją psychikę. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz szłam spać z tak szerokim uśmiechem na twarzy. Nie myślałam, że ktokolwiek będzie mógł u mnie wywołać tak pozytywne nastawienie do życia. Mam świadomość ulotności tego samopoczucia, możliwości zniknięcia, ale cieszę się chwilą i nie mam zamiaru przejmować się teraz pierdołami.

Prawdę powiedziawszy boję się, bo myślę, czy to nie za szybko, czy nie czuję się zbyt swobodnie… Tylko kurczę, muszę w końcu stanąć na własne nogi i zacząć układać sobie życie na nowo. Pora wreszcie w pełni zacząć oddychać pełną piersią nie odwracając się za siebie. Życie przeszłością nic nie da, tylko pogorszy samopoczucie. Jeden rozdział życia dobiegł końca, więc trzeba zacząć kolejny. Będą chwile słabości, jak wczorajszego wieczoru, kiedy łzy same spłynęły po policzkach, będą tymczasowe załamania w pozytywnej energii, ale mam nadzieję, że od tej chwili coś się zmieni na lepsze.

Proszę tylko, niech powód mojego nastawienia nie zniknie równie szybko jak się pojawił.

Z nikim nie rozmawiało mi się jeszcze tak swobodnie, tak dobrze i tak pozytywnie…

Jared-Leto-back-tattoo
Za niecałe 24 godziny dowiemy się, co trio batonów przygotowało dla nas. Cieszę się z ich powrotu, jednak nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, więc wszelką ekscytację zachowam na potem, o ile nowy singiel mi się spodoba.  Hope so.

I’ve been up in the air
Lost in the night
I wouldn’t trade it out for your lies you’re last for my life.
Is this the end.
You were the love of my life
Darkness the light
This is a portrait of the tortured you and I.
Is this is end.
I’ll wrap my hands around your neck so tight with love, love
A thousand times I’ve tempted fate
A thousand times I’ve played this game
A thousand times that I have said today, today, today

Miałam dzisiaj, a właściwie wczoraj, bo w niedziele, poprawiać dwa koła. Miałam. Pani K. nie zjawiła się, choć się z nami umówiła, a my jak takie dupy na nią czekaliśmy. Mogłam sobie poleżeć w łóżku z polopiryną, ale nie, miałam poprawiać. Dziękuję bardzo za takie umawianie się. Z drugiej strony, coś wczoraj byłam zbyt spokojna, jakbym wiedziała, że nie będę pisać.  Anyway… Muszę zabrać się za kończenie R-evolve, bo dzięki kochanej Jedi mam koncepcję jak napisać zakończenie.

22. Red. I feel my soul on fire. (…) Red. The color of desire.

Obejrzałam wczoraj, a raczej dzisiaj, w nocy Les Miserables i muszę przyznać, że film jest bardo dobry. Śmiem nawet uznać go za rewelacyjny w filmwebowej skali. Podobały mi się kostiumy, scenografia, dobór aktorów poza jednym glonojadowym wyjątkiem, no i muzyka.

Do you hear the people sing?
Singing the song of angry men?
It is the music of the people
Who will not be slaves again!
When the beating of your heart
Echoes the beating of the drums
There is a life about to start
When tomorrow comes!

Właściwie z początku nie należałam do zbyt pozytywnie nastawionych do tego filmu. Ot, kolejny musical przeniesiony na ekran. Myliłam się. Les Miserables jest naprawdę dziełem wysokiej klasy zarówno pod względem wizualnym jak i muzycznym. Zabrałam się za oglądanie pod wpływem Nędzników, których mój tato oglądał na CBS Europa. Myślę, że samej fabuły nie trzeba nikomu przybliżać, bo większość zna powiesć Victora Hugo albo którąś z jej adaptacji.

Jak już wspomniałam, spodobał mi się dobór aktorów uzdolnionych również wokalnie. Hugh Jackman (Jean Valjean) nie zaskoczył mnie  swoim głosem, bo już słyszałam jego popis podczas jednej z Oscarowych gali, kiedy pośmiertnie przyznano statuetkę zmarłemu Heath’owi Ledger’owi. Teraz jednak popis był o wiele dłuższy (film ma ponad dwie i pół godziny!), a w połączeniu z samą osobą aktora – zapierający dech w piersiach. Anne Hathaway (Fantine) w pełni zasłużyła na tego Oscara, którego jest posiadaczką. Zawsze jestem pod szczególnym wrażeniem aktorów mających do wcielenia się rolę przesycone emocjami, a jeśli miażdżą realizmem tych emocji, to jestem pozostawiona bez jakichkolwiek możliwości komentarza. Russell Crowe (Javert) wyglądał niezwykle dostojnie w niebieskim mundurze, no i zaskoczył mnie swoim głosem. Nie miałam pojęcia, że on tak dobrze śpiewa. Amanda Seyfried (Cosette) znana już z udziału w Mama Mia nie miała tutaj za wiele pola do popisu moim zdaniem. Podobało mi się, że postarano się, żeby odtwórczyni roli młodej Cosette (Isabelle Allen) była do niej podobna. W każdym razie blask Amandy przyćmiła debiutantka Samantha Barks (Époine) z niesamowitym głosem, nieprawdopodobnie wąską talią i śliczną buźką. Trzeba też przyznać, że zagrała całkiem przyzwoicie. Nie mam zielonego pojęcia jak Eddie Redmayne (Marius) znalazł się w obsadzie, a czekajcie, koleś ma świetny głos i aż ciary mnie momentami przechodziły. Głos jak głos, ale jego usta mnie odrzucają. Tak wiem, człowiek nie ma większego wpływu na to, jak wygląda, ale na każdym zbliżeniu widziałam tylko te żyjące własnym życiem wargi. Pierwsze skojarzenie: glonojad. Wartym wspomnienia jest również Aaron Tveit (Enjorlas), który stał się małym internetowym hitem wraz z graną przez siebie postacią. Poważnie, na takim tumblr widzę masę fanartów na jego temat. Poza tym, mam chyba słabość do broadway’owych aktorów, bo to już kolejny osłabiający mnie przystojniak. Czym byłby film bez akcentu humorystycznego? W ogóle, kto inny mógłby takiego dostarczyć, jak nie sam Sasha Baron Cohen (Thénardier) tworząc w połączeniu z Heleną Bonhnam Carter (Madame Thénardier) wybuchową parkę złodziejaszków. Role im przypasowały, co doskonale widać i aż miło spojrzeć na tą dwójkę w natarciu. Charakterystyczny wygląd Bonhnam Carter do jakiego nas przyzwyczaiła w swoich kreacjach nawet tu jest wyraźnie widoczny. Serce kroiło mi się na koniec filmu przez Daniela Huttlestone’a (Gavroche), bo zagrał przeuroczego małego rewolucjoniste, przez co ta postać zdobyła sobie moje serce swoim zapałem, odwagą oraz wiernością idei.

Jeśli chodzi o sceny, które w jakiś szczególny sposób zapadły mi w pamięci, to najbardziej ostatnia. Motyw ucieleśnienia Boga w jedną z przewijających się wcześniej postaci – świetny, a zakończenie ukazujące „drugą szansę”  wywołało szeroki uśmiech na mojej twarzy.

Red – the blood of angry men!
Black – the dark of ages past!
Red – a world about to dawn!
Black – the night that ends at last!

Cudowna muzyka z filmu myślę, że tymczasowo przyćmiła dla mnie mójego uwielbianego Upiora w Operze z Gerardem Butlerem. Szczególnie utwory takie jak ABC Cafe / Red and BlackCastle On A Cloud oraz Do You Hear People Sing wywołały u mnie przyjemne dreszcze.

Tak swoją drogą, przeraziłam się lekko na myśl o tym, co muszę przeczytać na zajęcia z prof S. Parę opowiadań i dwie sztuki, wszystko po angielsku, a potem napisać kilka zdań własnych odczuć na temat tego, co się przeczytało. Brzmi ciekawie, o ile przeczytam, bo z czytaniem u mnie ostatnio bardzo ciężko. W weekend zjazd, mam dwie poprawki, a tak liczę na względny luz na wykładach, ale mam też nadzieję na coś więcej, co nie pozwoli mi zasnąć. W każdym razie, jutro czeka mnie wycieczka do biblioteki brytyjskiej w celu wypożyczenia tego i owego.

Dowiedziałam się dzisiaj, że Poznań nawiedzi w czerwcy Alicia Keys. I tu stawiam pytanie, czy znajdzie się koncert dla mnie? Za każdym razem, jak przyjeżdża do Poznania jakiś artysta, to zazwyczaj nie pałam do niego zbytnią sympatią. Czy ja naprawdę chcę za wiele? Jeden, może dwa koncerty jakieś małe i będę w pełni szczęśliwa. Mój pech, bo nie kręcą mnie polskie zespoły, więc muszę liczyć na muzykę zagraniczną. Oh, well… Muszę się z tym chyba pogodzić.

Wczoraj pewna diablica nakręciła mnie (prawdopodobnie nieświadomie) na wyjazd do Budapesztu. Przez godzinę chodziłam i powtarzałam jak mantrę „BUDAPEST. BUDAPEST. B-U-D-A-P-E-S-T”.  Nie śmiejcie się. To nie moja wina, że od siódmego roku życia jestem zakochana w pewnym temacie i mam obsesję, która uaktywnia się szczególnie mocno, kiedy powstaje nowa adaptacja książki przeze mnie uwielbianej. Już nawet znalazłam promocję na pobyt dla dwojga w Budapeszcie. Szkoda tylko, że w tej chwili mój portfel wygląda jak nieużywana szuflada – przedrzyj się przez pajęczynę, a znajdziesz stare rachunki z biedronki. Tak więc, przyjęłam ambitny plan wzmocnienia jeszcze bardziej moich prób znalezienia pracy. Oby mi się udało, chociaż po wczorajszych propozycjach czarno to widzę. To, że piszę w ogłoszeniu „studentka poszukuje pracy” nie znaczy to samo co „ZDESPEROWANA studentka GOTOWA NA WSZYSTKO szuka pracy”. Nie interesuje mnie żaden masaż erotyczny ani tym bardziej miłość francuska. Czy naprawdę jestem takim looserem, żebym nawet nie mogła dostać porządnej oferty pracy?