71. Dare to dream.

One day maybe we’ll meet again.

Ten maleńki cytat towarzyszy mi nieprzerwanie od sierpnia 2010 roku. Jest wyrwanym fragmentem utworu Closer To The Edge, który po raz pierwszy miałam okazję wtedy właśnie usłyszeć na żywo. To on zaszczepił we mnie dziwną potrzebę przeżycia koncertu Thirty Seconds To Mars na żywo. Jeśli ktoś te 4 lata temu powiedziałby mi, że wpadnę w uzależnienie, machnęłabym ręką. Serio. A teraz? Sama mówię o tym uzależnieniu. Potrzebuję tych wyjazdów, żeby ładować baterie do walki o swoje cele, marzenia i wszystko, w co wierzę.

#Morning #Cracow! Long time no see! So good to be back #happyalex #Morning #krakow

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Wtedy przyjechali na swój pierwszy koncert do Krakowa. 20 sierpnia 2010 roku zagrali na festivalu (wtedy jeszcze) Coke Live Music Festival miażdżąc moje ówczesne poczucie szczęścia. Biorąc udział w tym wydarzeniu poczułam wszystko to, czego wcześniej mi brakowało, a ja nawet nie byłam tego świadoma. Nie wiedziałam czego może mi brakować, dopóki tego nie doświadczyłam. Powiew kilku spełnionych marzeń w ciągu zaledwie jednego wieczora. Jednej nocy. Kilku godzin. Właśnie wtedy przestałam jedynie snuć marzenia, a zaczęłam je realizować. Powoli, kroczek po kroczku, choć czasem przeskakując kilka kroków.

Try and fail, but never fail to try.

Od tamtego dnia spełniam swoje marzenia. Każdy mijający rok jest obfity w przeżycia, raz radosne i niemal ekstatyczne, bo kolejne marzenie zostało spełnione, innym razem wprost przeciwnie. Świat potrafił się sypać, ale ja nie chowałam się w kącie płacząc na zbyt długo. W którymś momencie zawsze wstawałam i parłam dalej z jeszcze większą determinacją. Paradoksalnie, niektóre moje cele, za cholerę, nie chcą dać się zrealizować. Im mocniej mi na nich zależy, tym dalej od nich jestem i zaliczam kolejny kąt z paczką chusteczek higienicznych. Najpiękniejszymi momentami jednak są te, kiedy po koszmarnym dole nadchodzi mega ekstaza radości. Dla takich chwil warto się starać i brnąć dalej.

W ten sposób dobrnęłam do kolejnego ich koncertu. Siódmego, o ile dobrze liczę. Szóstego w Polsce. W Rybniku.

Nie jechałam z nastawieniem na koncert muzycznie mindblowing, bo wiem czego powinnam się po zespole spodziewać przy tej trasie. LLF+D na żywo jest raczej dość słabe, jednak można podrzeć twarz przy tych utworach, czego oczywiście dokonałam (moje gardło standardowo zaliczyło jedynie lekką chrypkę, bo żadna siła go nie zedrze). Wyraźnie brakowało perkusji, przez co sam koncert muzycznie był dość kiepski, jednak ta atmosfera… Ta cudownie rodzinna atmosfera, obecna właściwie podczas każdego koncertu w Polsce. Po tym, jak pierwsze trzy, lub nawet cztery, utwory zostały zagrane na odwal się i minęły szybciej niż zdążyłabym zjeść obiad, tłum zaczął skandować „Welcome Home”, a klepki w głowie Leto, jakby się odblokowały. Atmosfera zmieniła się diametralnie. Nikt się już nie spieszył. Wszyscy cieszyli się tym wieczorem. Nie ma sensu zagłębiać się tu w szczegóły, bo te znajdziecie niemal w każdej relacji z tego wydarzenia.

Second one with my bestie. #concert #Echelon #MARSarmy #marsinpoland #Poland #Rybnik #polishgirls #friends

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Tradycji musiało się ponownie stać za dość. Z Leto minęłyśmy się. Zabrakło nam jakichś 300m, żeby zobaczyć jak przechadza się po Plantach. Cóż, next time. Będziemy miały go spotkać, to go spotkamy. Na szczęście mogłam się zobaczyć z bliskimi mi ludźmi. Z niektórymi, co prawda jedynie na parę sekund, ale i tak dla mnie to ogromnie wiele.

Me & red devil from @creepsbycubbins gang in Kraków. #cracow #creeps #redhead #reddevil #polishgirl

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

Równe dwa tygodnie po powrocie z wyprawy, wracałam z pracy razem z Kotem, która towarzyszyła mi i Smokowi w Rybniku. Spacerem przeszłyśmy przez dworzec PKP trafiając na stojący pociąg relacji Kraków – Poznań. Opustoszały, stojący na bocznym peronie, przywołał wspomnienia. Dochodząc jednak do jego ostatniego wagonu dotarło do nas, że to ten sam pociąg, jakim wracałyśmy wtedy. Miejsca, o ironio, zajmowane przez nas wtedy były zajęte przez jakiegoś śpiącego mężczyznę – prawdopodobnie przegapił fakt, że już dawno dojechał do Poznania. Zabawne prawda?

#TRIADalert from train. #echelon #mars #marsinpoland #triad #lovelustfaithdreamstour

A post shared by Alex 🃏 (@thejokeralex) on

45. WARsaw part II. The final cut.

Kilkadziesiąt godzin temu zlądowałam do domu. Wróciłam z Warszawy – miasta, do którego zaczęłam się przekonywać, po tym, jak zobaczyłam więcej niż tylko centrum i starówkę zimą. Stolica nie jest w cale taka brzydka. Mogę się skusić na stwierdzenie, że jest całkiem ładna. I bardziej zielona niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Szkoda tylko tych dni z dość pochmurną i deszczową pogodą, bo przecież można było tyle zobaczyć. Anyway…

W niedzielę byłam z Julianem na lotnisku. Od tak, przejechać się. Byłam ciekawa, jak to lotnisko wygląda. No, a że był akurat lot z Berlina popatrzyłyśmy na ludzi przylatujących, no bo a nuż? Zamiast Marsa zobaczyłyśmy naszą rodzimą Anje Rubik przechodzącą dwa metry od nas, a zza naszych pleców wyskoczyła zgraja paparazzich. Potem przewinął się również słynny polski detektyw – pozer, jeszcze niższy i z bardziej kwadratową czupryną niż w telewizji. Marcin Tyszka też się całkiem niższy wydawał… WYDAWAŁ.

Do poniedziałkowego wieczora czas zleciał. Później jednak zaczęło się szaleństwo. W trójkę poczłapałyśmy do miasta na spacer po starówce. Mijał nas wysoki, lekko podchmielony chyba pan fotograf wymieniony przeze mnie chwilę wcześniej. Według Smoka ładnie pachniał. Mi się rzuciło raczej w oczy to, jak szedł. Model na wybiegu. Serio.

Do domu wróciłyśmy pierwszym tramwajem, po godzinie 5 rano. Stolica jest magiczna wieczorem, zwłaszcza starówka. Wcześniej tego wieczora, jakiś debil prawie by nas przejechał, bo się musiał popisać swoim gratem po tuningu.

2 godziny snu to nieco za mało, ale koncertowa adrenalina zaczęła krążyć w żyłach. Kolejny spacer po starówce zaowocował kolejnym widokiem Anji Rubik…

W każdym razie, koncert miał się zacząć o 22. Na Bemowo dotarłyśmy w połowie koncertu Paramore. Akurat zaczęli grać Decode. Omamusiu. Jak to genialnie brzmi, tak dawno tego nie słuchałam. Potem jeszcze moje kochane Let the flames begin. OH, LORD. Może i przejadłam się tym zespołem, ale miło było usłyszeć te dwa kawałki na żywo.

Stereophonics nie zwaliło mnie z nóg, chociaż grali całkiem miło dla ucha. Miła dla ucha, ale nic poza tym. Serce mocniej mi zabiło, kiedy w niedługiej ciszy po koncercie walijskiego zespołu, rozbrzmiały pierwsze dźwięki Birth. Nie myślałam, że da się za czymś tak mocno tęsknić, a jednak.

1. Birth

Birth nie wywołuje aż takich ciarek jak Escape, ale pasuje na początek takiego show. Sama melodia przypomina mi trochę taki cyrkowy klimat, jakby za chwilę miał się rozpocząć spektakl z udziałem akrobatów.

2. Conquistador

Conquistador jest niesamowicie energetycznym kawałkiem. Myślę, że można nazwać to drugim Night Of The Hunter. Nogi same rwały się do skakania.

3. Kings & Queens

Pierwsze dźwięki wywołały jęk protestu. Utwór średni i jak dla mnie, zdecydowanie lepiej brzmi na płycie niż na żywo, ale to moja opinia. Pięknie za to na żywo brzmi moment „The age of man is over„.

4. This Is War

Najsłabsza piosenka chyba ze wszystkich płyt. Na koncertach brzmi koszmarnie, ale za to ma łatwy tekst idealny do śpiewania przez publikę.

5. Night Of The Hunter

Parę wspomnień mi się z nią wiąże. Usłyszeć ją na żywo po półtora roku to świetna sprawa. Tym bardziej, że na pierwszym koncercie w Krakowie związała się ona nierozerwalnie z moim życiem, i nie tylko moim.

6. Search & Destroy

Przykład na to ile utwór może zyskać w wykonaniu live. Szkoda tylko, że zatrzymanie ludzi było tak strasznie sztuczne.

7. City Of Angels

Piosenka, która uratowała mi w grudniu życie została premierowo zagrana w Polsce. Muszę wspominać ile to dla mnie znaczyło? Moja reakcja przypominała tą z Krakowa z 2010, gdzie z początku nie dowierzałam w to, co słyszę. Na mojej twarzy pojawiło się wielkie zaskoczenie, by chwilę później w moich oczach zaszkliły się łzy. Ryczałam całą piosenkę nie będąc nawet w stanie jej odśpiewać. The silver of a lake at night The hills of hollywood on fire A boulevard of hope and dreams Streets made of desire… Moja dusza przez te kilka minut była w niebie. Cały ból zadawany mi przez otaczający mnie świat zniknął, a ja byłam w tej samej chwili na festiwalu Impact oraz w Mieście Aniołów. Słuchać tego utworu na żywo z zamkniętymi oczami to jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie mogłam doświadczyć w życiu.

8. Vox Populi

Woks popjulaj, to jeden z utworów przeze mnie bardzo lubianych. Niestety, tutaj zabrzmiał raczej jak niepotrzebny dodatek. Zabrakło mi momentu z przykładaniem latarki do serducha… Oh well.

9. End Of All Days

Czy możemy zatrzymać się tu na chwilę, żeby docenić piękno tej piosenki? Jejku, to jest genialne zwłaszcza na żywo. Nic dodać, nic ująć.

10. Pyres Of Varanasi

Lub Pyry z wakacji, zależy jak kto woli. Fajny motyw z akrobatami. Dobre na chwilę odsapnięcia od full bandowego szaleństwa, jednak chyba wolałam Shannonowe L490 (oczywiście bez michy).

11. The Kill

Niemal perfekcyjnie. Niemal, bo początek totalnie schrzaniony. W każdym razie, połączenie akustycznej wersji z full bandem nastąpiło w idealnym momencie. Chylę pokłony za to.

12. Do Or Die

Kolejny energetyczny kawałek. And the story goes on… Jest świetny zarówno w wersji studyjnej, jak i live. Nie dziwie się Julianowej miłości do tego kawałka.

13. Alibi

„I promise you that we will be returning to this city very very soon”

OH MY FEELS. Alibi grane full bandem, to coś, co trzeba usłyszeć na żywo przynajmniej raz w życiu. Piękne, piękne i jeszcze raz piękne. „Welcome home” wyskandowane przez tłum przy pierwszych dźwiękach przyprawia mnie o łzy wzruszenia.

14. Closer To The Edge

Od Coke to chyba jedna z niewielu rzeczy, jaka przy trasie promującą nową płytę się nie zmieniła. Od czasu trasy promującej This Is War utwór ten znajdował się zawsze tuż przed finałowym.

15. Up In The Air

Kiedy Delish powiedziała, że będzie to genialne na koniec zamiast nużącego już Kings & Queens przyznałam jej racje. Up In The Air jest genialne jako zwieńczenie półtorej godzinnego show.

goldpolandwar-tx

Biorąc na podsumowanie, koncert na Impact Fest był rewelacyjnym show, mimo ciągnących się przerw między utworami i drobnych wpadek. Ci, których to był pierwszy koncert, powinni być zadowoleni. Nie było może atmosfery z Coke, czy setlisty z pierwszego dnia w Łodzi, ale mimo to, publiczność bawiła się świetnie, a nowe utwory porywały nawet fanów Rammstein.

„My grandpa’a favourite polish meal was kielbasa, mine is pierogies & Shannnon’s are polish girls.”

Wspomnienie Jareda o ulubionych potrawach było nieco niedopasowane. A może to był jeden z bardzo niewielu spontanicznych momentów? W każdym razie mamy się z czego śmiać. Zdjęcie z tłumem i złotą płytą, jaką zarobiło Love Lust Faith + Dreams mogłoby zawisnąć na mojej ścianie.

Z mojej strony ten koncert jest najbardziej osobistym doświadczeniem. Generalnie całość koncertu strasznie wydawała mi się, jakby ktoś chciał powtórzyć w jakiś sposób Coke, jakby ten koncert wzorowany był na tamtym sprzed prawie trzech lat. Mogę się mylić, ale takie miałam odczucia podczas niemal całego show. City Of Angels oraz Alibi rozbroiły mój system psychiczny przez co teraz odczuwam gigantyczne PCD. Tak, po raz pierwszy w życiu odczuwam Post Concert Depression. Cieszę się jednak, że moje podziękowanie zaraz po show zostało zauważone.

654Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią tego wypadu do stolicy. Tym, którzy byli na koncercie i tym, którzy wytrzymywali ze mną. See you very very soon!

40. LOVE LUST FAITH + DREAMS

Zdziwiona byłam, kiedy szperając po necie nigdzie nie mogłam znaleźć Love Lust Faith + Dreams leak’u. Mówiłam sobie, że przecież coraz mniej czasu do premiery, a przecież tyle albumów pojawiało się na długo przed premierą. Anyway, dzisiaj, jak tylko zobaczyłam plotkę o wycieku – ruszyłam do akcji. Zajrzałam na moją stronkę informującą i znalazłam wskazówkę, gdzie powinnam szukać. Były problemy, oczywiście. Jeden z utworów okazał się fragmentem Gangman style, ale cóż, teraz słuchając całego albumu mogę się wypowiedzieć.

tumblr_mjvm51U1111qmu619o1_500

LOVE LUST FAITH + DREAMS to czwarty studyjny album zespołu THIRTY SECONDS TO MARS znanego szerzej, jako nieco prostsze 30 Seconds To Mars. (Tak, nadal nie rozumiem dlaczego bawią się w zmienianie nazwy.) Nie spodziewałam się niczego w starym stylu, bo nie jestem z tych, co uczepią się jednego nurtu muzycznego, czy tych, co lubią przyczepiać artystom etykietki. Zachowałam umysł otwarty, opłacało się.

W grudniu, kiedy podczas VyRTa usłyszeliśmy fragmenciki, jeszcze surowe, kilku piosenek, nie myślałam ile będą dla mnie znaczyć, a jednak. Niespełna tydzień później rozpoczął się koszmarny okres mojego życia. Wszystko legło w gruzach i na tych gruzach musiałam odbudować swoje życie na nowo. Jakieś tam filary pozostały, ale nadal było tego za mało, żeby wierzyć w lepsze jutro.

Co mi pomogło? Niemal na okrągło słuchałam dwóch utworów, właściwie to raczej ich fragmentów. Bright Lights oraz City Of Angels. Już wtedy miałam świadomość tego, jak osobisty będzie dla mnie ten album. Z tego też powodu nie mogłam się doczekać, kiedy go usłyszę. Oczywiście, zaopatrzę się w moją kopię, najpierw jednak uzbieram pieniążki na wyjazd do Warszawy.

Co do okładki, muszę przyznać, iż pasuje do całości albumu. Z pozoru taka kolorowa, jasna i pozytywna, ale kryje się za nią jakieś drugie dno. Każdy kolor jest symbolem jednego z czterech tytułowych słów, a odcień sugeruje ich intensywność.

1. Birth

Poznane już przy okazji clipu do pierwszego singla z tej płyty. Nie wsłuchiwałam się wtedy. Birth – narodziny, symbol początku, czegoś co się rozpoczyna. Nowego życia. Piosenka zapowiada to, jak brzmi album, wzmaga głód usłyszenia całości.

2. Conquistador

Dobry, energiczny kawałek. W jakiś sposób jest dla mnie motywacją do walki. Do walki o to nowe życie, które rozpoczęło się w grudniu. Jest w niej parę fragmentów, zapadających mi mimowolnie w pamięć. A trojan whore – osoba przez nas kochana, posiadająca nasze zaufanie, nasze serce, a mimo to postanawiająca nas zdradzić, zostawić, rozerwać od środka. Jak Grecy podbili Troję ukrywając się w drewnianym koniu, tak ludzie pod pozorem miłości czy przyjaźni niszczą nas od środka. Rozrywają nasze serca na strzępy. We will rise again – ale mu powstaniemy. Musimy. Nie możemy im pokazać, jak bardzo nas to bolało. Musimy uczestniczyć w tej swoistej bitwie do usranej śmierci, jakkolwiek miałaby ona nastąpić.

3. Up In The Air

Jeden w bardziej popowych kawałków. Dobrze się do niego sprząta. Serio. Chociaż sama musiałam jej wielokrotnie słuchać, aby przekonać się do tego brzmienia. W każdym razie, piosenka dla mnie jest o upajaniu się. Nazwałabym to nawet byciem na haju, niekoniecznie narkotykowym. Upoić można się miłością, muzyką… niemal wszystkim. I’ve been up in the air Is this the end I feel? Up in the air Chasing a dream so real – bujałam w obłokach będąc pewna, że moje marzenia są bliskie spełnienia, ale nie. Mój świat się zawalił. Serce pękło na miliony maleńkich kawałków, zdawało mi się, że to koniec. A thousand times I tempted fate A thousand times I played this game – tyle razy przeżywałam coś podobnego. Tyle razy coś chrzaniłam swoim zachowaniem, całą sobą. Szkoda tylko, że tym razem to we mnie uderzyło tak mocno. Take no more.

4. City Of Angels

Magiczna piosenka od samego początku. Słuchając jej mam wrażenie, że jestem w Los Angeles – tytułowym mieście aniołów, spaceruję bulwarem zachodzącego słońca, wspinam się na hollywood hills… Coś naprawdę niesamowitego. Niewiele utworów jest w stanie dać mi tak silne przeżycia, a jeszcze mniej potrafi mnie przenieść w czasie i przestrzeni do zupełnie innego miejsca, niż to w jakim jestem. Miasto aniołów – miasto spełnianych marzeń, symbol domu, jako miejsca gdzie człowiek czuje się najlepiej. Dla mnie samej – symbol tego właśnie miejsca na ziemi, gdzie czuję, że powinnam być. Chciałabym kiedyś powiedzieć z czystym sumieniem I am home, jednak w tej chwili mimo całej mojej miłości do bliskich oraz tego miejsca, wiem, że tu nie pasuję. To nie jest TO miejsce.

5. The Race

Od pierwszego przesłuchania przypadła mi do gustu. Muzyka współgra z tekstem, całość łatwo wpada w ucho. Dwukrotnie poraziła mnie dobitność tej piosenki… You saved my life with blood and through sacrifice – może niektórzy powiedzą, co to zerwanie, miłość przychodzi i odchodzi, to nie powód by tracić chęć życia. Fakt, może tak jest, ale nie dla mnie. Jestem zbyt uczuciową osobą i zbyt wiele z siebie dałam, żeby od tak umieć się pogodzić ze stratą. Kiedy już nie miałam siły były przy mnie osoby, które mi pomogły, jednak najwięcej wiary w życie zaszczepiła we mnie muzyka. Idealnie pasujący tekst do mojej sytuacji oraz dawanie mi poczucia tego, że gdzieś tam jest moje miejsce i kiedyś je znajdę. Love is a dangerous game to play Hearts are made for breaking and for pain – to jest jedno z najbardziej prawdziwych fragmentów piosenek z jakimi się kiedykolwiek spotkałam. Miłość to ryzyko, nie ważne czego dotyczy. Czy chodzi o faceta, dziewczynę, zwierzaka, czy o pasję. Wszelkie rozczarowania bolą i ranią serce, jeśli tylko tej miłości oddało się siebie. Kochając – ryzukujemy.

6. End Of All Days

Albumowy wyciskacz łez można powiedzieć. Piękny w każdym calu. All we need is faith – bo wiara czyni cuda i wszyscy jej potrzebujemy.

7. Pyres Of Varanasi

Jeśli dobrze pamiętam, to chyba utwór autorstwa Shannona. Nie powiem, podoba mi się, dużo bardziej niż L490. Ma w sobie to coś, czego w tamtym brakowało. Dodatkowy plus: głowa od tego nie boli, tak jak od słynnej shannonowej michy.

8. Bright Lights

Drugi kawałek towarzyszący mi w najczarniejszym momencie mojej dotychczasowej egzystencji. Aktualnie mój faworyt z całego albumu. She dreams of love – marzę, śnię o miłości, o tym, żeby być kochaną. Żeby jedna i druga strona dawała z siebie tyle ile może. I forgive Had enough Time to live Time to love – jeszcze nie wybaczyłam, ale nadal próbuję. Za bardzo to boli, jednak za bardzo mi też zależy, żeby móc sobie pozwolić na stratę przyjaciela. Mimo to jestem przekonana, że nadeszła pora, żeby zacząć na nowo żyć i kochać.

9. Do Or Die

Skoczny, przyjemny kawałek.  And the story goes on! (…) Time to be alive – życie idzie do przodu, więc nie możemy zostawać w tyle. Czas by wreszcie zacząć żyć. I will never forget the moment, the moment – każdy ma takie momenty w życiu, które, choćby roztrzaskał sobie głowę, będzie pamiętał. Raz są to pozytywne momenty, innym razem negatywne. Pamiętam Coke i każdy wyjazd z batonami w tle. Pamiętam pierwszy raz, kiedy nazwał mnie swoją dziewczyną, a potem każdy kolejny łamiący mi serce, aż w końcu ten, który wyssał ze mnie całą chęć życia. Pamiętam ogłoszenie każdego batonowego koncertu i własną reakcję. Pamiętam spacer po krakowskim rynku, niebieską bluzę i ślepia, fortepian, erę pingwinów. Pamiętam pierwsze opowiadanie oraz te będące dla mnie powodem poznania Juliana. Wiele rzeczy pamiętam.

10. Covergence

Przerywnik. Chwila oddechu od energicznego brzmienia. Odprężające bardzo.

11. Northern Lights

Przez ostatnie dni, od momentu usłyszenia Jareda śpiewającego to na ławce w nowojorskim parku, oczekiwałam tej piosenki i umierałam z potrzeby usłyszenia całej. Spodziewała się nieco innej melodii, chociaż przyznaję – podoba mi się. I cannot wait to dance upon your grave They don’t even have a soul left to be saved – tak, już ja wiem na czyim grobie bym chętnie zatańczyła.

12. Depuis Le Début

Słucham tego i wyobrażam sobie scenkę, kiedy facet siedzi sobie na werandzie swojego pokoju na typowej amerykańskiej wsi, z gitarą w dłoniach i zaczyna śpiewać. Tak jest z początku, ale zaraz potem utwór zmienia się. Słowa znikają, pozostaje sama muzyka. Cały album kończy melodia z pozytywki będąca niczym innym, jak fragmentem Jeziora Łabędziego Piotra Czajkowskiego.

Podsumowując: cały album jest dla mnie bardzo ważny. Jedne utwory są mi bliższe, a inne ciut dalsze. Mimo wszystko, jak do tej pory, LOVE LUST FAITH + DREAMS jest albumem najbardziej osobistym dla mnie. Myślę, że mogę powiedzieć iż ten album mnie uratował i pomaga mi stanąć na nogi, mimo tego całego gówna, jakie ma miejsce w moim życiu od kilku miesięcy.

38. We are the children of the great empire.

Podjęłam decyzję. Koniec narzucania się ludziom. Ktoś chce pogadać to może się sam odezwać, bo ja mam dość ciągłego wołania o uwagę od osób mających mnie totalnie gdzieś. Czy ja naprawdę jestem przeźroczysta albo niewidzialna? Przecież wystarczyłoby powiedzieć „sorry, ale nie mam ochoty gadać”, a nie olewać i wymyślać durne wymówki. Jak się chce z kimś utrzymać kontakt albo nie, to należy to pokazać, a nie zlewać człowieka.

THIS IS A FIGHT TO THE DEATH, OUR HOLY WAR. A NEW ROMANCE A TROJAN WHORE

Może to nie typowo bojowy nastrój, ale coś na jego kształt. Jestem strasznie pobudzona. Wszystko przez jedną piosenkę. Śmiejcie się ze mnie, ale dawno nie słyszałam takiego dobrego kawałka muzyki. Gwałcę swój profil na last.fm kolejnym batonowym kawałkiem z jedną dużą różnicą. Up In The Air męczyłam w dużej mierze, aby się przekonać, ale Conquistador leci dlatego, że mi się diabelnie podoba. Oczywiście po raz kolejny mam swoje własne rozumienie tekstu przez co zaistniało już drobne nieporozumienie… Anyway… Za miesiąc (o ile wszystko wypali) będę byczyć się w mieście wiecznego lansu – WARszawie. Czuję w kościach iście epickie 7 dni.

Przypomnijcie mi, jak będę mieć doła o istnieniu fanficów na tumblrze. Wczoraj zgwałciły mi mózg i poprawiły humor. Uzmysłowiły też to, jak cholernie tęsknię za pisaniem ffów z Julianem. Pisaniem, że pisaniem, a nie pisaniem, że pisaniem. Może powinnyśmy stworzyć wspólnie bloga i razem a nim pisać? To byłby powrót w pięknym stylu.

Od poniedziałku powrót do nauki pełną parą. Zjazd w przyszłym tygodniu, przedostatni przed wyjazdem, więc trzeba pokazać się z dobrej strony. Potem przydałoby się odwiedzić fryzjera… Tyle planów, tak mało czasu.

35. Love, lust, faith and dreams are foundation stones of life.

Long time no see. Brak czasu, oj tak. Chwała za dodatkowy weekend wolności od szkoły teraz. Mogę nieco nadrobić zaległości internetowe. Zacząć powinnam od moich ficów, ale prawda jest taka, że jak tylko siadam do ich pisania, moje pokłady chęci znikają. Będę się starać dodać coś tak szybko jak się uda ale nic nie mogę obiecać… Anyway, czy mi się zdaje, czy objętość moich włosów się jeszcze bardziej zmniejszyła? Zaczynam się obawiać, że tabletki nie działają, dammit.

Love, lust, faith and dreams are foundation stones of life.” – Jared Leto w wywiadzie dla Teraz Rock

Zgrzeszyłam dzisiaj zajrzawszy do kiosku w celu zakupu gum do żucia, gdyż natknęłam się tam na pięknie uśmiechającą się do mnie okładkę Teraz Rock. Kupiłam, a co mi tam! W środku można znaleźć bardzo ciekawy wywiad z samym panem Leto oraz z Ville Valo. Mi jednak pozostaje nadal kombinować nad pre-orderem LLF+D.

W trakcie mojej nieobecności tutaj doczekaliśmy się premiery teledysku do Up In The Air. Szczerze powiedziawszy klip mnie nieco zaskoczył, bo był nadzwyczaj dobry, jak na tę piosenkę, która przecież oswoiła mój mózg ze sobą na długo po swojej premierze.

Klip jest sklecony z masy krótkich ujęć, które normalnie można by uznać za totalny bajzel bez ładu i składu, jednak tutaj ten bajzel ma sens. Sama piosenka od początku kojarzy mi się z takim byciem na haju. Człowiek myśli, że może wszystko – nawet latać. Na początku klipu pojawia się sekwencja słów tworzących nazwę czwartego krążka zespołu, gdzie przy słowie DREAMS możemy ujrzeć zbliżenie na usta w których pojawia się tabletka. Sceny zmontowane w klipie przewijają nam się przed oczami dość szybko, co również może się wiązać właśnie z działaniem pod wpływem, kiedy to wszystko się robi szybciej, a człowieka aż rozsadza energia.

Największym plusem teledysku jest Shannon za perkusją, którego pasja jest niemal namacalna. Scena, kiedy Jared wskakuje na perkusję strasznie dobrze wyszła, przez chwilę miałam wrażenie, jakby skokiem przesunął perkusję dopiero po chwili zauważyłam, że to trik z kamerą. Zaskoczona byłam słysząc o tym, że pojawia się tam również Dita Von Teese. Ze swoją charakterystyczną urodą wpasowała się, ale nadal nie rozumiem, dlaczego ubrano ją akurat na różowo, bo bardziej wyrazisty kolor bardziej by pasował, a tak, sceny z nią były dość mdłe. Zaangażowanie olimpijskich gimnastyczek było dość ambitne muszę przyznać, podchodziłam do tego dość sceptycznie, a teraz muszę przyznać, że sceny z ich udziałem stanowiły jedne z najlepszych w całym clipie.

Moją ulubioną scenę jest scena bitwy na farby w proszku? Kredę? Nie mam szczerze pojęcia czego użyli, ale wygląda to niesamowicie. Ktoś na twitterze podsumował to hasłem: MAKE ART NOT WAR. Niesamowicie trafnym. Może i motyw takiej bitwy jest według niektórych często spotykany w popowych teledyskach, ale tutaj wyszedł świetnie. Cieszy mnie fakt, że z tego czego się dowiedziałam z pierwszej ręki właściwie, mimo wcześniejszych obaw co do ilości pozostałego na kręcenie czasu, udało się tę bitwę nakręcić łącznie ze zbliżeniami.

Find The Argus Apocraphex

Thirty Seconds To Mars - Up In The Air[22-21-40]

Korzystając z odrobiny czasu obejrzałam również film nakręcony na podstawie książki Stephenie Meyer The Host. Szczerze powiedziawszy jestem zawiedziona, bo film jakoś nie zachwycił mnie. Akcji tam brak, nie licząc odrobiny na początku, kiedy Wagabunda ucieka z miasta, oraz potem, kiedy ludzie wracają z zaopatrzeniem do obozu i są ścigani. A tak? Ot taka historyjka o zyskiwaniu zaufania i sile przyjaźni. Jeśli ktoś chce jęczeć na Zmierzch, jaki to koszmarnie nudny film jest niech obejrzy Intruza. Ogólnie film ogląda się przyjemnie, ale nic poza tym. Największym plusem jest Diane Kruger, lecz niestety nie błyszczy tutaj zbytnio jej osoba. Saroise Ronan również nie zachwyca mimo swojego talentu, a może po prostu nie pasuje mi do tej roli… Anyway, jeśli szukamy kunsztu aktorskiego, porywającej akcji lub chcemy interesująco spędzić wieczór, odradzam ten film. Jest średni i to ze sporym przymknięciem oka.

Romance does give you motive. Somebody’s always lovin’ somebody they shouldn’t be lovin’.

Zaczynam czuć to podniecenie na myśl, że za miesiąc będę prawdopodobnie pakować się do wyjazdu. Podekscytowanie miesza się u mnie z obawą, dlatego jest to raczej dość przygaszone uczucie. Chcę, żeby wszystko wypaliło, żeby udało się ogarnąć to, co jest do ogarnięcia. HOLYFUCKINGUACAMOLEY! Tylko 5 tygodni…

Sometimes a crime of passion is not realizing the passion in time. While other times the crime is not seeing the world as it is.

27. Chasing a dream so real.

March 18th, 2013.

Dzień premiery nowego singla Thirty Seconds To Mars o tytule Up In The Air. Tytuł dość średni w sumie, ale nie ma co oceniać dopóki się nie usłyszy. Cóż, usłyszałam i z początku miałam dość mieszane uczucia. Pierwsze, co mi się rzuciło to to, że jest lepiej niż się spodziewałam, ale nie jest też dobrze. Potem przyszedł moment około 3 minuty. W tym momencie piosenka mnie złapała. Znalazłam w niej coś, do czego będę tęsknić, kiedy utwór się skończy i dla którego będę ciągle jej słuchać. Od godziny 14, kiedy utwór pojawił się w sieci, przesłuchałam go niezliczoną ilość razy. Jest coraz lepiej.

Piosenka jest diabelnie wpadająca w ucho. Na koncertach może naprawdę wiele zyskać, tak jak zyskuje Night Of The Hunter czy Search & Destroy. W sumie, nie mogę się doczekać nowego albumu o tytule, do którego powoli zaczynam się też przekonywać: LOVE LUST FAITH + DREAMS. Nie będę oceniała, go po jednej piosence, ale czuję w powietrzu coś maksymalnie naładowanego pozytywną energią. Taką, przy której szaleństwo dotychczasowych koncertów będzie niczym. Okładki też nie będę komentować, póki co jest nijaka, ale przecież ma pasować do albumu, right?

tumblr_mjvm51U1111qmu619o1_500

LOVE LUST FAITH + DREAMS

1. Birth
2. Conquistador
3. Up In The Air
4. City Of Angels
5. The Race
6. End Of All Days
7. Pyres Of Varanasi
8. Bright Lights
9. Do Or Die
10. Convergence
11. Northern Lights
12. Depuis Le Début

Tracklista zapowiada się dość obiecująco. Nie mogę się doczekać szczególnie dwóch utworów, bo ich fragmenty były dla mnie bardzo ważne w najgorszych chwilach, jakie jakiś czas temu przeżywałam. Sam album wychodzi 20 maja, a ja śmiem twierdzić, że do tego czasu chyba zwariuje.

I’ve been up in the air.
Is the end I feel?
Up in the air, chasing a dream so real.
I’ve been up in the air.

I’ll wrap my hands around your neck. (Is this the end I feel?)
Up in the air, chasing a dream, chasing a dream

26. I’ll wrap my hands around your neck so tight with love, love…

Od dawna nie czułam się tak dobrze, jeśli chodzi o moją psychikę. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz szłam spać z tak szerokim uśmiechem na twarzy. Nie myślałam, że ktokolwiek będzie mógł u mnie wywołać tak pozytywne nastawienie do życia. Mam świadomość ulotności tego samopoczucia, możliwości zniknięcia, ale cieszę się chwilą i nie mam zamiaru przejmować się teraz pierdołami.

Prawdę powiedziawszy boję się, bo myślę, czy to nie za szybko, czy nie czuję się zbyt swobodnie… Tylko kurczę, muszę w końcu stanąć na własne nogi i zacząć układać sobie życie na nowo. Pora wreszcie w pełni zacząć oddychać pełną piersią nie odwracając się za siebie. Życie przeszłością nic nie da, tylko pogorszy samopoczucie. Jeden rozdział życia dobiegł końca, więc trzeba zacząć kolejny. Będą chwile słabości, jak wczorajszego wieczoru, kiedy łzy same spłynęły po policzkach, będą tymczasowe załamania w pozytywnej energii, ale mam nadzieję, że od tej chwili coś się zmieni na lepsze.

Proszę tylko, niech powód mojego nastawienia nie zniknie równie szybko jak się pojawił.

Z nikim nie rozmawiało mi się jeszcze tak swobodnie, tak dobrze i tak pozytywnie…

Jared-Leto-back-tattoo
Za niecałe 24 godziny dowiemy się, co trio batonów przygotowało dla nas. Cieszę się z ich powrotu, jednak nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, więc wszelką ekscytację zachowam na potem, o ile nowy singiel mi się spodoba.  Hope so.

I’ve been up in the air
Lost in the night
I wouldn’t trade it out for your lies you’re last for my life.
Is this the end.
You were the love of my life
Darkness the light
This is a portrait of the tortured you and I.
Is this is end.
I’ll wrap my hands around your neck so tight with love, love
A thousand times I’ve tempted fate
A thousand times I’ve played this game
A thousand times that I have said today, today, today

Miałam dzisiaj, a właściwie wczoraj, bo w niedziele, poprawiać dwa koła. Miałam. Pani K. nie zjawiła się, choć się z nami umówiła, a my jak takie dupy na nią czekaliśmy. Mogłam sobie poleżeć w łóżku z polopiryną, ale nie, miałam poprawiać. Dziękuję bardzo za takie umawianie się. Z drugiej strony, coś wczoraj byłam zbyt spokojna, jakbym wiedziała, że nie będę pisać.  Anyway… Muszę zabrać się za kończenie R-evolve, bo dzięki kochanej Jedi mam koncepcję jak napisać zakończenie.